WP

Wojciech Jagielski: Człowiek nosi w sobie przekonanie, czego by nie zrobił, gdyby nie to cholerne życie. Taki niespełniony sen o wielkości i bohaterstwie

Jak to jest żyć po swojemu? Co się czuje, nie stając do wyścigu, w którym udział uważany jest za święty obowiązek, choćby dlatego że wszyscy inni w nim uczestniczą? – pyta w nowej książce Wojciech Jagielski. Nam opowiada o swojej własnej drodze, poczuciu odpowiedzialności za śmierć Krzysztofa Millera, partnera wielu wypraw i chorobę żony. Zdradza też, że część książki napisał za niego kto inny. Nie miał wyjścia, nie zrozumiał swojej bohaterki.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Żeby odnaleźć szczęście, wystarczy odrzucić zachodni styl życia? Jagielski pokazuje, że to nie takie proste.
Żeby odnaleźć szczęście, wystarczy odrzucić zachodni styl życia? Jagielski pokazuje, że to nie takie proste. (Adam Kozak)
WP

*Rachela Berkowska: Jaką cenę przychodzi płacić za bezkompromisowość? *

Wojciech Jagielski: Ten wątek przewija się w wielu moich reportażach i książkach. Do pisania ”Wież z kamienia” zabrałem się dopiero gdy podczas którejś podróży na Kaukaz, na przydrożnym głazie zobaczyłem wyryty napis: ”nie będzie bohaterem ten, kto myśli o konsekwencjach”. Może właśnie o to w tym chodzi. Jeśli chce się być bohaterem, nie można zawracać sobie głowy jakimiś zobowiązaniami wobec innych.

Zobowiązaniami nie chce sobie zawracać głowy Kamal, a właściwie Kamila. Rzuciła studia, zostawiła rodzinę, warszawskie mieszkanie i z jednym plecakiem wyjechała do Indii. I ”Święty”, stary hippis. Nosi pan w sobie jakieś hippisowskie tęsknoty?

WP

Dylan, Neil Young, Hendrix, zawsze słuchałem tej tylko muzyki. Potem jeszcze tylko grunge’u, ale i ona wyrasta z tamtej filozofii, jest trochę post- hippisowska. To było mi bliskie. Podobał mi się ich sposób ubierania się i długie włosy, które wszyscy żeśmy nosili. Ale też zawsze miałem wrażenie, że te nasze ubrania, kolorowe koszule, długie włosy, były tylko upodabnianiem się do czegoś prawdziwego. Ciekawiło mnie to prawdziwe, skrajne. To samo zresztą ciekawiło mnie w dziennikarstwie. Choćby Che Guevara, o którym nigdy nie napisałem, bo nie mówiłem po hiszpańsku. Kiedy dziś młodzi ludzie noszą koszulki z jego podobizną, zarzuca im się, że nic nie wiedzą, nic nie rozumieją, podziwiają komunistę, dyktatora, mającego krew na rękach. Ale podobizna Che, jaką noszą na koszulkach i jaka została przejęta przez popkulturę powstała z fotografii, która nie została podpisana ”Ernesto Gueverra, naczelnik więzienia czy minister w kubańskim rządzie” tylko ”guerrillero heroico - bohaterski partyzant”. To jego, ”bohaterskiego partyzanta” nosi na piersi buntowniczo nastawiona młodzież, a nie ministra Guevarrę. Podobizna na koszulkach wyraża tęsknotę bohaterskim partyzantem, rewolucjonistą, a nie za konkretnym Ernesto Che Guevarą.

Fascynował mnie też Mandela, afgański komendant Ahmad Szah Massud. To byli ludzie, którzy chcieli, czy nie, dokonali w życiu radykalnych, bezkompromisowych wyborów. Robili skok na główkę na głęboką wodę. Komuś kto się temu przygląda z boku, może się to wydać piękne. ”Jakiejże odwagi to wymaga, jakiego poświęcenia! Cóż to za śmiałek, ja bym tak nie potrafił, a bardzo bym chciał”.

Minsk, Belarus - July 18, 2015: Red hot air balloon with Che Guevara at the air show iStock.com
Podziel się

Podobizna Che przejęta przez popkulturę powstała z fotografii, która nie została podpisana ”Ernesto Gueverra -minister w kubańskim rządzie” tylko ”guerrillero heroico - bohaterski partyzant”.

