WP

Jurata była spełnieniem marzeń. Mówili o niej: polskie Palm Beach

Jurata była symbolem Polski otwierającej się na świat. Miejscem, gdzie elity mogły wygrzewać się bez wstydu na słońcu. Polskim Palm Beach, taką naszą wersją Florydy. Ciekawi, co kiedyś działo się w Juracie? Przeczytajcie fragment książki "Jurata. Cały ten szpas" Anny Tomiak.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Jurata była ulubionym miejscem gwiazd. Zjeżdżały tam tłumnie.
Jurata była ulubionym miejscem gwiazd. Zjeżdżały tam tłumnie. (East News)
WP

Ach, te wieczorki z lat sześćdziesiątych

W czasach, kiedy paszport był przywilejem, wielki zachodni świat wydawał się bardzo odległy. Polski turysta nieczęsto podróżował za granicę i narzekał z tego powodu. Na szczęście wakacje w PRL-u też miały swój urok. W szarych i przaśnych latach sześćdziesiątych, a także w następnym rockandrollowym dziesięcioleciu w Juracie bawiono się chyba lepiej niż dzisiaj. W każdym razie tak zwany zorganizowany wypoczynek, czyli wczasy, rozpoczynane wieczorkiem zapoznawczym i zakończone pożegnalnym, były bardzo roztańczone.

Zobacz: Prolog - Barbara Klicka

WP

Podobnie jak inne pobyty, na przykład w prywatnych kwaterach, wyposażonych w tarasy, na których pląsało się przy niewyraźnych dźwiękach Luxy, to znaczy Radia Luxembourg. Paloma, po wojnie przejęta przez FWP, była lokalem popularnym szczególnie wieczorem. Boogie-woogie i cza-cza-cza tańczono tam przy dźwiękach czarodziejskiej grającej szafy, choć, trzeba to przyznać, muzyka na żywo też się zdarzała. Chłopcy, którzy rano kręcili biznes na plaży – sprzedawali "ogóreczki małosolne z wiadra" – wieczorami zamieniali się w bigbitowców i uwodzili gości, śpiewając o szumie morza, ptaków śpiewie i o tym, że "ona szła przez skwer, z tyłu pies, 'Głos Wybrzeża' w pysku niósł…".

Czasem jakiś ambitny solista amator wykonał utwór "Spacer dziką plażą, la, la, la…" wcale nie gorzej (tak się wtedy wydawało) niż Stan Borys. Waldemar Wilandt opowiada, że kultowe piwa: żywiec czy słowacki zlatý bažant z Hurbanova można było dostać tylko tam.

– Oj, była Paloma świadkiem niejednego romansu, pierwszych pocałunków i rozstań – wzdycha.

WP

– Ja to się tam dziewczyn uczyłem – przyznaje Tomasz Adamczak. Pamięta, że kiedyś schował się z koleżanką za kotarę. – Poprzytulaliśmy się i wychodzimy, a wszyscy w śmiech, bo nagle oboje posiwieliśmy, cali w kurzu, wyglądaliśmy jak posypani popiołem! Palomę znały wszystkie nastolatki. Rano zadawały szyku na plaży, a wieczorem na parkiecie. Wskakiwały w mini albo w spodnie dzwony i tańczyły do świtu. Oczywiście na koturnach! Mniej więcej około północy przydawał się pomost dla kajaków, nie szkodzi, że wybudowany przed wojną i nieco zmurszały. Miło było na nim usiąść, zanurzając stopy w płytkich wodach zatoki, która w bezwietrzny wieczór przypominała tajemnicze jezioro.

East News
Podziel się

Wspomniana już Teresa Urban pisze w książce Moja Jurata: "Parterowy przeszklony budynek składał się z trzech połączonych ze sobą części. Półokrągła część główna, na prawo od wejścia, z parkietem do tańca, miała wysokie okna wychodzące na zatokę. Wzdłuż tych okien stały stoliki. […] Na lewo od wejścia był rodzaj baru […], alkoholu w nim nie podawano (!), ale można było coś zjeść i wypić lemoniadę.

Do drugiej części, leżącej w głębi i nieco wyżej, na podeście, prowadziło kilka schodków. Tam też były stoliki, ale i najważniejszy mebel lokalu – szafa grająca. Ogromna i pękata była źródłem muzyki. Przez jej szklaną ściankę można było odczytać tytuły melodii i obserwować mechaniczne ramię, które aktywowało wybraną płytę. Szafę karmiło się monetami. To nie była droga przyjemność, bo za złotówkę odgrywała trzy utwory. Wystarczyło wrzucić monetę i nacisnąć odpowiedni guzik.

