Trwa ładowanie...

Rebelianci nazywali je ”diabłami”: były snajper GROM-u zdradza szczegóły nieopisanych akcji

Snajperzy GROM-u to jedni z najlepszych strzelców na świecie. Od lat pojawiają się w miejscach, gdzie zaczyna się konflikt; Jugosławii, Iraku, Afganistanie, Syrii. Podpułkownik rezerwy Karol Soyka - jeden z najbardziej doświadczonych komandosów Jednostki Wojskowej GROM, pierwszy Polak, który ukończył szkolenie "Zielonych Beretów" w USA - opowiada o tym, jak taki konflikt wygląda z bliska. Przeczytaj fragment książki.

Share
Rebelianci nazywali je ”diabłami”: były snajper GROM-u zdradza szczegóły nieopisanych akcji
Źródło: Materiały prasowe
d20c8ct

Fragment pochodzi z książki ”Krew snajperów. Opowieść żołnierza GROM-u”, autorzy: Karol K. Soyka, Krzysztof Kotowski, wydawnictwo Czarne.

Afganistan. Dolina Uzbin, sześćdziesiąt kilometrów na wschód od Kabulu. Sierpień 2006 roku

Patrol składający się z sześciu hummerów zwolnił i ostrożnie zjechał z asfaltowej szosy. Wozy ruszyły drogą gruntową przy rzece Kabul w stronę doliny Uzbin. Miały do przejechania jeszcze kilka kilometrów do wiosek leżących na skraju południowej granicy dystryktu Surobi. (…)

Strzelcy zapierali się twardymi podeszwami pustynnych butów na metalowych kratownicach podłóg pojazdów, w rękach trzymali sektorówki i okrężne ubezpieczenie. Stali za pokładowymi WKM-ami (Wielkokalibrowymi Karabinami Maszynowymi) i automatycznymi wyrzutniami granatów MK-19. Przez przezierniki na lufach brali na cel podejrzane miejsca i z przeładowaną, choć na razie jeszcze zabezpieczoną bronią utrzymywali pełną gotowość, by w każdej chwili rąbnąć serią. (…) Przedni strzelcy niespokojnie i podejrzliwie zadzierali głowy, spoglądając na poszarpany wapiennymi i żwirowymi żlebami, urwiskami i osuwiskami grzbiet pasma górskiego. Okolica nie wyglądała przyjaźnie. Teren był otwarty i tylko gdzieniegdzie na zboczach były łaty zielono-brązowych krzewinek i traw. Silniki porykiwały, wciągając hummery na wzniesienia drogi, automatyczne skrzynie biegów dobierały niższy bieg. Cztery samochody miały otwarte paki z tyłu, natomiast pierwsze dwa były zabudowane. To, że w konwoju jechały takie właśnie wozy, było dziełem przypadku, bo GROM-owcy korzystali z tych pojazdów, których akurat użyczyli im Amerykanie z bazy Bagram. (…)

d20c8ct

Góra K-6 niedaleko bazy w Bagram ma około trzech tysięcy metrów wysokości. Talibowie kryli się w okolicznych jaskiniach, zarówno naturalnych, jak i tych, które sami wydrążyli. Stamtąd ostrzeliwali patrole wojskowe poruszające się położonymi niżej drogami, wąwozami lub korytami wyschniętych rzek. Pierwsi amerykańscy specjalsi zginęli tu już w 2001 roku. Talibowie ukrywali się pośród cywili, bywało, że wchodzili na stropy wiejskich domów i skakali na wchodzących do środka komandosów. W tamtym okresie nierzadko dochodziło do walki wręcz czy na noże. Komandosi zmieniali taktykę, ale walka z ”niewidzialnym” przeciwnikiem stawała się coraz trudniejsza.(…)

Ćwiczenia pod kryptonimem SKORPION IX certyfikujące żołnierzy jednostek wojsk specjalnych Forum
Ćwiczenia pod kryptonimem SKORPION IX certyfikujące żołnierzy jednostek wojsk specjalnych Źródło: Forum

Ćwiczenia certyfikujące żołnierzy jednostek wojsk specjalnych.

