Trwa ładowanie...

Żołnierz dzwoni do domu. Po pięciu minutach wiadomo, że ta rozmowa skończy się źle

Przemysław Wójtowicz, najskuteczniejszy polski snajper w Afganistanie, zdradza Michałowi Wójcikowi kulisy pracy snajpera elitarnego oddziału i porażająco szczerze mówi o tym, jak wygląda walka na misji, która tylko z nazwy jest misją "pokojową".

Share
fot. archiwum prywatne P. Wójtowiczafot. archiwum prywatne P. Wójtowicza
d257k7n

Przemysław Wójtowicz zawodową służbę wojskową pełnił na stanowiskach: dowódcy drużyny, pomocnika dowódcy plutonu, dowódcy plutonu, starszego szyfranta, podoficera sztabowego S-2, podoficera sztabowego S-3, dowódcy sekcji snajperów, koordynatora szkolenia strzelców wyborowych, starszego instruktora, pomocnika dowódcy do spraw rannych i poszkodowanych w misjach.

Do akcji zawsze wkraczał pierwszy. Od jego umiejętności zależał los całego oddziału. Często chodziło o jeden strzał – jak ten w Zana Khan, kiedy trafił w stanowisko wroga z odległości ponad 1400 metrów.

"Nie wstrzymuj oddechu, musisz strzelać instynktownie. Naciśnij spust. Szybko przeładuj. Sprawdź, czy trafiłeś. Pamiętaj – saper myli się raz, snajper nie może pomylić się ani razu. Bo twój błąd oznacza śmierć twoich kumpli."

"Snajper wchodzi pierwszy"

Ciężko ranny podczas akcji bojowej w Afganistanie. Wyróżniony Wpisem do Księgi Honorowej WP za męstwo i odwagę. Wielokrotnie odznaczony, w tym przez Prezydenta RP. Od 2017 roku na emeryturze. Obecnie zajmuje się rehabilitacją rannych żołnierzy przez sport (głównie nurkowanie) oraz szkoleniem strzeleckim.

d257k7n

Prezentujemy fragment książki "Snajper wchodzi pierwszy" wyd. Znak Literanova. 

fot. archwium prywatne P. Wójtowicza
fot. archwium prywatne P. Wójtowicza

Przerwa na pogrzeb

Chodziłem już nabuzowany. Wtedy w Zana Khan naprawdę myślałem, że się wścieknę. Po co oni strzelali do tych zabudowań?

Strzelali do zabudowań czy na wiwat? 

Walili na wiwat, ale w kierunku wsi. Mogli kogoś zabić. Okazało się, że tak sobie strzelają. Bo lubią. I żeby się rozładować! Niepojęte. Pociągnąłem serią nad ich głowami, żeby zbastowali. Zrobiło się cicho jak makiem zasiał. Ale potem w bazie pokazywali mnie sobie palcami. "O, to ten wariat, co do nas strzelał! O, to ten świr, co chciał nas pozabijać!" – gadali. Miałem to gdzieś. Ale czułem, że dzieje się coś dziwnego. Aż w końcu to zrozumiałem.

Co? 

Zrozumiałem to przy telefonach. Jest takie miejsce w bazie, gdzie żołnierze mogą porozmawiać z rodziną w Polsce. Każdy z nas miał kod, wprowadzał go do systemu, podnosił słuchawkę i już po chwili łączył się z domem. Aparatów było kilkanaście, każde stanowisko oddzielało przepierzenie z dykty. Kiedy wszystkie były zajęte, robił się niezły jazgot.

Co zrozumiałeś? 