WP

W Palomie zawsze był komplet gości, szafa grała praktycznie na okrągło. […] Tańczyliśmy rock and rolla, potem także twista (pojawił się w latach sześćdziesiątych), no i klasyczne tańce towarzyskie. Żartowaliśmy, że te ostatnie są wodoszczelne, bo czasem pary były tak mocno w siebie wtulone, że woda, gdyby polać ją z góry, nie przeciekłaby między ciałami".

PRZECZYTAJ: Brawo Polacy! Jesteśmy na dobrej drodze do analfabetyzmu

Jak rozpędzić dzikusy?

Mniej więcej do połowy lat siedemdziesiątych artyści plażowali, jedli i pili, spierając się o życie i sztukę, jak najbardziej ubrani. A jeśli ktoś opalał się nago, robił to dyskretnie. Więcej odwagi miała tylko Kalina Jędrusik, pewnie dlatego, że jej nagość wzbudzała niekłamany entuzjazm. Wyjątkiem był też Janusz Głowacki. Zdaniem miejscowych przyszły pisarz i dramaturg "zawsze chodził po wiosce tak jak Pan Bóg go stworzył".

WP

Beztroskim "rozbierańcem", z czasem nazwanym bardzo poważnie: "prekursorem naturyzmu w Chałupach", w końcu zajął się plutonowy milicji, a następnie kolegium do spraw wykroczeń w Pucku (Głowacki opisał to wydarzenie z humorem i swadą w jednym z felietonów opublikowanym na łamach ówczesnego tygodnika "Kultura").

Grzywna pomogła? Niewiele. Z perspektywy czasu widać, że nic nie mogło uchronić zacisznej niegdyś osady przed najazdem golasów. Nawiasem mówiąc, pisarz odpuścił. Odtąd przychodził na plażę w oportunistycznych kąpielówkach. Mimo to został uznany za męczennika, otrzymał odznaczenie niemieckiego towarzystwa nudystów oraz zaproszenie na "jakieś wakacje na Renie", dokąd – jak pisze w książce "Z głowy" – już ze strachu nie pojechał.

East News
Podziel się

"Ale pamięć o moim czynie nie zginęła. Wiele lat później na Manhattanie zaczepił mnie wzruszony rodak: – Czy pan Janusz Głowacki? – zapytał. – To pan się rozebrał na plaży w Chałupach. Chciałem powiedzieć, że pana podziwiam".

WP

Byli i tacy, którzy uważali, że plaża nudystów dodawała Chałupom pikanterii, szczególnie wtedy, kiedy leżeli na niej "znani i lubiani". Łapicki (i nie tylko on) nie podzielał tej opinii: "Pojawili się naturyści. Ktoś się rozebrał, potem drugi i raptem okazało się, cała plaża jest goła. Lata siedemdziesiąte, campingi, to już był zmierzch. Potem, gdy Wodecki zaśpiewał Chałupy welcome to, zaczęło się robić dość paskudnie. Zaczęliśmy szukać nowego miejsca".

East News
Podziel się

Znaleźli je dwadzieścia kilometrów dalej – w Juracie. Odkryli, że choć zapach sosen i rozgrzanego słońcem piasku jest tam taki sam jak gdzie indziej nad Bałtykiem, czas płynie wolniej. Panuje spokój. Na deptaku mija się przeważnie starsze osoby i matki z małymi dziećmi. Spacerują bez pośpiechu. Wszędzie cicho, wszędzie grzecznie. Młodzież uciekła, bo nie było dyskoteki. A aktorzy właśnie z tego powodu zostali. I wkrótce zamienili Juratę, jak kiedyś Chałupy, w miejsce, w którym się bywa.

PRZECZYTAJ: Zdobywają szczyty bez przygotowania. Szerpowie uważają, że na Everest potrafią wejść nawet dziewczyny z "Playboya"

Anna Tomiak opowiada o nadmorskim kurorcie od jego początków w 1928 roku, przez zmianę w centrum wczasów pracowniczych, aż po powrót do elitarności w latach 90. i czasy współczesne. Książka "Jurata" trafiła do księgarni nakładem wydawnictwa Czarne. Można ją kupić od 27 marca 2019 roku.

Materiały prasowe
Podziel się
WP
WP
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Wow!
0
Ważne
0
Słabe
0
Straszne
Trwa ładowanie
.
.
.
WP