Trwa ładowanie...
Materiał partnera

Historia, która mogła się wydarzyć. Czy zamach na Hitlera uchroniłby Polskę przed "wyzwoleniem" przez Rosjan?

Piotr Czarnecki w swojej powieści REDER’44 przeniósł Czytelników do roku 1944. Trwa druga wojna światowa. Polscy komandosi dokonują udanego zamachu na Hitlera (i to wcale nie w Kętrzynie!). Obrót spraw w Europie staje się dynamiczny, szczególnie w Niemczech i na frontach, zwłaszcza wschodnim. Dokonuje się zmiana kierunków politycznych i działań wojskowych. Autor z doskonałym efektem wplótł do powieści zarówno postacie historyczne, doskonale znane z kart dziejów II wojny światowej, jak i fikcyjne.

Share
 Źródło: materiały partnera
d1x4a7s

Taką fikcyjną postacią jest tytułowy Paweł Reder, polski oficer, spadochroniarz, zaangażowany w zamach na Fuhrera, zajmujący później bardzo ważne miejsce w planowaniu zadań specjalnych. Książka napisana świetnym, wręcz pasjonującym stylem, można ją pochłonąć błyskawicznie. Jak wspomniał Piotr Zychowicz: "REDER’44 to niesamowita powieść historical fiction".

REDER 44 - czy śmierć Hitlera uchroniłaby Polskę przed "wyzwoleniem" przez Rosjan?

"Czterysta metrów lasku przebyli szybko i bez problemów. Dotarli do skraju zagajnika i linii drzew, za którymi była wkopana w ziemię druciana siatka. Idący z przodu porucznik przystanął, podnosząc rękę i dając w ten sposób Sawickiemu oraz Pieniążkowi znak, by się zatrzymali. Położył się na ziemi i podczołgał do ogrodzenia w miejscu, gdzie rosły wysokie krzaki tworzące naturalną osłonę. Wyciągnął lornetkę, przyłożył do oczu i obserwował znajdujący się przed nim teren. Za siatką wzgórze łagodnie opadało. Jakieś sześćset metrów dalej biegła wąska, udeptana ścieżka. Ciągnęła się na lewo od pagórka, który wcześniej zasłaniały drzewa, prowadziła pod górkę i znikała za drzewami po prawej stronie. Reder wyjął mapę i zaczął sprawdzać pozycję. Byli dokładnie tam, gdzie powinni. Daleko przed nimi rozpościerał się otwarty teren z trzystumetrowym odcinkiem odsłoniętej ścieżki, na której niedługo miał się pojawić cel ich misji. Podniósł rękę jeszcze raz, przywołując do siebie Pieniążka, i dał znak Sawickiemu, że ma przygotować radiostację i obstawić tyły. Pieniążek po cichu podczołgał się do porucznika, znikając pod osłoną gęstych zarośli.

d1x4a7s

– Jesteśmy na miejscu zgodnie z planem – powiedział cicho Reder. – Reszta należy do ciebie – dodał. Kuba wiedział, co ma robić. Sięgnął do plecaka, który leżał za porucznikiem, i wyjął saperkę oraz maskującą siatkę na twarz. Podczołgał się pół metra do przodu i wykopał mały dołek pod pierś, przygotowując w ten sposób stanowisko strzeleckie. Założył siatkę maskującą i ułożył się wygodnie na przygotowanym miejscu. Pogładził swojego mausera Kar98, skorygował celowniki teleskopowe z czterokrotnym powiększeniem. Następnie załadował specjalną wyselekcjonowaną amunicję Patrone schweres Spitz-geschoss – nabój z ciężkim pociskiem ostrołukowym z rdzeniem stalowym. Dał ręką znać porucznikowi, że jest gotowy i żeby ten się wycofał za linię drzew. Następnie przycisnął kolbę mausera do ramienia i położył palec na spuście, po czym zastygł w bezruchu niczym wąż czekający na ofiarę. Potrafił tak leżeć godzinami, nie zdradzając swojej pozycji. Ten małomówny chłopak miał instynkt przetrwania, który w połączeniu z inteligencją i wytrwałością pozwolił mu przeżyć dłużej niż innym strzelcom. Wiedział, że błąd lub chwila nieuwagi mogą go zgubić. We Włoszech poznał dwóch amerykańskich snajperów, równie dobrych jak on albo nawet lepszych. Chwalili się liczbą trafień i przy piwie opowiadali, gdzie i ilu fryców danego dnia zabili. Zakładając się przy tym, kto nazajutrz będzie lepszy.