WP

Ale samemu trudno.

Ale przecież można. Można zrobić dokładnie to samo. Tyle, że się człowiek boi. Przyglądałem się Afgańczykom, którzy, odnosiłem takie wrażenie, odrzucali i niszczyli wszystko, co im nie pasowało. Monarchia nie pasowała - w diabły z monarchią. Republika nie pasuje – precz. Komunizm – odrzucamy. Teokracja talibów - precz. Albo się siedzi na niewygodnym krześle, ale się je rąbie na podpałkę. Jest wtedy ciepło, ale nie ma na czym siedzieć. Patrzyłem na nich i z jednej strony podziwiałem ich za to co robią, z drugiej myślałem: Boże, jacy to biedni ludzie, jakie to musi być straszne tak niszczyć wszystko wokół. Podróżowałem po świecie jako dziennikarz relacjonując rozmaite wydarzenia. Przy okazji zbierałem i zwoziłem rozmaite strzępki, skrawki, notatki, całe worki rzeczy, które po jakimś czasie układały się w jakąś całość. I wtedy zabierałem się za pisanie książki. Ale tylko wtedy, wcześniej musiała ułożyć mi się jakaś opowieść. Nie o Afganistanie, Czeczenii czy Południowej Afryce, o czymś innym, z nimi tylko związanym. Wszystkie miejsca, ludzi, których spotykałem i wydarzenia, które obserwowałem, w książkach traktuję dość instrumentalnie. Nigdy mnie nie pociągało pisanie o tym, jak mudżahedini przejęli władzę w Afganistanie, albo jakie były przyczyny narodzenia ruchu talibów. Albo czym była polityczna filozofia Mandeli. Do książki potrzebowałem innej opowieści, takiej, w której spotykani przeze mnie ludzie odgrywali dramatyczne role, a ich kraje służyły za scenografię i scenę. Tak, to pewnie prawda, że w moich książkach pojawia się pytanie o to ile się płaci za bezkompromisowość.

Gdybym dalej pracował, jako dziennikarz, tej ostatniej książki pewnie bym jeszcze nie napisał. Wciąż zwoziłbym ze świata te skrawki, kawałki, które ułożyłyby się lub nie w jakąś inną całość. Ale przestałem pracować jak dawniej.

Mnie ciekawi, kiedy pan zaczął. Kiedy po raz pierwszy wyruszył pan do Indii?

WP

W połowie lat osiemdziesiątych. Wpadałem wtedy na hipisów na każdym kroku. Podczas pierwszego wyjazdu do Goa poznałem prawdziwą legendę, Eddie’go Osiem Palców, Ormianina z Kalifornii, który był ojcem chrzestnym wspólnoty hipisów na Goa. Wtedy łatwo można go było spotkać, wypić z nim lassi, zapalić, pogadać. Po jakimś czasie, będąc już dziennikarzem, uświadomiłem sobie, że jeżdżę po dawnym szlaku hipisów, w zasadzie po ich śladach. Afganistan, Pakistan, Nepal. W naszych rozmowach pojawiały się te same nazwy miast, przełęczy, nawet hotele… Zacząłem się zastanawiać: czy oni tego naprawdę nie widzieli czy wszystko się zmieniło aż tak bardzo? Bo ja jechałem szlakiem wojny, przez zgliszcza, a oni tą samą drogą zmierzali ku jakiejś krainie wiecznej szczęśliwości. Czy to, co widzieli tak bardzo różniło się od tego, co widziałem ja? Ciekawiło mnie też, jak ówcześni mieszkańcy Wschodu odbierali przybyszy z Zachodu. Na to wszystko nie starczyło mi czasu, bo skończyło się te moje dawne dziennikarstwo. Może zbyt wcześnie?

W każdym razie w chwili, gdy przestałem wyjeżdżać jako depeszowiec, miałem może środek książki, ogólny pomysł. Teraz musiałem poszukać końców, żeby je ze sobą powiązać. Wybrałem się po to jeszcze ze dwa, trzy razy do Indii. Bo w Pakistanie, czy Afganistanie tych starych hipisów już się nie spotyka. Natomiast w Indiach wciąż można na nich wpaść.