GROM-owcy na początku misji poruszali się po Afganistanie terenowymi toyotami hilux, które zostały tu dostarczone transportowcem w 2002 roku razem z pierwszymi polskimi żołnierzami. Trzeba je było na miejscu własnymi siłami trochę przerobić. Chłopaki usunęły boczne drzwi, żeby łatwej było się ewakuować w razie zasadzki, i przyspawały do ram przy dachu prowizoryczne statywy do karabinów maszynowych Kałasznikow PK 7,62 mm. Zdobyli także dodatkowe kanistry na paliwo i wodę, dzięki którym zwiększyli zasięg patroli do dwustu kilometrów. Pick-upy dość dobrze się sprawdzały w Afganistanie. Były lekkie, dość trwałe i zwrotne. Ale kiedy talibowie okrzepli i dopracowali swoją taktykę walki z żołnierzami koalicji, a ostrzał kolumn wojskowych stał się codziennością i przybywało rozmaitych przydrożnych min i pułapek, cywilne w gruncie rzeczy toyoty z funkcjonalnych wozów terenowych zamieniły się w śmiertelne pułapki. Oczywiście przede wszystkim ze względu na lekką konstrukcję. W 2004 roku w konwojach Polaków pojawiły się pierwsze hummery, które też nie były spełnieniem marzeń: w zasadzie nieopancerzone, bez wzmocnień, bez oryginalnych wielkokalibrowych karabinów maszynowych. Na dodatek polskie kałasznikowy PK 7,62 mm nie pasowały do amerykańskich statywów i montaży. Hummery te nie były odporne na ostrzał ze zwykłego kałasznikowa, bo ich skrzynie nie zostały niczym wzmocnione, chociaż można było użyć przynajmniej przeciwodłamkowych koców kevlarowych. Do ławek na tylnych skrzyniach hummerów przyspawano więc wszystko, co dało się znaleźć na miejscowym złomowisku, byle tylko trochę lepiej ochronić dupska i plecy, najczęściej były to pasy grubych blach lub metalowych płaskowników. Tego rodzaju zabezpieczenia nie chroniły jednak w żaden sposób przed skutkami wybuchu min, które zbierały krwawe żniwo. (…)

d20c8ct

W tamtym czasie głównym zajęciem GROM-owców w Afganistanie były patrole rozpoznawcze. Komandosi często wyjeżdżali hummerami na zwiady długodystansowe, podczas których pokonywali nawet do trzystu kilometrów. Poznawali teren, porównywali z elektronicznymi mapami lokalizację różnych osad i wiosek znajdujących się wzdłuż wytyczonej trasy. Ich zadania sprowadzały się do ”patrolowania na pojazdach”, cokolwiek ten termin miał oznaczać. Po drodze próbowali nawiązywać przyjazne kontakty z ludnością afgańską, co w zasadzie nie miało większego sensu, bo jak można złapać kontakt i zdobyć zaufanie kogoś, kto mówi językiem, z którego nie da się zapamiętać żadnego słowa. Pozostawało więc przyjazne machanie ręką i obustronne udawanie, jakimi to jesteśmy sprzymierzeńcami. Gdzieś tam wymyślono nawet ”specjalną” taktykę zaprzyjaźniania się z miejscowymi, której przyświecało hasło: ”Win Their Hearts and Minds” (zdobyć ich serca i umysły), co GROM-owcy w wolnym przekładzie z angielskiego określali ironicznie jako ”Gówno prawda”. (…)

”Drętwy” wszystkiego nauczył się na szkoleniach i uczestnicząc w misjach GROM-u. Taktyka działania patrolu na pojazdach w Iraku czy w Afganistanie to zdecydowanie co innego niż na czołgach czy BWP-ach. BWP, czyli gąsienicowy bojowy wóz piechoty, zupełnie by się tu nie sprawdził, w tak dziwnej, mobilnej, niekonwencjonalnej i nieregularnej wojnie z partyzantami i terrorystami. Oranie terenu gąsienicami i jazda na wprost w wyznaczonym strategicznie kierunku nie wchodziły w grę. Drogi w Afganistanie są kręte, o ile w ogóle istnieją. Mobilność i manewrowość gąsienicowych olbrzymów jest znacznie mniejsza od lekkiej kolumny pojazdów na kołach. Nie ma mowy o szybkiej reakcji bojowej w różnych kierunkach ani o uniesieniu armaty takiego pojazdu powyżej sześćdziesięciu stopni, a tutaj bywało to konieczne. Sowieci ze swoimi czołgami już raz przegrali wojnę na tym terenie. Jeśli w Afganistanie używano czołgów, to rozmieszczano je wokół dużych baz wojskowych w celu odparcia ewentualnego zmasowanego ataku talibów.