Byli młodzi, butni i pewni siebie. Ta pewność ich zabiła. Kilka dni później ich ciała znaleziono ze snajperkami wsadzonymi w odbyt aż po lunetę. Tak Niemcy mścili się na snajperach. Wiedział, że musi być od nich mądrzejszy i sprytniejszy. Nigdy nie używał tego samego stanowiska dwa razy z rzędu. Miał kilka przygotowanych i często je zmieniał. Nie współpracował z obserwatorem, ufał tylko sobie. Miał nieprawdopodobną zdolność oceniania odległości do celu, dzięki czemu idealnie obliczał trajektorię strzału i pocisk zawsze spadał tam, gdzie powinien. Prawie nigdy nie chybiał, więc nie zdradzał swojej pozycji przy powtórnym strzale. Teraz też cierpliwie czekał, aż cel wyłoni się zza wzgórza. Mijały minuty, ale nic się nie działo. Po ścieżce przed nim hulał tylko alpejski wiatr. Poruszał drzewami tak rytmicznie, że działał na zmęczonego marszem strzelca niczym kołysanka. Gdyby nie to, że komary cięły niemiłosiernie, bałby się, że zaśnie. Trwał w bezruchu, stanowiąc niemal jedność ze swoim zdobycznym mauserem. Zdobył go we Włoszech, po bitwie zabrał go zabitemu niemieckiemu snajperowi. Wcześniej używał mosina, ale mauser Kar98 z czterokrotnymi celownikami teleskopowymi dużo bardziej mu odpowiadał. Miał mocny, twardy i ostry odrzut, ale do tego przywykł. Jego ramię z czasem nauczyło się przyjmować energię strzału. Z mausera bił rekordy odległości. Miał nadzieję, że dzięki tej broni doczeka końca wojny. Czasami myślał o mauserze jak o koledze. Teraz, gdy strzela i zabija, właściwie już nic nie czuje. Kiedy tak leżał, byli tylko on, mauser i wróg, którego musiał zlikwidować, zanim tamten zabije jego. Nagle zza pagórka wyłoniła się postać. Był to wysoki mężczyzna w wojskowych spodniach, oficerkach i grubym ciemnym golfie. Szedł ścieżką wolnym, lecz miarowym krokiem, co jakiś czas spoglądając do tyłu i rozglądając się na boki. Pieniążek poczuł wyrzut adrenaliny. To mógł być moment, na który czekali. Czy rzeczywiście tak jest, czy to tylko przypadkowy spacerowicz na porannej wycieczce? Czekał na rozwój wypadków. Mężczyzna przeszedł dobry kawałek ścieżką na wprost strzelca, kiedy jakieś siedemdziesiąt metrów za nim na wzgórzu pojawił się drugi człowiek. Był niższy, w długim płaszczu z wysoko postawionym kołnierzem i 

w wojskowej czapce. Szedł lekko zgarbiony, z rękami splecionymi z tyłu, patrząc cały czas przed siebie.