Portrait of sadhu monk, solely dedicated to achieving the fourth and final Hindu goal of life, moksha (liberation). iStock.com
Podziel się

_Bohaterowie książki Wojciecha Jagielskiego w poszukiwaniu swojego miejsca w życiu i szczęścia patrzą na Wschód. Ruszają w drogę podróżując po Pakistanie, Afganistanie, Nepalu, Indiach. _

WP

Tak bez planu?

Naprawdę łatwo ich rozpoznać. Wypatrywałem więc ich na ulicy, dosiadałem się i prosiłem, żeby mi o sobie opowiadali. I tak dwa lata temu spotkałem ”Świętego”. Miałem więc jego historię, ale wciąż czegoś mi brakowało. I wtedy moja żona, Grażyna przypomniała mi Kamilę. Znaliśmy jej rodzinę. Zadzwoniłem i usłyszałem, że właśnie akurat jest w kraju i przekazali jej słuchawkę. Czysty przypadek, zrządzenie losu, że akurat była w Polsce. Zgodziła się, powiedziała, żeby przyjechał do niej do Indii. Pojechałem. To był jeden z najtrudniejszych i niepokojących wyjazdów. Wiedziałem, że będę musiał rozmawiać o czymś innym, niż rozmawiałem do tej pory, jako dziennikarz. Nie o polityce, nie o wojnach, nie o historii. Nie miałem pojęcia czy potrafię? Miałem przecież pytać ją jak żyć?

I jak żyć? Odmieniło pana to spotkanie z Kamal?

Kamal mnie nie odmieniła, ale jeszcze bardziej uświadomiła mi rozmiar tęsknot i urzeczywistniła granicę, do której gotowi jesteśmy podejść, ale przejść ją - już chyba nie.

WP

Co jest dla pana taką granicą?

Trudno powiedzieć. Nic jej nie określa, ale jest, wyraźna. Pamiętam, że Krzysztofa Millera zawsze drażniło, kiedy ktoś mówił, że mu zazdrości, że jeździ na te wszystkie wojny, a jego zdjęcia publikowane są potem na pierwszych stronach gazet. ”Ty przecież też możesz jeździć, wystarczy się zgłosić” – odpowiadał Miller, a na wykręty, że nikt się nie zgodzi, nikt nie zapłaci za taki wyjazd, gotów był takiemu przyszłemu korespondentowi wojennemu pożyczyć pieniądze. Człowiek nosi w sobie i pielęgnuje rozmaite wyobrażenia samego siebie, przekonanie czego to by nie zrobił, czego nie dokonał, gdyby nie to cholerne życie, nie te ograniczenia, gdyby sprawy się potoczyły inaczej, tak jak się miały potoczyć. Taki niespełniony sen o wielkości i bohaterstwie. Potrzebujemy takich złudzeń.

Są obietnicą szczęścia.

Szczęście, to są chwile. Bardzo krótkie według mnie, kiedy się za czymś tęskni, czegoś się chce. Trzeba jeszcze wiedzieć za czym się tęskni.

Za miłością?

Pewnie w tym wszystkim chodzi właśnie o miłość. Nie doceniamy jej należycie kiedy ją mamy, na wyciągniecie ręki, kiedy jej nie brakuje. Nieszczęśliwym jest ten, kto odczuwa pustkę, czuje, że czegoś mu brak, ale nie wie, co to jest. Uświadomić to sobie, poznać powód pustki, to jest chyba najtrudniejsze. Potem można już ruszać, szukać tego, czego brakuje. Myślę, że większość z tych, którzy wyruszali do Indii, na ten Wschód od lat 60. to byli ludzie, którzy czuli w swoim życiu jakąś pustkę. Bo najłatwiej się spakować i sprawdzić, czy gdzieś indziej przypadkiem nie ma tego, za czym tęsknimy. Najczęściej podróż jest właśnie najprostszym sposobem sprawdzenia.

iStock.com
Podziel się

Indie, miejsce duchowej inicjacji - tam dzieje się akcja ”Na wschód od zachodu”.

Podróż samotna, czy w towarzystwie?