Rosomaki, w które w końcu zaopatrzono polskie misje, też nie pozwalały na prowadzenie ostrzału powyżej sześćdziesięciu stopni na krótkim dystansie, ale przemieszane w kolumnie z hummerami czy MRAP-ami się sprawdzały. W Afganistanie bardzo dobrze działały na morale żołnierzy – wyglądały groźnie i dawały sobie radę na otwartym terenie i na długich dystansach, stanowiąc doskonałe wsparcie dla zaatakowanej kolumny. Nic dziwnego, że rebelianci afgańscy nazywali je ”diabłami”.

Patrol dowodzony przez ”Drętwego” mógł tylko pomarzyć o lepszym sprzęcie. Żołnierzom musiały wystarczyć hummery. Zresztą major dobrze wiedział, że gdyby nie Amerykanie, to dalej jeździliby pick-upami, ewentualnie na osłach. (…)

d20c8ct

”Drętwy” siedział obok kierowcy hummera na płaskim, kwadratowym, metalowym siedzeniu wyścielonym wytartą już parcianą nakładką. (…) Rozglądał się dookoła przez przyciemniane okulary firmy Oakley z na pozór obojętnym wyrazem twarzy, naprawdę jednak zachowywał najwyższą czujność. Między kolanami lewą ręką trzymał krótki karabinek szturmowy M-4 skierowany lufą w dół. To już nie był młody i niedoświadczony ”Drętwy” z okresu swoich pierwszych akcji bojowych. Nosił brodę i niewiele pozostało z jego niegdysiejszej baby face, dziecinnej twarzyczki. (…) W Afganistanie był obytym z wojną rutyniarzem, zobojętniałym na śmierć snajperem i mistrzem dla swoich uczniów. Na tym patrolu był najstarszy zarówno stażem, jak i stopniem. Miał pod komendą dwóch młodych snajperów, którym bacznie się przyglądał i czasem coś podpowiadał. W pewnym sensie naśladował ”Robaka” z okresu, gdy ten był jego nauczycielem.

W Afganistanie „Drętwy” zdobył zupełnie nowe i bardzo ważne doświadczenie. Wcześniej w akcjach snajperskich on i ”Robak” byli parą polujących drapieżników. Tutaj odwrotnie – major i jego ludzie stanowili cele snajperów. To zupełnie inne uczucie, gdy wiesz, że gdzieś na górze może czaić się ktoś, kto chce cię zabić. Spojrzał do przodu w dół zbocza i dostrzegł w oddali wyłaniające się zza zakrętu pierwsze zabudowania osady i otaczające je zielone pola, najpewniej plantacje maku i marihuany. (…) Przycisnął nadajnik radio- stacji pokładowej:
– Uwaga, kierowcy! Zwolnić! Do wszystkich: wysypujemy się z pojazdów! Dismount!

W takich sytuacjach chłopaki działały rutynowo, miały to przećwiczone do bólu. Kilkunastu żołnierzy w kamuflażu pustynnym wyskoczyło na drogę – szli tuż przy hummerach i trzymając przed sobą karabinki szturmowe, bacznie się rozglądali. Jeśli nie było to absolutnie konieczne, nawet na centymetr nie schodzili ze ścieżki, bo tutaj z drogi można odlać się wprost na minę, a to oznacza ostatnie sikanie w życiu. Poza tym mieli w pamięci niedawny wypadek, kiedy to na przydrożnej minie przeciwpiechotnej omal nie zginął ich kolega z GROM-u.

Archiwum prywatne
Źródło: Archiwum prywatne

Snajperzy. Archiwum prywatne autora.

d20c8ct

– Snajperzy, do mnie! – wezwał przez radio ”Drętwy”.
Dwóch snajperów w polnych maskałatach i z długimi karabinami podeszło kilka kroków w stronę dowódcy.
– Zajmijcie pozycje przy samym zjeździe z drogi, na jedenastej, gdzieś na tamtych skałkach przed nami. – Pokazał dłonią. – I ubezpieczajcie nas, kiedy będziemy parkować na skraju wioski. Gdy zajmiecie stanowiska, dajcie znać przez radio. (…)

