Trwa ładowanie...
felieton
26-04-2010 12:50

Kraj Obamy, czyli kilka słów o cywilizacji białego człowieka

Nie sposób oglądać tych straszliwych zdjęć bez odrazy i przerażenia. Przerażenia nie tylko skalą zbrodni i cierpień ofiar (wieszanych, palonych żywcem, masakrowanych cegłami i szpadlami, przeszywanych kulami, piętnowanych rozpalonym żelazem, gwałconych, kastrowanych, piłowanych, pozbawianych uszu, oczu i palców) ale i przerażenia twarzami oprawców.

Kraj Obamy, czyli kilka słów o cywilizacji białego człowiekaŹródło: Inne
d3eil7h
d3eil7h

Niedawno pewien poseł, którego nazwisko przez litość zmilczę (bo też nie ma co go utrwalać nawet w formie tak błahej i ulotnej jak felieton) gardłował z mównicy (cytując swojego równie błyskotliwego kolegę klubowego, którego nazwisko też zmilczę z tych samych przyczyn), że wybranie Baracka Obamy na prezydenta USA to „koniec cywilizacji białego człowieka”. Bo cywilizacja białego człowieka, jak wiadomo, to wspaniałe widowiska typu światło i dźwięk w wykonaniu ludzi w białych kapturkach z haftowanym czerwonym krzyżem i literami K-K-K, a nie jakiś czarnuch na najwyższym stanowisku w państwie (na marginesie pozwolę sobie zauważyć, że Barack Obama, jako mulat, jest tyleż czarny, co biały).

Nie wspominałbym o kolejnej durnej mowie sejmowej, nie pierwszej przecież i nie ostatniej, gdyby nie to, że dzień przed wygłoszeniem przez posła owych błyskotliwych-inaczej-słów dostałem od Piotra prezent z okazji piątej rocznicy naszego związku (związki takie jak nasz według wspomnianego już posła powinno się leczyć; według nas wspomnianego posła nie ma co leczyć z jego błyskotliwości, bo szkoda na to środków z NFZ). Prezent nie był może szczególnie romantyczny, ale za to, jak zwykle w przypadku prezentów wręczanych przez Piotra, trafiony: nowe wydanie opublikowanej przez Twin Palms Publishers książki Without Sanctuary. Lynching Photography in America.

Album prezentuje większość słynnej już kolekcji Jamesa Allena i Johna Littlefielda (tak, ich wspomniany poseł też skierowałby do leczenia, bo są parą), która składa się z ponad 130 fotografii ofiar linczu. Allen, z zawodu antykwariusz, na pierwszy tego typu trafił zupełnie przypadkowo – bo też i nie miał pojęcia, że takie zdjęcia i pocztówki w ogóle powstawały – na jakiejś podwórkowej wyprzedaży czy pchlim targu; od tego czasu poświęcił wiele lat poszukiwań i spore sumy na stworzenie zapewne największej na świecie kolekcji takich przedstawień. Wszedł w środowisko zbieraczy, którzy niechętnie przyznawali się do gromadzenia tak wstydliwych okazów, i zdobył ich zaufanie; jedni prowadzili go do drugich, zawierano kolejne transakcje. Czasami byli to po prostu kolekcjonerzy fotografii lub pocztówek, kiedy indziej członkowie Ku-Klux-Klanu, zacna rodzina z Savannah, czy ludzie, którzy trzymali to w albumach z wakacyjnymi fotkami. Wreszcie, w styczniu 2000 roku Allen pokazał plony swoich wieloletnich poszukiwań
na wystawie „The Witness: Photographs of Lynching” w Roth Horowitz Gallery na Manhattanie; ludzie stali godzinami w kolejkach żeby się dopchać do maleńkiego pomieszczenia, w którym mieści się galeria, a potem godzinami przyglądali się wstrząsającym fotografiom; Twin Palms Publishers opublikowało pierwsze wydanie Without Sanctuary, a od marca do października wystawę prezentowało New-York Historical Society (tylko przez pierwsze cztery miesiące zobaczyło ją 50 tys. osób). I tak dalej, i tak dalej; ukazały się rozliczne artykuły, prace naukowe, książkę sprzedano w ponad 30 tys. egzemplarzy.

