WP

Piotr Zychowicz: Gdy słuchałem opowieści świadków, łapałem się za głowę

Piotr Zychowicz jest autorem, który będąc niepoprawnym politycznie zyskał tyle samo fanów co zagorzałych przeciwników. Tym razem na celownik wziął wydarzenia wołyńskie, które budzą wiele kontrowersji zarówno wśród Ukraińców, jak i Polaków.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Kadr z filmu "Wołyń"
Kadr z filmu "Wołyń" (Materiały prasowe, Fot: Krzysztof Wiktor)
WP

Jego historia nie upiększa i nie koloryzuje. Piotr Zychowicz zbiera bowiem fakty z wielu źródeł, a jego research i wnikliwość badań są imponujące. I tak samo kontrowersyjne, zważywszy, że obalają mity jakoby Polacy byli niewinnymi ofiarami. Dzięki uprzejmosci wydawnictwa Rebis, prezentujemy fragment najnowszej książki Piotra Zychowicza, "Wołyń zdradzony, czyli jak dowództwo AK porzuciło Polaków na pastwę UPA".

Część III. Odwet.
"Akt rozpaczy"

W filmie Wojciecha Smarzowskiego jest scena polskiej zbrodni odwetowej. Do ukraińskiego futoru wdziera się grupa polskich chłopów z sąsiedniej, spalonej przez banderowców miejscowości. Uzbrojeni w narzędzia gospodarskie Polacy mordują wszystkich napotkanych cywilów. Nie oszczędzają kobiet i dzieci. Na oczach szalejącej z przerażenia matki, Polki zamężnej z Ukraińcem, jej rodacy rzucają na ziemię niemowlę.

WP

– Zachciało ci się banderowca? – mówi kierujący atakiem.
– To zobacz, co oni robią z naszymi dzieciami!

Dziecko zostaje zarąbane siekierą. Następną ofiarą staje się matka, której głowę chłopi kładą na progu chałupy. Kolejny cios siekiery i głowa kobiety toczy się po ziemi. Po dokonaniu zabójstw Polacy puszczają futor z dymem i odchodzą. Scena ta wywołała oburzenie nacjonalistów. Zarówno polskich, jak i ukraińskich. Polscy nacjonaliści uznali tę scenę za skandaliczną, bo – jak dowodzili – żadnego odwetu na Wołyniu nie było. Polacy byli tylko i wyłącznie ofiarami.

Zobacz też: Piotr Zychowicz: Politycy wykorzystują historię do własnych celów

Polak z definicji, jako człowiek prawy i szlachetny, nie jest zdolny skrzywdzić niewinnego bliźniego. Ukraińscy nacjonaliści uznali z kolei, że skandalem są pokazane przez Smarzowskiego proporcje. Na Wołyniu bowiem doszło według nich do obopólnych, polsko-ukraińskich rzezi. A w trwającym dwie i pół godziny filmie scena polskiego odwetu zajmuje około dwóch minut. Była to więc stronnicza, polska manipulacja.

WP
Wołyń Materiały prasowe
Podziel się

Jak było w rzeczywistości? Historyczna konsultantka Wołynia pani Ewa Siemaszko podkreśla, że nie ma żadnych dokumentów ani relacji wskazujących na to, aby do takiej konkretnej zbrodni rzeczywiście doszło. Nic nie wiadomo o tym, żeby jacyś polscy włościanie zdekapitowali matkę na progu jej domu. Umieszczenie takiej sceny w filmie było zabiegiem artystycznym Wojciecha Smarzowskiego. Miała ona spinać klamrą fabułę. Na początku filmu pokazano ślub tej kobiety z Ukraińcem. Zgodnie ze starym wołyńskim zwyczajem panna młoda musiała położyć głowę na progu chaty, a weselnicy obcięli jej na nim panieński warkocz. Przesłanie było jasne.

