Qaqwqwrqw

Prawdziwa historia żołnierza warszawskiej mafii. "Na siłowni nikt nie rozstawał się z bronią"

Piotr Mudyn był żołnierzem żoliborskiej grupy przestępczej, brał udział w wielu akcjach znanych z doniesień medialnych. Gangsterka dała mu siłę, pieniądze i tożsamość. A potem odebrała wszystko i wszystkich.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Piotr Mudyn
Piotr Mudyn (Materiały prasowe)
Qaqwqwrqw

Warszawa, końcówka lat 90. i początek nowego wieku - przełom tysiącleci. Cała Polska żyje wojnami stołecznych gangów. Prasa, radio i telewizja niemal codziennie donoszą o strzelaninach, egzekucjach, krwawych rozprawach między ludźmi z przestępczego półświatka. Znani gangsterzy jeden po drugim tracą życie albo - jeśli mają szczęście - lądują na długie lata w więzieniu. Niektórzy idą na współpracę z policją i sypią dawnych kumpli, inni zostają świadkami koronnymi. Prawda zaczyna obrastać w legendy i kłamstwa - i staje się obiektem manipulacji.

"Ostatni" to nie tylko prawdziwa relacja świadka tamtych wydarzeń, opowieść o lojalności wobec wspólników, walce z policją, uzależnieniach, seksie, samotności i lęku - ale przede wszystkim przejmująca historia człowieka. Dzięki uprzejmości wydawnictwa Helion publikujemy fragment książki "Ostatni Prawdziwa historia żołnierza warszawskiej mafii" Piotra Mudyna i Marzeny Matuszak.

Materiały prasowe
Podziel się
Qaqwqwrqw

Rozdział 4. Czas zabijania

(…)

O Czasze:
Przyjmował heroinę do nosa codziennie w ilościach "dla mnie wystarczających”, tj. ok. 0,5 grama, czasem więcej.
Alkoholu spróbował w 14. roku życia. Alkohol wzmaga jego agresję.
Dokonywał samouszkodzeń, pociął się i wybił szybę ze zdenerwowania.
Rodzice rozstali się, gdy miał 2 lata, nie wie dlaczego.
W wieku 17 lat aresztowany i skazany za gwałt na 2 lata.
Ma sympatię i plany na przyszłość.

O Komandosie:
Matka opuściła dom po rozwodzie i nie interesowała się rodziną. Nie widział jej od tego czasu. Ma jednego brata, z którym nie utrzymuje kontaktów, bo "nie chce się narzucać”.
Skończył technikum samochodowe. Nauka nie sprawiała mu nigdy trudności.
Mieszka od kilku lat z narzeczoną. Żenić się nie chce, bo "nie ciągnie go do zakładania rodziny”. Jego konkubina ma 23 lata, zajmuje się handlem obwoźnym. Nie zastanawiał się nad łączącymi ich uczuciami, "może kiedyś, jak pozałatwia swoje sprawy — teraz uczucia muszą poczekać”.

Qaqwqwrqw

(…)

Kiedy Komandos z Czachą idą siedzieć, wojna na mieście przybiera coraz większe rozmiary i nikt nie czuje się bezpiecznie.
Na Żoliborzu wrze, Stefan już nie może utrzymać porządku, nie ma autorytetu. Podlegli mu żołnierze obijają go i straszą. Mario coraz bardziej oficjalnie próbuje przejąć władzę. Razem z Ptakiem ostrzeliwują samochód Stefana z kałasznikowa i odjeżdżają, przekonani, że Ksiądz — jak też go zwano — właśnie sprawdza, czy Pan Bóg naprawdę istnieje. Ale Stefan schował się pod podwoziem i przeżył. Jeszcze na niego nie pora. Leżąc na ziemi, wykręca numer Maria.

— Tu Stefan, dzwonię do was zza grobu — szepcze.
Oczywiście Mario nie daje za wygraną, już poczuł, jak to jest być szefem. Ale na mieście nie ma posłuchu, ani mokotowscy, ani pruszkowiacy nie chcą z nim gadać. Konkurencyjne gangi, korzystając z zamieszania, próbują przejmować żoliborski teren.

Qaqwqwrqw

Wolscy mają chęć na słynny burdel Afrodyta przy Twardowskiego, który od zawsze był rezydencją żoliborskich. Tu właśnie przesiadywał Marek M., snując swoje niezrealizowane sny o potędze. Pewnego dnia Profesor decyduje się dokonać wrogiego przejęcia. Mario traktuje sprawę burdelu bardzo honorowo i mobilizuje wszystkich swoich bejsbolowców, nożowników i miotaczy ciosów. Jatka w Afrodycie, która ma miejsce 12 lutego 1998 roku, ujawnia całą desperację i okrucieństwo podwładnych Maria. Nie jest pewne, czy Profesor umarł na skutek ciosów bejsbolem czy od wielokrotnych pchnięć nożem, z których jedno dotarło do serca. Jego kości były połamane w wielu miejscach, a Mario w szale zemsty i triumfu próbował podobno zdjąć mu skalp.
Szczegółowy opis masakry w Afrodycie przedstawił świadek incognito. Ale żoliborscy szybko się dowiedzieli, kto ma za długi język. Konfident Orzech zostanie spalony razem z samochodem, jeszcze zanim rozpocznie się proces.