Dla wielu Amerykanów, którym wydawało się, że lincze zdarzały się wyjątkowo i „dawno temu i nieprawda”, wystawa Allena była prawdziwym szokiem; okazało się bowiem, że nie tylko były one powszechne, ale i, przede wszystkim, stanowiły część obyczajowości prowincjonalnej Ameryki, były okazją do świętowania, zabawy w polowanie na człowieka, kupienia pocztówki-souveniru, która będzie przypominała czas mile spędzony na wieszaniu, torturowaniu czy paleniu żywcem „czarnucha”. Bo, powiedzmy to od razu wprost, chodziło głównie o „czarnuchów”. Była to rozrywka cywilizacji białego człowieka.

d3eil7h

Tuskegee University (dawniej Tuskegee Institute) prywatna uczelnia z Alabamy od lat 80-tych XIX wieku spisuje przypadki linczu w Stanach Zjednoczonych (uznając za konieczne trzy warunki: dowód, że dana osoba została zabita, a nie „tylko” torturowana, że została pozbawiona życia wbrew prawu, że w mordzie uczestniczyły przynajmniej trzy osoby oraz że działały one pod pretekstem „służenia sprawiedliwości, rasie lub tradycji); w ten sposób udokumentowała blisko pięć tysięcy ofiar (czyli ponad trzy razy więcej niż zginęło na Titanicu i blisko dwa razy więcej niż zginęło w ataku na WTC) w tym 3437 czarnych i 1293 białych. Ale trzeba tu dodać, że pod tę drugą kategorię podpadali również Chińczycy czy Indianie, zaś pozostali biali z reguły należeli do nacji „obcych” Angloamerykanom, czyli byli np. Włochami, Meksykanami, Żydami lub Irlandczykami, w zależności od tego, kto w danym czasie wydawał się bardziej obcy i niemile widziany. A to tylko dane oficjalne, które pomijają wszystkie prywatne polowania na ludzi,
organizowane niekiedy dla rozrywki, kończące się wrzuceniem trupa do rzeki lub utopieniem go w bagnach, albo lakoniczną notką policyjną: samobójstwo.

W tamtych czasach – wspominał świadek po latach – zabić Murzyna to było tyle co nic. Jak zabić kurę albo węża. Biali mówili: „Czarnuch i tak zdechnie, a i tak na nic się nie przyda, to chodźmy go zabić.” Kto inny przytacza podobne rozumowanie: Zabijesz muła, kupujesz następnego, zabijeszcz czarnucha, zatrudnisz następnego. Zawsze musieli mieć pozwolenie na strzelanie do wszystkiego oprócz czarnuchów. Na nich był zawsze sezon polowań.

Nie sposób oglądać tych straszliwych zdjęć bez odrazy i przerażenia. Przerażenia nie tylko skalą zbrodni i cierpień ofiar (wieszanych, palonych żywcem, masakrowanych cegłami i szpadlami, przeszywanych kulami, piętnowanych rozpalonym żelazem, gwałconych, kastrowanych, piłowanych, pozbawianych uszu, oczu i palców) ale i przerażenia twarzami oprawców. Wokół drzewa, słupa czy stosu, na którym dogorywa ofiara, widać często grupkę uradowanych, zadowolonych z siebie obywateli. Czasem, jeśli tłum był potężny (a w linczach uczestniczyło i po dziesięć, i po piętnaście tysięcy osób) stają na palcach, włażą na latarnie żeby obejrzeć spektakl w całej okazałości; zdarzało się, że lincz był imprezą starannie zorganizowaną, trwającą niekiedy i siedem godzin, biletowaną (bilet pozwalał np. usiąść w dobrym miejscu i wystrzelić jedną kulę w ciało ofiary); gazety informowały zawczasu o wydarzeniu, podstawiano specjalne pociągi zwożące publiczność, niektórzy pracodawcy zwalniali na kilka godzin robotników, rodzice
usprawiedliwiali nieobecność dzieci w szkole.

I to na zdjęciach widać. Panuje atmosfera radosnego święta, pikniku – lincze powszechnie określano jako „Negro Barbecue”, „Grillowanie czarnucha”; ktoś pali cygaro, ktoś panienka osłania twarz rondem szerokiego kapelusza, jej koleżanka – parasolką. Mała dziewczynka z dokładnie wyszczotkowanymi włosami uśmiecha się promiennie do trupa. Zadowoleni notable pozują z psami, które wytropiły „złoczyńcę” albo prezentują okaleczone ciało jak myśliwskie trofeum z safari.

d3eil7h

Przez cały ranek na miejscu linczu pstrykały setki kodaków. Ludzie jechali całe mile wozami i automobilami by obejrzeć ciało dyndające na sznurze... Producenci pocztówek ustawili na moście przenośną drukarenkę i zbijali pieniądze sprzedając obrazki ze zlinczowanym Murzynem. Kobiety i dzieci zjawiły się w obfitości. W wielu wiejskich szkołach opóźniono lekcje by uczniowie i uczennice zdążyli wrócić z oglądania znlinczowanego człowieka.

Zdjęć robiono mnóstwo; niektóre pocztówki – zwłaszcza ze szczególnie widowiskowych czy znanych linczów – znajdowały nabywców jeszcze przez lata, niekiedy sprzedawane wysyłkowo, w specjalnych pakietach, które dokumentowały wszystkie okoliczności zdarzenia. Jako suweniry rozdawano niekiedy ucięte palce oraz plastry spalonego serca, kawałki skóry, zęby, uszy, paznokcie.