Że z nami dzieje się coś dziwnego. To było widać po oczach. I po tym, jak rozmawialiśmy z bliskimi.

d257k7n

Siódma zmiana to kulminacja polskiego wkładu w działania stabilizacyjne w Afganistanie. Słyszysz, jakiego języka używam? To język oficjalny: polski wkład, działania stabilizacyjne, siódma zmiana. Te określenia brzmią niewinnie i ci, którzy je wymyślili, zrobili to celowo. Bo właśnie o taki kojący ton chodziło. Tymczasem siódma zmiana to nie była żadna misja, a żołnierze nie byli żadnymi "misjonarzami". To była wojna. Rozumiesz? Krwawa i brutalna wojna. Nasi bliscy nic o niej nie wiedzieli. Przynajmniej jeszcze nie wtedy.

Wasze rozmowy były na podsłuchu? 

Myślę, że tak. Nie mogliśmy zdradzać szczegółów operacji, nie mówiliśmy, gdzie konkretnie jesteśmy, co robimy.

Ale co innego chcę powiedzieć. Kontrwywiad wiedział, że talibowie zamierzają przeprowadzić wielką operację latem, szykowali się do tego od dawna. Tym razem to nie miała być jakaś na pół kryminalna, amatorska miejscowa ruchawka, ale normalne, zaplanowane działania wojenne. I kiedy się okazało, że przez ten dym wulkaniczny harmonogram roszady polskich kontyngentów szlag trafił, bo nic nie przebiegało zgodnie z planem, talibowie wyciągnęli wnioski i rozpoczęli działania wcześniej. Po kilku miesiącach trwała już regularna naparzanka. Nasze patrole wyjeżdżały na akcje codziennie i codziennie były atakowane. Skoro nas atakowano, generał Przekwas nie pozostawał bierny. Tak planował operacje, abyśmy się przeciwnikowi dwoili i troili w oczach. Żeby było nas wszędzie pełno. Tyle tylko, że gdziekolwiek jechaliśmy w góry, te jakby się przed nami rozstępowały. Pewnie czytałeś opisy, jak wojsko wchodzi do wioski, zaskakuje talibów, wywiązuje się strzelanina, w końcu oni się wycofują, a my wygrywamy.

fot. archwium prywatne P. Wójtowicza
fot. archwium prywatne P. Wójtowicza

Było trochę relacji w prasie. 

To tak nie wyglądało. Nigdy i nigdzie! Góry i doliny w Afganistanie mają uszy. Talibowie wiedzieli o nas bardzo dużo, wiedzieli, gdzie jesteśmy i dokąd zmierzamy. Jeśli ktoś wpadał w zasadzkę, to my albo Amerykanie. Wcześniej Rosjanie, a przed nimi… i tak możemy się cofnąć do Aleksandra Macedońskiego. Oni w zasadzki nie wpadali nigdy. To było polowanie, i to oni polowali, nie my. To my byliśmy zwierzyną łowną, nie oni. To pod naszymi samochodami wybuchały ajdiki, to do nas strzelali.

d257k7n

No ale tobie udało się wyprzedzić ich ruch. 

Raz, może kilka razy. Prawda jest taka, że prawie codziennie jakiś polski żołnierz zostawał ranny. Co miesiąc ktoś ginął. Kontakt ogniowy, ostrzał artyleryjski – to chleb powszedni. Z tamtych roześmianych chłopaków, którzy wagarowali w Krakowie, po dwóch miesiącach nie ostał się ani jeden. Ani jeden! Zamiast nich były głodne wilki. Najpierw zmieniały się oczy. Stawały się szklane. Na ich dnie czaiła się determinacja, potem szaleństwo. To było widać, zwłaszcza gdy ktoś ginął lub zostawał ranny. Pojawiała się żądza mordu, chęć wyrównania rachunków. To oczywiście nie brzmi dobrze, ale tak było, taki był nasz naturalny odruch. Chcieliśmy się zemścić. Odegrać, odpłacić. Nie ma wtedy zmiłuj, panuje odpowiedzialność zbiorowa.

Ale co miały do tego telefony? 