Jako dziennikarz zaczynałem samotnie, potem jeździłem z fotoreporterami. We dwóch jest bezpieczniej, a jeśli znajdzie się dobrego towarzysza drogi, to kiedy trzeba, można odłączyć się w pojedynczość. Dlatego tak dobrze jeździło mi się z Millerem, bo choć dobrze nam się podróżowało we dwóch, to obaj potrzebowaliśmy też od czasu do czasu tej pojedynczości. Często zdarzało się nam jechać dokądś i nie rozmawiać ze sobą podczas drogi. Podobno jeśli nie odczuwa się skrępowania takim milczeniem to jest to dowód, że dobrze dobrało się towarzysza drogi. Albo życia. Myślę, że dla wielu z tych, którzy ruszali do Indii, sama podróż była bezcennym doświadczeniem. Dopiero podczas podróży mieli szansę poobcowania z samymi sobą. Przekonywali się, o co tak naprawdę im chodzi, czego pragną.

Pan się o tym przekonał w podróży?

Uwielbiałem jeździć do Afganistanu. Każda podróż afgańska była dla rodzajem oczyszczenia. W Afganistanie sprawy odzyskiwały właściwe im znaczenie, te mniej ważne, przestawały się liczyć, a na swoje miejsce wracały te, które naprawdę były najważniejsze. Wracałem z Afganistanu poukładany, lepszy. W tej naszej codzienności też się niby pamięta o tym, co jest ważne, a co nie, ale to co pilniejsze zwykle wpycha się przed to co ważne, wszystko się jakoś zaciera, rozmazuje. A w końcu się człowiek łapie się na tym, robi nie to, co chciałby i żyje nie tak jak by potrzebował.

*Kamal nie pozwala żeby cokolwiek się do niej ”przylepiało”. Jest w nieustannym ruchu. Jest koczowniczką. *

Może zabrzmi to dziwnie, w ustach kogoś, kto pół życia spędził w podróżach dziennikarskich, ale chcę powiedzieć, że jestem przedstawicielem ludu osiadłego, któremu zrozumienie koczowniczych potrzeb przychodzi z wielką trudnością.

A Kamal pan zrozumiał?

Nie rozumiałem, przynajmniej nie tak, jak należy. Mówiła do mnie po polsku, ale było to trochę tak jakbym słuchał wywodu kogoś, kto zajmuje się wyższą matematyką czy jakąś inną dziedziną o której nie mam pojęcia. Pojechałem do Indii chcąc zrozumieć wybór drugiej osoby, ale ta jej odpowiedź wydała mi się zupełnie niezrozumiała. Pytałem ją na przykład co według niej w życiu liczy się najbardziej. A ona mi na to, że liczy się to, że jesteśmy jednością. Co u licha znaczy, że jesteśmy jednością?!

To chyba trudne pisać o kimś, kogo się nie pojmuje. Dzień po dniu zadawał pan te same pytania…

To był jedyny sposób, bo ja jej nie rozumiałem. Uświadomiło mi to, po raz kolejny, bo pisałem już o tym w ”Nocnych wędrowcach”, że czasem zdarza przepaść, której się nie da przekroczyć. A żeby zrozumieć pewne sprawy, trzeba przejść na drugą stronę. Inaczej, to będzie tylko teoretyczna opowieść. Oczywiście, mógłbym powtórzy w książce słowa, jakie wypowiedziała Kamal, odtworzyć zdarzenia z jej życia, ale nie powie to wiele o niej samej. Rozmawiałem o tym z Grażyną i okazało się, ona rozumie Kamal doskonale. Przynależy do takiego samego plemienia koczowników. Dlatego jej Kamal oddałem.

Jak to?