Z tej odległości nie dało się dostrzec dobrze rysów twarzy, częściowo zasłoniętej kołnierzem płaszcza. Nie rozglądał się, nie zwracał uwagi na piękno przyrody. Obserwujący go przez lunetę Pieniążek wręcz czuł, że mężczyzna ten rozmyśla o czymś ważnym, coś go dręczy. Jego przygarbiona postać zdawała się dźwigać niewidoczny ciężar. Było w tej osobie coś mrocznego, niewytłumaczalnego, co sprawiło, że Pieniążek poczuł dziwny dreszcz. Po chwili po lewej zza tego samego pagórka wyłonił się mężczyzna będący kopią pierwszego. Równie wysoki, w podobnym ubraniu, idący takim samym równym, miarowym, charakterystycznym krokiem. Nie miał broni długiej, ale zapewne miał kaburę z bronią przy pasie. Tak jak ten z przodu. Teraz strzelec był już pewien, że mężczyzna w środku jest celem, a dwóch pozostałych to ochroniarze. Wszystko było tak jak w danych wywiadu, które otrzymali do tej misji. Ćwiczyli dokładnie tę sytuację przez cały tydzień przed wylotem. Wszystko się zgadzało: czas, topografia terenu, zardzewiała siatka przed nim i ścieżka, na której miał pojawić się cel w towarzystwie dwóch ochroniarzy. Cel był już na wprost niego, w idealnym miejscu do oddania strzału. Jeżeli się zawaha, za chwilę mężczyzna zniknie za drzewami po prawej. "To musi być on", pomyślał i postanowił oddać strzał. Spojrzał na wierzchołki drzew, oceniając kierunek i siłę wiatru. Skorygował urządzenie na snajperce. Docisnął kolbę do ramienia, przesunął lekko palcem po spuście, jakby chciał go wyczuć. Potem wstrzymał oddech, wziął pierś mężczyzny w celownik. Delikatnie nacisnął spust. Lufę poderwało nieco do góry, padł strzał. Pocisk z impetem i hukiem opuścił lufę i po sekundzie trafił w cel. Wszedł w pierś mężczyzny, przebijając płuco i rozrywając lewą komorę serca. Roztrzaskawszy żebra, wyszedł z drugiej strony, powodując bryzgnięcie krwi na twarz i jednocześnie kładąc krwawy cień za nim. Mężczyzna zatrzymał się i zachwiał, po czym upadł na kolana. Strzelec nie czekał, machinalnie przeładował broń, przymierzył powoli w statyczny już cel. Wystrzelił jeszcze raz, tym razem mierząc w głowę. Ponownie poczuł kopnięcie mausera i podrzut lufy. Rozległ się strzał, a po chwili głowa mężczyzny wręcz eksplodowała. Pocisk trafił w skroń, rozrywając czaszkę, z której część poleciała w trawę, a część, z kawałkami mózgu i okiem, zawisła na resztkach skóry i tętnic. Mężczyzna z tryskającą na wszystkie strony fontanną krwi z czegoś, co chwilę wcześniej było jego głową, przewrócił się bezwładnie na lewy bok. Jego ciałem targały konwulsje. Po chwili wierzgnął jeszcze dwa razy nogą w nienaturalny sposób i zastygł w bezruchu. Nastały bezruch i cisza. Z lufy mausera unosiła się smużka dymu. Te kilka sekund napięcia zmęczyło strzelca. Wyrównał oddech, chciał chwilę odpocząć. Obok niego znalazł się porucznik. Oparty na łokciach patrzył przez lornetkę na ofiary leżące na ścieżce.

– To cel. Na pewno nie żyje? – zapytał.

d1x4a7s

– Ten kisiel na trawie to jego mózg, więc raczej nie żyje – odparł Pieniążek.

– Muszę mieć pewność, zanim to nadam – z powagą w głosie upewniał się porucznik. – Nie ma miejsca na "raczej".

– Na pewno – potwierdził Pieniążek.

Reder milczał przez moment, jakby napawając się chwilą. Odwrócił głowę do Pieniążka.

– Nadaj "potwierdzam wykonanie operacji «Abaddon»" – polecił porucznik, stając obok."

Artykuł sponsorowany
d1x4a7s
d1x4a7s
d1x4a7s