”Drętwy” czuł się teraz bezpieczniej, będą mieli ”swoje oczy” na dolinę i gliniane zabudowania widoczne w oddali. A kiedy przednia część kolumny czterech hummerów sprawdzi teren przy wiosce, poda przez radiostację, by dwa pozostałe na drodze do nich dołączyły. Zamierzał porozmawiać ze starszyzną wioskową, jeśli taka się pojawi, i też spróbuje się z nimi ”zaprzyjaźnić”, przekazując im kilka ulotek propagandowych w języku pasztuńskim, karton cukierków i pakiet okolicznościowych, ”niosących pokój” koszulek. Przy okazji zapyta przyjaźnie o kryjówki miejscowych talibów i zaoferuje im ochronę przed nimi. Takie tam hocki-klocki. Tak wyglądała ta robota, praca u podstaw. Ale to lepsze niż wrogie spojrzenia żołnierzy na miejscową ludność pozbawioną przez wojnę i biedę wszelkiej radości życia.

W pewnym momencie zza ostatniego zakrętu na początku drogi, już na skraju wioski, wychynął młody chłopak, Afgańczyk. Prowadził stado czarnych, futrzastych i nieprzytomnie brudnych owiec, które zajęły cały zjazd z drogi. Dwaj GROM-owcy kroczący z przodu kolumny trochę przyśpieszyli, natomiast kierowcy czterech ostatnich hummerów się zatrzymali. Pierwsze dwa ciągle jechały w dół doliny. Zazwyczaj tak działali, to był odruch, nic przypadkowego. Dzieciak nie wyglądał na zaskoczonego, odwrócił się w kierunku stada owiec i pośpiesznie machając rękami, zaganiał je na łagodną skarpę na poboczu drogi, porośniętą tu i ówdzie mizerną roślinnością. (…)

– Ej, ”Megi”, rzuć mi cukierki, są w kartonie obok ciebie! – zawołał ”Cichy”, jeden z chłopaków z przedniej szpicy. ”Megi” to ksywa gunnera jadącego w pierwszym hummerze w kolumnie.
– ”Biały”, przejmij przód! – wrzasnął ”Megi” do drugiego gunnera z tyłu.
Potem schylił się mocno, chowając głowę w środku wieżyczki, złapał karton i wyjął z niego przeźroczystą paczkę kolorowych lizaków. I w tym właśnie momencie usłyszeli dobrze im znany huk, a za chwilę tnący powietrze świst lecącego ładunku wystrzelonego z granatnika RPG-7. Pocisk trafił precyzyjnie w blachę wieżyczki karabinu ”Megiego”. Rozległ się niesamowicie głośny wybuch i podniósł tuman kurzu. Oszołomiony od skumulowanej fali uderzeniowej ”Megi” natychmiast się wyprostował, paczka słodyczy wypadła mu z dłoni. Odruchowo próbował znaleźć uchwyty swojej pięćdziesiątki, z której oprócz wiszącej na boku, okopconej lufy prawie nic nie pozostało.

d20c8ct

– Kontakt! Kontakt z lewej, Kontaaakt! – krzyczeli do siebie szturmowcy.
W jednej chwili rozgorzał jednostronny ostrzał. Strzelcy na hummerach zerwali się i zaczęli walić na odległość dwustu metrów, wysoko na lewym stoku wzgórza. Strzelali w każdą podejrzanie wyglądającą skałę i wylot jaskini. Pozostali GROM-owcy schowali się za hummerami i grzali krótkimi seriami. ”Drętwy” sięgnął po granat dymny, wyrwał zapłonnik tarciowy, aż zafurczało mu w dłoni, i rzucił nim skośnie do przodu, w dół stoku. Chciał się odgrodzić zasłoną dymu od strony wioski. Na razie nie strzelał i na chłodno obserwował, co się dzieje. Po chwili ostrzał chłopaków się uspokoił i tylko gunner od granatnika MK-19 wypuścił jeszcze z lufy dwa granaty. Poleciały wysoko, na zrujnowane już skały. ”Drętwy” nakazał łącznościowcowi, by ten natychmiast wezwał wsparcie śmigłowców. Podbiegł do ”Megiego”, który wciąż stał w wieżyczce hummera i zszokowany patrzył na rozpieprzony karabin. (…)

Major zauważył, że z nosa ”Megiego” płyną strużki krwi. Zbliżył usta do jego ucha.
– Żyjesz? Wiesz, gdzie jesteś?!
Z drogi powoli zaczął odchodzić na bok tuman kurzu. Przez białą chmurę zasłony dymnej słabo jeszcze widać było na dole stado owiec, które razem z ich przewodnikiem pędziło w wielkim popłochu w stronę wioski. (…)