Proszę zajrzeć do książki na stronę redakcyjną. Rozdział o Kamal - Grażyna Jagielska. Namówiłem ją, żeby go napisała. Uznałem, że może bardzo dobrze zrobi to książce jeżeli to moje niezrozumienie zostanie wyeksponowane przez zupełnie inną narrację. Miało to jeszcze bardziej podkreślić przepaść dzielącą świat Kamal i nas, ludzi konwenansu. Mnie życie koczownika przejmuje raczej strachem niż pociąga. Trudno mi się jest wczuć w taką rolę. To trochę tak, jak jakby chcieć zrozumieć samobójcę. Mówimy: zrobił to, bo już nie miał siły żyć. Ale czy naprawdę potrafimy sobie wyobrazić, poczuć, że życie może być tak trudne, tak ciężkie i nie do zniesienia, że śmierć wydaje się łatwiejsza, niż następny dzień do przetrwania? Tylko najwięksi mistrzowie, pisarze potrafią się wcielać we wszystkie postaci, także te niewyobrażalne. Ja tego nie umiem. Kiedy Krzysztof Miller popełnił samobójstwo i wcześniej, gdy trafił do kliniki psychiatrycznej, zacząłem się zastanawiać i nad sobą. Może i tam wyląduję? – myślałem. A jeśli jeszcze tam mnie nie ma, to może jestem jeszcze bardziej chorobowym przypadkiem. Dziś żałuję, że go namówiłem do pisania książki, tych ”13 wojen”. Myślałem, że ta książka da mu poczucie znaczenie, które tracił wraz z umieraniem całego zawodu fotoreportera. I może jeszcze będzie to sposób na przepracowanie traum. Dopiero później zrozumiałem, że nasza pamięć jest zupełnie inna. Ja czerpię z pamięci, on, jak się okazało, z pamięci komputera. Gdybym mu zabrał komputer, w którym przechowywał fotografie, może nie potrafiłby sobie przypomnieć gdzie i kiedy je zrobił. Pisał książkę, patrząc na swoje zdjęcia. Przyglądał się więc znów temu, co było jego koszmarem. Ta książka, zamiast mu pomóc, pewnie mu tylko zaszkodziła.

PAP
Podziel się

Krzysztof Miller, od 1989 roku fotoreporter ”Gazety Wyborczej”. Fotografował niemal wszystkie konflikty zbrojne na świecie. Autor książki ”13 wojen i jedna. Prawdziwa historia reportera wojennego”. Zmarł tragicznie 9 września 2016 roku.

Co pana uchroniło? Pewnie zadawał pan sobie to pytanie przy okazji choroby żony.

Nie wiem, naprawdę nie mam pojęcia. Pierwszej podpowiedzi udzielił mi lekarz w klinice. Bez świadomości, że to robię, sam sobie aplikowałem kurację. To wtedy zacząłem rozumieć różnicę między przypadkiem Millera i moim. Ja, wszystko co widziałem, czego byłem świadkiem natychmiast opisywałem. W korespondencjach, reportażach, książce. Przyjeżdżałem do domu i opowiadałem Grażynie. Nawet nie po to, żeby coś z siebie wyrzucić, tylko sprawdzić, czy nadaje się na reportaż. Opowiadałem też jej wszystko, żeby wiedziała w czym to naprawdę jest, żeby strach nie miał wielkich oczu. A więc wyrzucałem z siebie wszystko, tak jak robią w klinice psychiatrycznej, żeby wydobyć z pacjenta tę jego traumę. Ja robiłem to poniekąd sam i nie zdając sobie nawet z tego sprawy. Kiedy się tego dowiedziałem, namówiłem Krzysztofa do napisania książki, myślałem, że z nim będzie podobnie.

Czuł pan odpowiedzialność z tę śmierć?

W tym naszym dwuosobowym oddziale, to ja byłem dowódcą. To znaczy on sam mnie w tej roli obsadzał, wypychał, tak mu było wygodniej. Po śmierci Millera zadzwoniłem do znajomego żołnierza ze stażem w Iraku i Afganistanie. Powiedział mi też, że istnieje coś takiego, jak osobowość zadaniowa. I ja ją mam.

Co to znaczy?

Kiedyś pewien górnik na emeryturze powiedział mi, żeby się do tej roboty nadawał. Jak ktoś zjeżdża do kopalni, to też musi mieć chyba taką osobowość. Zjeżdża pani w dół i w dół, wszystko się nad głową zamyka, ale jak ktoś się skupia na zadaniu, to o tym piekle, o tym wszystkim co wokół nie myśli. Kiedy wracam pamięcią do tych swoich dziennikarskich podróży, to sobie czasami myślę, że to wszystko nie mogło się zdarzyć, albo przytrafiło komuś innemu. Mam więc pewnie tę osobowość, ale uaktywnia się tylko w tych nadzwyczajnych, kryzysowych sytuacjach. Musiałem ją mieć, bo inaczej nie dałbym rady tego wszystkiego znieść.