"Tamten Piotr umarł, teraz jest inny" Materiały prasowe
Podziel się

Mario dostanie wyrok dwudziestu pięciu lat więzienia. Do schedy po nim wystartują: Łańcuch, Szymon i Szkatuła.
Zgredy wojują, a żołnierze giną. Z dnia na dzień zmieniają się fronty i alianse, a chłopaki mają zawijać i zabijać tych, którzy do tej pory byli ich kumplami. Już nikt nie wie, kto jest przyjacielem, a kto wrogiem. Wybijają się wołomińscy, na Pradze wciąż trwają bratobójcze walki. Stare wilki zagryzają się nawzajem, ale młodych jest więcej. Policję cieszy, że aresztowała jakiegoś bossa, ale on już ma kilku zastępców. Nic w przyrodzie nie ginie — a z pewnością nie mafijne interesy. Za dużo do stracenia.
Krążą informacje o wyrokach wykonywanych na siłowniach. Tam też nikt nie rozstaje się z bronią. Torbę stawia się pod ławką do wyciskania, żeby mieć pod ręką — w razie czego.
Wybierają ciche, osiedlowe siłownie i nie chodzą pojedynczo.

Któregoś dnia Artek przychodzi z siłowni i każe Piotrkowi pakować rzeczy.
— Musimy się ukryć — mówi.
Pakują co popadnie do torby sportowej, czyszczą lodówkę i jadą na posesję pod Warszawą. Stoi tu nowo zbudowany dom, ma solidną bramę, zamykany garaż. Dom jest trzypiętrowy i pachnie jeszcze farbą. Rozchodzą się po pokojach, każdy instaluje się na innym poziomie. To będzie ich kryjówka na następne miesiące.
— Co się stało? — pyta Piotrek.
Artur odpowiada:
— Wchodzimy na siłownię, a tam chłopacy od Zbynka. Ci, którzy kilka dni temu naśmiewali się z kogoś od nas w klubie. Patrzymy po sobie porozumiewawczo. Co robimy? Lejemy ich, wiadomo. Tamci niby machają, że siema, ale zaraz się orientują w naszych zamiarach i zaczynają uciekać. Chowają się po kątach, próbują ukryć za sprzętami. Personel się zrywa. A my nacieramy i wyłapujemy po jednym. Bolek wyjął nóż. "Tylko, Bolek, nikogo nie zabij”, mówi Krzysiek. Napieramy i jednego po drugim oprawiamy.
W końcu Artur dopadł tego od wyzywania. Obił go solidnie, a na odchodnym wziął ważący 25 kilo talerz i zrzucił mu na głowę. "Co on tam, ku..a, żarł?” — zastanawiał się.
Bo z mordy tamtemu jakaś galaretka wypłynęła.
Radio podaje, że chłopak zmarł w szpitalu. Mają na głowie policję i ludzi Zbynka. Są pewni, że pójdą siedzieć, bo byli bez masek, łatwo ich rozpoznać. Muszą się ukryć i przeczekać. Będą więc teraz chować się w tej willi.

Qaqwqwrqw
"Tamten Piotr umarł, teraz jest inny" Materiały prasowe
Podziel się

Może to od tego zapachu farby mają coraz większe paranoje i omamy? Słyszą dziwne dźwięki, jakby w rurach dudniło, gadało, wydaje im się, że ktoś włamuje się do domu w środku nocy, ale nikogo nie znajdują, albo widzą podjeżdżające pod posesję samochody, a potem nic — znowu cisza. Bolek śpi z nożem. Wstaje i chodzi po domu po ciemku, szukając wroga. Ciśnienie między nimi się robi, spina. Dziewczynom nie mogą powiedzieć, gdzie są, dziwek też nie zamawiają.

Piotrkowi kończy się heroina, ale Artur nie pozwala mu wychodzić. Kłócą się. Po całości: o narkotyki, o dziewczyny, o to, że ta głupia, a tamta plotkara, o to, że matka tamtej go nienawidzi, mówi na Piotrka „kulawy” albo „bezpłodny”, a Artura wykorzystuje… Wylewa się z nich ta wściekłość i wrze.

Piotrek wychodzi mimo zakazu, nie zważa na niebezpieczeństwo.
Najpierw do miasta — chce się przejść. Organizuje towar, wciąga go razem ze świeżym powietrzem. Potem idzie coś zjeść do budynku sądu okręgowego przy Jana Pawła.
Dlaczego do sądu?
Bo tam jest zawsze dobre jedzenie, niedrogie. Kiedy przychodzą do kolegów na sprawy, zawsze tu jedzą. Wtedy jeszcze nie ma kontroli przy wejściu, nie trzeba wyciągać rzeczy z kieszeni i przechodzić przez skaner. Piotrek po prostu uchyla ciężkie, drewniane drzwi wahadłowe i wchodzi do dużego holu. Mija ubranych w togi adwokatów i śpieszących się petentów. Schodzi na dół do bufetu, bierze tacę, sztućce, zamawia pierś z kurczaka, ziemniaki, surówkę. Siada przy stoliku naprzeciw antyterrorystów.