Przed wojną Polacy i Ukraińcy potrafili ze sobą żyć w zgodzie i przyjaźni. W czasie wojny na Wołyniu zostało zaś przelane morze krwi pobratymczej. Smarzowski chciał pokazać, że zło raz zasiane rodzi straszliwe owoce. I potrafi zdeprawować nawet ofiary. To, że na Wołyniu nie doszło do takiej konkretnej zbrodni, nie oznacza oczywiście, że Polacy w ogóle nie dopuszczali się aktów odwetu. Jest to jeden z najbardziej kontrowersyjnych, wzbudzających największe emocje aspektów ludobójstwa na Wołyniu. I trudno się temu dziwić.

W debacie o tak przerażających krwawych zbrodniach bardzo ciężko o chłodne, obiektywne spojrzenie. Sprawy nie ułatwia to, że Wołyń w ostatnich latach stał się polem ostrego polsko-ukraińskiego sporu politycznego. Chcę być szczery z czytelnikiem. Nie ukrywam więc, że również mam emocjonalny stosunek do ludobójstwa na Wołyniu. Czyż jednak może być inaczej? W ostatnich kilkunastu latach przeczytałem olbrzymią liczbę relacji złożonych przez ocalałych Polaków. Z wieloma z nich rozmawiałem osobiście. Słuchałem upiornych opowieści o nabijanych na pal niemowlakach, matkach, którym wypruwano z brzuchów płody, i starcach topionych w studniach. Coś takiego nie może nie pozostawić głębokiego śladu.

WP
East News
Podziel się

Gdy czytałem te relacje i słuchałem opowieści świadków, łapałem się za głowę. Jak to było możliwe?! Współczucie dla mordowanych rodaków mieszało się z wściekłością na ich okrutnych oprawców. Nie będę krył, że ukraiński integralny nacjonalizm, który doprowadził do tego koszmaru, wywołuje u mnie przemożną awersję. Wszystko to sprawia, że niezwykle trudno mi spojrzeć na ukraińską społeczność Wołynia – której część brała przecież udział w rzeziach – także jako na ofiary.

Niezwykle trudno jest mi pisać o polskich zbrodniach odwetowych. Uważam jednak, że prawda jest najważniejsza. "Kiedy historyk bierze się do jakiegoś tematu – mówił pewien mądry ukraiński badacz – powinien zapomnieć o swojej narodowości. Inaczej nie jest historykiem”. Postaram się zastosować do tej zasady i przedstawić problem polskiego odwetu bezstronnie i obiektywnie. Czy mi się to uda, pozostawiam do oceny czytelników.

Zacznijmy od spontanicznych aktów odwetu. Takich, jakie w swoim filmie przedstawił Smarzowski. Czyli działań podejmowanych przez zwykłych – niezrzeszonych w żadnych formacjach paramilitarnych – cywilów. Świadków ukraińskich masakr, którzy doprowadzeni do obłędu i rozpaczy, kierując się impulsem, chwytali za narzędzia rolnicze i dokonywali aktów zemsty.

WP

W zachowanych materiałach źródłowych pojawiają się informacje, że do takich sytuacji rzeczywiście dochodziło. W kwietniu 1943 roku, dzień po krwawej pacyfikacji Janowej Doliny, grupa miejscowych Polaków udała się z bronią w ręku do sąsiednich ukraińskich miejscowości. Zastrzelili tam – jak pisał profesor Grzegorz Motyka – pięcioro Ukraińców. Między innymi dziewięcioletnią dziewczynkę. Z ręki Polaków życie straciło również rosyjskie małżeństwo, które przez pomyłkę wzięto za Ukraińców.