To pana żona trafiła do szpitala z objawami stresu bojowego Jak się pan mierzył z tym, że zachorowała przez pana?

Razem żeśmy poniekąd zachorowali, ale tylko ona wylądowała w szpitalu. Byłem tego pośrednią przyczyną więc poczuwam się do winy, odpowiedzialności. Zostaliśmy zdiagnozowani, jako patologiczna symbioza. Nasze i moje życie – to była nasza wspólna decyzja. Ona dawała mi poczucie bezpieczeństwa, żebym mógł uruchamiać w sobie tę osobowość zadaniową. Bo bez tego, to by się nie udało. To także Grażyna dostrzegła jako pierwsza z nas, że dziennikarstwo stało się dla mnie nie tylko zawodem, ale pasją. A dla niej pasja jest czymś największym, najpiękniejszym, co może człowieka spotkać. Skłonności symbiotyczne plus jej wartościowanie pasji sprawiły, że przydarzyło się nam to, co się przydarzyło. Oczywiście, że mam z tym ogromny problem. Dużo lepiej czułbym się, gdybym to ja wylądował w szpitalu, a nie ona. Ale z drugiej strony, gdybym to ja w nim się znalazł, pewnie nie poczuwałbym się wcale do jakiejkolwiek odpowiedzialności.

Bez tej symbiozy nie powstałaby książka.

Czasem pytano nas z Krzysztofem, jak blisko trzeba podejść, żeby zrobić dobry reportaż? Tego człowiek nigdy nie będzie wiedział, dopóki nie podejdzie najbliżej, jak to możliwe. Iść tak daleko, jak Kamal, czy ”Święty”, takiej wolności bym w życiu nie potrzebował. Jeśli człowiek czuje, że jest w jakiś sposób zniewolony, to dobrze sprawdzić, czy i jak ta wolność jest ograniczona. Czy to ograniczenie nie tkwi tylko w naszej w głowie. Nie dostrzegamy na co dzień wolności przerwania czegoś i zaczynania od nowa.

Europejczyków ta koncepcja ciągłego zaczynania od nowa może przerazić.

Tam dokąd jeździłem jako dziennikarz, gdzie toczyły się wojny, możliwość zaczęcia czegoś od nowa wydawała się wielu ludziom przywilejem, a nie nieszczęściem. ”Święty” powiedział mi, że w Indiach stał na tyle pewny siebie, na tyle się zmienił na tę wschodnią modłę, że teraz w zasadzie mógłby już wrócić na Zachód i żyć po swojemu tak, jak on chce, a nie być przymuszonym przez system. To jest, moim zdaniem, ułuda. Tej zachodniości łatwo się wyzbyć, ciężko się odciąć od korzeni, tożsamości. A w dodatku po powrocie nie sposób nie dać się temu światu wessać. Kamal wychowuje syna na wschodnią modłę, ale oni na wschodzie strasznie się westernizują.

*Co ma pan na myśli? *

Kiedyś rozmawiałem z Lhamo o szkole. Lubił matematykę i komputery, ale lekcje hindi uważał za straszne nudziarstwo. Kiedy tłumaczyłem mu, że przecież poznaje w ten sposób literaturę i język własnego kraju, odparł mi: a ty myślisz, że ja tu na zawsze zostanę? Ma swoje marzenia, a myślę, że ma już także rozmaite plany na własne życie. I jeśli postanowi wyemigrować do Kanady, do Polski czy do Niemiec, zrobi to. Kamal go w niczym nie ogranicza i nie będzie mogła mu tego zabronić. Inaczej sprzeniewierzyłaby się samej sobie.

Materiały prasowe
Podziel się

Kamal i ”Święty” to bohaterowie książki Wojciecha Jagielskiego ”Na wschód od zachodu”.

Jest taki moment, kiedy Kamal pyta - gdzie popełniłam błąd?

Nawet zakładając, że nie wychowujemy dzieci na własne podobieństwo, pewne rzeczy przechodzą w sposób automatyczny. Broniłem obu synów, żeby nie zostali dziennikarzami. Jeden już nim jest, drugi dryfuje niebezpiecznie w tym kierunku. Ale kim ma być, jeśli w domu wszyscy zajmują się pisaniem, skąd ma brać wzory?