Qaqwqwrqw

— Wyczuwamy się nawzajem. Mierzymy się wzrokiem. Dają mi skończyć i zaraz potem podchodzą, biorą mnie w kółeczko.
— Dokumenciki do kontroli.
Piotrek podaje dane Artura.
Sprawdzają i… dziękują. W ten sposób Piotr dowiaduje się, że brat nie jest poszukiwany! Nie ma na niego nakazu.
Potem przyjeżdża na Szekspira, siada w fotelu, wciąga heroinę na przemian z amfetaminą i wtedy go dopada — ten strach.
Nie zniesie tego, tej wiecznej paranoi, że ciągle jest obserwowany, zagrożony, i tego bycia niewolnikiem. „Do końca życia będę się męczył — myśli — bez heroiny nie mogę się nigdzie ruszyć, jestem słaby, jestem niczym, to nie ma sensu, lepiej z tym skończyć”. Wyciąga nóż i zaczyna sobie podcinać gardło. Rozcina skórę, krew cieknie, wsiąka w dywan, dużo jej jest, ale do śmierci daleko. Wierci maczetą w szyi, dziura coraz większa, jednak nie traci przytomności. Sięga do kieszeni, ma tam walthera z tłumikiem — wkłada lufę do ust, naciska spust. Ale coś się zacina, coś nie idzie, nabój jakoś źle włożony, poszedł bokiem.

Zasypia. W mieszkaniu jest bardzo zimno i może dlatego — albo z powodu amfetaminy — krew zasycha i zasklepia ranę.
Budzi się rano, słysząc chrobotanie klucza w zamku. To żona Artura.
— Potem mnie opierd…ł, że zakrwawiłem cały dywan.

*

— Co ci, ku..a, odbiło, żeby po mieście jeździć? — krzyczy Artur i wcale nie patrzy na opatrunek na szyi Piotra.
— Okazało się, że nie jesteś poszukiwany — odpowiada Piotr.
— Na razie, tylko na razie — szepcze Artur i wygląda zza żaluzji na ulicę.
Ale on też ma już dość siedzenia w tej willi pełnej strachów.
I wtedy Bartek zleca im wyjazd do Gdańska, żeby zawinęli kuriera kokainy.

*

Dobrze jest oddalić się na chwilę od stolicy i pojechać nad morze. Mimo że jest marzec, wieje silny wiatr, a słonecznych dni jak na lekarstwo, to i tak czują, jakby powoli przechodziła im ta histeria, jakby nadmorska bryza leczyła ich opanowane podejrzliwą paranoją mózgi.
Wspominają letnie wypady do Mielna: jak wyskakiwali na plażę w samych tylko spodenkach, a ich brązowiejące muskuły robiły ogromne wrażenie na wszystkich plażowiczkach.
Zostają zakwaterowani w jednej z rezydencji Nikosia.

Nikodem S. zaczynał w latach siedemdziesiątych jako ochroniarz trójmiejskiego mecenasa — obrońcy handlarzy walutą i prostytutek. Szybko się uczył i obserwował, jak naturalne i pożyteczne może być powiązanie świata przestępczego, wymiaru sprawiedliwości, organów ścigania i polityki. W latach osiemdziesiątych był już oskarżany o kierowanie zorganizowaną grupą przestępczą, zajmującą się masową kradzieżą europejskich aut i sprowadzaniem ich do Polski. Dokonał brawurowej ucieczki z berlińskiego więzienia Tegel. Podczas odwiedzin zamienili się miejscami z bratem, Nikoś oddalił się niezatrzymywany, brat odsiadywał jego wyrok dalej. Niemieckie służby więzienne w nieoczekiwanej zamianie miejsc zorientowały się dopiero po dziewięciu miesiącach, mimo że brat podobno wcale nie był bliźniakiem.

W roku 1996 Nikoś, po odsiedzeniu swoich kar, jest szanowanym, poważanym obywatelem Gdańska, sponsorem Lechii Gdańsk, biznesmenem i właścicielem jednego z największych towarzystw ubezpieczeniowych. O jego powiązaniach z policją, wymiarem sprawiedliwości i politykami krążą legendy, których nikt nigdy nie zweryfikuje.
Nikoś udostępnia chłopakom jedną ze swoich posiadłości w ramach bratniej pomocy mokotowskiej grupie przestępczej. Ot tak, bez specjalnego interesu. Chłopaki, czekając na rozkazy, przesiadują w lokalnej kawiarni i podrywają kelnerki. Szczególnie Artur wpada w oko jednej z nich.

(…)

Powyższy fragment pochodzi z książki "Ostatni Prawdziwa historia żołnierza warszawskiej mafii" Piotra Mudyna i Marzeny Matuszak. Książka ukazała się nakładem wydawnictwa Helion.

Polub WP Książki
Qaqwqwrqw
Qaqwqwrqw
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Wow!
0
Ważne
0
Słabe
0
Straszne
Trwa ładowanie
.
.
.

Qaqwqwrqw