Domyślny opis zdjęcia na stronę główną materiał prasowy/Megafon.pl
Domyślny opis zdjęcia na stronę główną Źródło: materiał prasowy/Megafon.pl

Okolica nie wyglądała przyjaźnie. Teren był otwarty i tylko gdzieniegdzie na zboczach były łaty zielono-brązowych krzewinek i traw.

d20c8ct

Sytuacja nie była jeszcze czysta. GROM-owcy zatrzymali się w swoich sektorach i trzymali pozycje.
– ”Rocky”, dawaj tu granatnik! – krzyknął ”Drętwy”.
Szturman wskoczył szybko na pakę trzeciego hummera, wypiął wyrzutnię, chwycił bakelitowy pojemnik z dwoma pociskami i rzucił go pomocnikowi. Obaj natychmiast podbiegli na przód kolumny i rozstawiali się z granatnikiem Carl Gustaf.
– ”Medyk”! – wrzasnął ”Drętwy”. – Melduj!
– Jestem! – zgłosił się ”Medyk”. W tym momencie odezwali się snajperzy. Słyszeli świst przelatujących nad głowami wystrzelonych przez nich jeden po drugim pocisków, które dały o sobie znać odbitym echem po drugiej stronie doliny, tuż za rozciągającymi się w oddali grupami parterowych zabudowań. Strzelili dwa razy w kierunku wioski.
– Co jest grane? – zapytał ich po chwili przez radiostację ”Drętwy”.
– Snajper na drugiej na dachu budynku, odległość sześćset metrów, zdejmujemy – zorientował majora jeden ze snajperów. – Snajper na drugiej, z prawej! Wszyscy do pojazdów! Wsiadać! Spierdalamy stąd! Naprzód, naprzód! – krzyknął ”Drętwy”. – Ruszamy na dół, w dolinę, natychmiast! Move! Move! Granatnik z powrotem na pakę, szybciej!

Sam w pośpiechu odwrócił się w stronę ”Medyka” i siedzącego jeszcze na drodze ”Megiego”. Zrobił może ze dwa kroki, gdy padł pojedynczy strzał od strony wioski. W jednej chwili ”Drętwy” wypuścił z dłoni karabinek (…)

*O autorach: *
Podpułkownik Karol K. Soyka – Jednostki Wojskowej GROM. Absolwent Wyższej Szkoły Oficerskiej Inżynierii Wojskowej we Wrocławiu oraz wydziału Bezpieczeństwa Narodowego i Zarządzania Kryzysowego Akademii Obrony Narodowej w Warszawie. Jako pierwszy Polak w roku 2002 przeszedł elitarne szkolenie ”Zielonych Beretów” – John F. Kennedy Special Forces Army School, Fort Bargg USA. W tym samym roku ukończył wojskowy kurs przetrwania – SERE (Survival, Escape, Resistance and Escape), również w Fort Bragg. Jeden z najbardziej doświadczonych oficerów Jednostki Wojskowej GROM. Służył w niej blisko dwie dekady, a w latach 2006–2009 był w niej szefem szkolenia. Odznaczony przez Prezydenta Polski Krzyżem Zasługi za Dzielność, Brązowym Krzyżem Zasługi dla Rzeczpospolitej Polskiej oraz Gwiazdą Iraku (Odznaczenie przyznawane jest za uczestnictwo w operacji wojskowej Iracka Wolność).

Krzysztof Kotowski – pisarz, dziennikarz, scenarzysta, autor bestsellerów. Psycholog. Szczególne uznanie na rynku czytelniczym przyniosły mu mroczne thrillery psychologiczne (Krew na placu Lalek, Święto świateł, Niepamięć) a także dwie znane serie: przygodowo-sensacyjny cykl z elementami fantasy: Kapłan, oraz pięciotomowa seria political fiction o dziennikarzu Adamie Kniewiczu oraz stale wyciągającej go z kłopotów tajnej agentce o pseudonimie Ultra (Zygzak, Japońskie cięcie, Marika, Serwal, Obława).

Materiały prasowe
Źródło: Materiały prasowe

”Krew snajperów. Opowieść żołnierza GROM-u”, Karol K. Soyka, Krzysztof Kotowski, wydawnictwo Czarne.

Obejrzyj też: Taki musi być snajper wojskowy. Wywiad ze snajperem GROM

d20c8ct

Podziel się opinią

Share
d20c8ct
d20c8ct