Kamal może i myśli, że popełniła błąd, kiedy dostrzega w Lhamo te ciągotki do wszystkiego, co zachodnie. Ale jak się od tego odciąć w świecie tak strasznie zglobalizowanym? Jak się odciąć od zachodniości, gdzie jednym z jej atrybutów są telefony komórkowe z internetem. Odebrać go dziecku? To znaczy, że się je ogranicza, występuje przeciwko temu, w co się samemu wierzy.

Lhamo długi czas nie chodził do szkoły.

Według Kamal zbyt wczesne urabianie młodego człowieka jest czymś złym i przypomina to zaganianie go w labirynt, do którego sam być może wcale by nie wszedł. Kamal uważa, i ta jej opinia jest bardzo ugruntowana i świadoma, że do dziesiątego roku życia, dzieci powinny uczyć się same. Kiedy obserwowałem Lhamo, wydawało mi się, że jest życiowo sprawniejszy, niż większość jego rówieśników. Pierwsze, co mnie uderzyło, jak tylko go poznałem, to jego niebywała łatwość nawiązywania kontaktów z ludźmi. Nie ma w nim żadnej obawy. Dzieci się często wstydzą, a Lhamo, jeśli go coś zaciekawi, zaraz zapyta, nie ma z tym żadnego problemu, nic go nie blokuje. I o to chodziło Kamal - żeby tej ciekawości nie zabić za wcześnie. Lhamo ma też poczucie własnej wartości.

To wymaga od matki odwagi. Zwykle mówimy dziecku: nie dotykaj gorącego, uważaj na pokrzywę, bo cię sparzy.

Ale czy nie robimy tego ze względu na własne dobro? Jak pani wsadzi dziecko do kojca, wie pani, że nic mu się nie stanie. Ono jest bezpieczne, ale i pani – a może głównie o to chodzi? - ma święty spokój. Wyzbycie się wygody wymaga dużo trudu. I wyrzeczeń, na co godzimy się niechętnie. Kamal od samego początku traktuje syna śmiertelnie poważnie. Jak dorosłą osobę. To też jego uczyło dorosłości. Bo my dorosłości nasze dzieci oduczamy.

Dała mu wiele lekcji o wolności.

Sądzę, że w właśnie z tego powodu nieśmiało podpatrywałem tych hipisów, którzy byli w stanie zrezygnować z udziału w tej gonitwie, do której wszyscy jesteśmy zapędzani. Liczy się ten, kto ma więcej, szybciej, kto wyżej zaszedł, ważni są tylko zwycięzcy. Wmawia się nam, że musimy nieustannie uczestniczyć w jakichś zawodach, konkursach, wyścigach. Jak nie maraton, to półmaraton. A to przecież od nas samych zależy, czy weźmiemy w tym udział czy się wypiszemy z konkurencji. O dziennikarstwie mówi się, że kto w nim pierwszy, ten lepszy. Kto pierwszy poda wiadomość, ten wygrywa. Nie lekceważąc znaczenia szybkości przekazu w dziennikarstwie, zawsze jednak wyznawałem zasadę, że pierwszy w nim jest ten, kto lepszy, a nie lepszy, kto pierwszy.

Materiały prasowe
Podziel się

Wojciech Jagielski, ”Na wschód od zachodu”, wydawnictwo Znak. Premiera 31 stycznia 2018

*O autorze: *Wojciech Jagielski, prozaik, dziennikarz, przez 21 lat korespondent "Gazety Wyborczej". Specjalista od spraw Afryki, Kaukazu i Azji Środkowej. Laureat Nagrody Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich oraz Nagrody "Rzeczpospolitej" im. Dariusza Fikusa. Nominowany do Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego i Nagrody Nike 2010. Autor książek: m.in. ”Modlitwa o deszcz”, "Wieże z kamienia”, "Nocni wędrowcy”, "Wszystkie wojny Lary”.

Obejrzyj też: Smak Indii. Przepis na mango lassi z dynią

WP
WP
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Wow!
0
Ważne
0
Słabe
0
Straszne
Trwa ładowanie
.
.
.
WP