No to wyobraź sobie, że po akcji, w której wręcz ogłuchłeś od wymiany ognia, wracasz do bazy i chcesz usłyszeć głos najbliższej ci osoby. Jesteś tak roztrzęsiony, że chcesz do mamy. Chcesz się wyżalić żonie albo tylko usłyszeć głos dziewczyny. Idziesz do rozmównicy, wbijasz kod i po kilku chwilach jest połączenie. I nagle dzieje się coś dziwnego.

d257k7n

Zaczyna się czuła rozmowa. Co słychać, co u ciebie? Jak dzieci? Jak w szkole? Trochę brakuje słów, głos więźnie w gardle. Osoba po drugiej stronie – mama, żona, kochanka – odpowiada. Ale przecież ona też jest stęskniona i też jest bardzo ciekawa. Chce się czegoś dowiedzieć. Zaczyna zadawać pytania. Tyle że my nie możemy szczegółowo opowiadać. Dukamy zatem półgębkiem, że jest dobrze, pogoda doskonała, realizujemy zadania. I wtedy, skoro jest tak dobrze, uspokojone nieco żony zaczynają się żalić. Przecież zostały w kraju same, a tu Jaś dostał pałę z matematyki, Małgosia pokłóciła się z Karoliną, Sylwia bardzo późno wróciła od koleżanki i jeszcze pyskuje matce. Do tego kłopoty w pracy i – ile ja się takich rozmów nasłuchałem! – pękła rura w łazience, której nie naprawiłeś, "chociaż cię o to prosiłam". Zalało sąsiada!

Rozumiesz, co mam na myśli? Tu była ostra wymiana ognia, schodzi z ciebie adrenalina, jeszcze nie zmyłeś krwi rannego kolegi, którego zabrał śmigłowiec do szpitala w Bagram, a tam, za górami, za lasami, w Przasnyszu czy Węgrowie, pękła rura w łazience i jest afera! Po pięciu minutach wiadomo, że taka rozmowa skończy się źle, skończy się jatką, bo żołnierze nie są gotowi ani słuchać, ani tym bardziej mówić. Ten absurdalny dialog toczy się w różnych wymiarach. Żona musi się wyżalić, a żołnierz niespecjalnie może się poskarżyć. Poza tym chce być dobrym mężem i bardzo chce żonę pocieszyć, podnieść na duchu, obiecać, że zaraz po powrocie… ale tak naprawdę sam potrzebuje troski i czułości. Temperatura rozmowy niebezpiecznie rośnie. Robi się tragifarsa na odległość. Komedia sprzecznych intencji. Rozgorączkowana kobieta tak dramatycznie opowiada o awarii w łazience, jakby trzecia wojna światowa się zaczęła, a mąż żołnierz, który właśnie tę trzecią wojnę światową prowadzi, udaje, że po prostu w ramach działań pokojowych zakłada biednym Afganom kanalizację i poprawia miejscowym byt.

Z troski o rodzinę nawija banialuki, ale chcąc uchronić bliskich od nerwów, sam pada ich ofiarą. Bo jest wściekły, że akurat teraz baba zamęcza go pierdołami, a tymczasem on zbawia świat!

d257k7n

Nie wyobrażasz sobie, ile takich rozmów zakończyło się koszmarną awanturą!

Wyd. Znak Literanova
Wyd. Znak Literanova

Michał Wójcik - historyk, dziennikarz, autor bestsellerów Ptaki drapieżne. Historia Lucjana "Sępa" Wiśniewskiego, likwidatora z kontrwywiadu AK i Baronówna. Na tropie Wandy Kronenberg - najgroźniejszej polskiej agentki oraz wywiadu z Zofią Posmysz Królestwo za mgłą. Współautor książki Wojna nadejdzie jutro. Laureat Nagrody Historycznej "Polityki" za rok 2015.

Masz newsa, zdjęcie lub filmik? Prześlij nam przez dziejesie.wp.pl
d257k7n
Oceń jakość naszego artykułu:
Twoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.

Komentarze

Trwa ładowanie
.
.
.
d257k7n