Na zdjęciu Stefan i Stanisława Bojko wraz z dziećmi Rozalią i Edwardem. Z rzezi wołyńskiej ocalała tylko dziewczynka. Zdjęcie z książki „Dziewczyny z Wołynia” Materiały prasowe
Podziel się

Z kolei jesienią 1943 roku, podczas jednego z upowskich ataków na miasteczko Różyn, pewien Polak wykorzystał zamieszanie i zastrzelił swoje dwie ukraińskie sąsiadki – Habkę i Sońkę. Zbrodnię tę, co warto podkreślić, potępili pozostali polscy mieszkańcy miejscowości. Uznali ją za niedopuszczalną. Wzmianki na temat takich spontanicznych działań zachowały się również w źródłach ukraińskich. Szef kijowskiego IPN Wołodymyr Wiatrowycz w swojej książce o znamiennym tytule Druga wojna polsko-ukraińska 1942–1947 przytacza następujący fragment raportu ukraińskiego podziemia z września 1943 roku:

"Polacy z Bielina w liczbie 40–50 osób, częściowo uzbrojeni w broń, a częściowo z widłami, kosami i siekierami napadli na wieś Ruda, zabili więcej niż 20 osób, a wiele ranili”. Wydaje się jednak, że takie zdarzenia należały do rzadkości. Wysiłki wołyńskich Polaków w przytłaczającej większości skupiały się na przeżyciu, a nie wymierzaniu "sprawiedliwości” ukraińskim sąsiadom.

WP

Żyjąca w ukraińskim morzu polska społeczność była po prostu zbyt nieliczna, aby podejmować takie agresywne działania. Opisane tu zabójstwa możemy więc uznać za akty rozpaczy. Możliwości odwetu zwiększały się, dopiero gdy Polacy skupiali się w jakichś organizacjach. Na przykład w samoobronie. Wówczas pojawiała się broń, struktury, plany działania. I poczucie siły. Wiadomo o szeregu akcji odwetowych, które były dziełem członków samoobron. Akcje takie bywały okrutne i radykalne. Na przykład atak Polaków z Rożyszcz na ukraińską wieś Swozy (Zwozy).

Zobacz też: Żołnierze Wyklęci: duma czy powód do wstydu? Historia nie jest czarno-biała

Zarówno ja, jak i wszyscy pozostali nie ustalaliśmy w tym czasie, kto przed nami był – kobiety czy mężczyźni – wspominał jeden z uczestników akcji o nazwisku Maciążek. – Widzieliśmy, że ze wsi Swozy, i rozstrzeliwaliśmy, nie zastanawiając się. Mściliśmy się… Poza 26 osobami kobiet i mężczyzn, których zabiliśmy podczas napadu na wieś Swozy, przez nas, napastników, zostało spalone około 60 chat. Ogółem w tej wsi było średnio może 100 chat. Zabraliśmy całe gospodarstwo i mienie z podpalanych chat – krowy, konie, świnie, zboże itd. Wszystko to poszło do niemieckiej żandarmerii w m. Rożyszcze.

Z kolei samoobrona Huty Stepańskiej miała w odwecie za jedną z banderowskich napaści spalić ukraińską wieś Butejki. Dowództwo Huty ostrzegło wówczas okoliczną ludność ukraińską, że za każdą spaloną polską wieś będzie puszczać z dymem dwie wioski ukraińskie. Wskutek stosowania takiej taktyki cała okolica szybko się wyludniła, gdyż banderowcy oczywiście odpowiadali pięknym za nadobne.

PAP
Podziel się

Nic nie mogło powstrzymać kawalerii straceńców – wspominał Narcyz Żarczyński. – Jeżeli zachodziła potrzeba, wpadali jak wicher z różnych stron i puszczali z dymem wioskę ruską. Wkrótce znikły z powierzchni ziemi w okolicy wszystkie wioski polskie i ruskie. Potwierdzają to źródła ukraińskie. Z kolei według części ocalałych z Huty Stepańskiej do niczego takiego nie doszło.

Inne hasło rzucił Mirek Lubera – wspominał Władysław Kobylański.
– Ukraińcy mordują Polaków, musimy robić to samo z nimi”. Zarząd samoobrony, na czele z księżmi, kategorycznie się temu sprzeciwiał i zabraniał. Hasło to upadło. Nie było posłuchu, bo księża zabraniali.

Niestety wydaje się, że zakazy księży nie odnosiły wielkiego skutku. Żądza odwetu wywołana banderowskimi okrucieństwami była zbyt silna. Mimo późniejszych zapewnień Henryka Cybulskiego mieszkańcom ukraińskich wiosek dawali się również we znaki mieszkańcy Przebraża. Zdarzało im się puścić z dymem wioskę, którą uznawali za "bazę banderowców”. Zarzuty, jakie strona ukraińska stawia przebrażanom, dotyczą jednak głównie akcji rekwizycyjnych. Gigantyczne masy polskich uchodźców, które zgromadziły się w polskiej bazie, musiały przecież coś jeść. Ciężar ich utrzymania w dużej mierze spoczął na ukraińskich chłopach.

NKWD w marcu 1944 roku zaaresztowało Ludwika Malinowskiego, cywilnego komendanta Przebraża – mówił podczas dyskusji z polskimi historykami profesor Mykoła Kuczerepa. – Postawiono mu zarzuty, w archiwum czytałem dokumenty jego sprawy. Do akt jest dołączony cały szereg opatrzonych pieczątkami dokumentów, w których mówi się, ile koni, owiec, artykułów żywnościowych zabrała polska samoobrona. W trakcie owych konfiskacji były ofiary, ofiary w ludziach.

O sprawach tych w swoich książkach sporo pisał wielokrotnie już tu cytowany Wincenty Romanowski "Makitra”. Robił to niezwykle szczerze, co niestety nie było i nie jest wśród polskich autorów regułą.

Za zniszczenie, rabunek i śmierć odpłacano tym samym najbliższym wioskom, które były podejrzane o współudział w napadach – relacjonował.

– Wyprawy takie (mimo że mogły budzić niepokój moralny) cieszyły się sympatią Polaków, gdyż dawały pewną satysfakcję za poniesione krzywdy i zniszczenie. Były ponadto przejawem przechodzenia z biernego znoszenia niezasłużonych krzywd do akcji obronno-zaczepnych. Przyczyniły się one w rezultacie do ocknięcia się z bezradnej bierności spokojnego dotąd i bitego przez obce siły społeczeństwa wołyńskiego. Młodzież pozbawiona własnych gospodarstw, a tym samym środków do życia, chętnie inicjowała i brała udział w wyprawach odwetowych na ludność ukraińską. Hasłem była zemsta, a cichymi, ukrytymi intencjami – łupy. Broń mogli posiadać wszyscy. Nie wszyscy jednak jej posiadacze byli członkami organizacji. Ludzie o wątpliwych charakterach i mentalności oraz zbyt młodzi wymykali się niekiedy spod dyscypliny dowództwa.

Materiały prasowe
Podziel się

Według Romanowskiego ukraińskie wioski położone w okolicach przeludnionych polskich baz samoobrony musiały płacić haracz na ich utrzymanie.
Nie można się dziwić – pisał weteran Armii Krajowej – że nie wygojone rany i świeże wspomnienia o pomordowanych – szukały ukojenia w odwecie. Nie można było powstrzymać wprowadzonego w ruch ramienia. O jakichkolwiek sądach czy dochodzeniach w ówczesnych warunkach nie mogło być mowy. Ponadto w owym tragicznym roku umiejętność zabijania ceniona była wyżej aniżeli skłonność do defensywy. Stąd podobne czyny określało się raczej jako zbędne aniżeli zakazane i karalne.

Bez wątpienia w jednym Romanowski miał rację: na Wołyniu panowały nastroje odwetowe. Polacy byli wstrząśnięci skalą banderowskich rzezi i w ich poczuciu sprawiedliwości mieściło się przekonanie, że należy na nie odpowiedzieć pięknym za nadobne. Zdarzało się nawet, że występowali do władz niemieckich o pozwolenie na odwet.

Polub WP Książki
WP
WP
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Wow!
0
Ważne
0
Słabe
0
Straszne
Trwa ładowanie
.
.
.
WP