Część ofiar rzeczywiście miała coś na sumieniu – zdarzało się, że byli to mordercy, złodzieje, gwałciciele, których linczowano albo na miejscu przestępstwa, albo wyciągano z więzienia (które albo było otwierane po dobroci przez szeryfa, albo zdobywane siłą, przy pomocy siekier i taranów); z reguły jednak wystarczało oskarżenie – czy to o poważną zbrodnię, czy o „pożądliwe spojrzenie na białą kobietę” albo „prowadzanie się z białą kobietą”, czy to o „podważanie wyższości białej rasy”. Starczyło „nieodpowiednie zachowanie”, żart, spojrzenie krzywym okiem, rzucenie brzydkiego słowa; „udawanie białego”, czyli na przykład wzbogacenie się, niezdjęcie czapki przed białym, nieustąpienie mu miejsca na chodniku; otarcie się w tłumie o białą dziewczynę, zadzwonienie do białej dziewczyny.

d3eil7h

Mary Turner, która w ósmym miesiącu ciąży dowiedziała się, że jej męża zlinczowano, i postanowiła szukać sprawiedliwości w sądzie, została „nauczona moresu”, to znaczy powieszona za nogi, oblana benzyną i podpalona; wciąż żyła, kiedy jej brzuch rozpruto rzeźniczym nożem, a płaczące dziecko, które wypadło z niej na ziemię, zadeptano. Dzieła dokończono strzelając do niej wielokrotnie z pistoletów. Mary Turner ¬– jak zauważył dziennikarz Associated Press – czyniła niemądre uwagi o egzekucji swojego męża. Z braku prawdziwego lub wyimaginowanego przestępcy mordowano czasem jego matkę lub rodzeństwo. Kiedy indziej linczowano kogoś, kogo sąd – niesłusznie w oczach tłumu – uniewinnił. Zabijano „nie tego czarnego” przez pomyłkę i goniono dalej za „winnym”, Bywało, że „wieszano czarnucha” ot tak, dla przykładu, bo dzięki temu czarni w okolicy byli spokojniejsi.

Czy linczujących karano? Jeśli nawet lokalne władze postanawiały pociągnąć kogoś do odpowiedzialności, z reguły kończyło się na ogólnikowych określeniach w rodzaju „grupa nieznanych sprawców”. Tym bardziej, że przedstawiciele władz niekiedy sami uczestniczyli w linczach; w 1908 r. były senator Missisippi, którego nazwisko też pominę, chwalił się, że stanął na czele tłumu mordującego niejakiego Nelse Pattona; Willisa Jacksona poćwiartowała tłuszcza wiedziona przez reprezetanta okręgu w stanowej legislaturze oraz jego syna, wydawcę miejscowej gazety.

Policjanci i szeryfowie czasem próbowali powstrzymać mieszkańców, kiedy indziej biernie przyglądali się mordowi lub wręcz w nim uczestniczyli. Pewien oficer zeznał: Wszedłem do więziennego bloku z głębokim przekonaniem, że wypełnię moją przysięgę i obronię tego człowieka, ale kiedy tłum otworzył drzwi stanęło w nich pierwsze pół tuzina ludzi, najważniejszych obywateli miasta, przewodzących handlowi, kościołom i społeczności – nie mogłem.

d3eil7h

Kiedy w 1906 roku gubernator Północnej Karoliny rozkazał aresztować winnych linczu na trzech Murzynach i doprowadził do skazania jednego z morderców na 15 lat ciężkich robót, New York Times zauważył, że gubernator Glenn tym samym znacznie pogorszył swoje widoki na dalszą karierę polityczną.

Język ma to do siebie, że „mocne frazy” się dewaluują, wycierają; czasem tylko wracają do nas w pełni swego znaczenia, kiedy czujemy coś, co wydawało nam się tylko pustym frazesem. Jeśli więc napisałbym, że oglądałem i czytałem Without Sanctuary z bólem serca, to zabrzmiałoby to banalnie; cóż jednak mam napisać, jeśli rzeczywiście poczułem autentyczny skurcz, jakby ktoś uderzył mnie pięścią w klatkę piersiową? To właśnie znaczyła ta fraza kiedyś, kiedy nie była jeszcze frazesem: oglądałem i czytałem tę książkę z fizycznym bólem serca. I z wzruszeniem, które to słowo kiedyś oznaczało nie same emocje, ale fizyczne poruszenie, drżenie ciała.

Wzrusza mnie staranność, z jaką James Allen i wspierający go historycy za wszelką cenę starali się dotrzeć do imion i nazwisk linczowanych osób – tych, które przyrównywano do rzeczy, zwierząt, robactwa, które pozbawiano osobowości, określając je zbiorczym „nigger”. Wzrusza mnie godność, z jaką wybatożony Frank Embree stoi przed aparatem, pokazując ciało pokaleczone uderzeniami bicza do poganiania bydła na chwilę przed tym jak zostanie powieszony. Wzruszają mnie drobne kwiatki na sukni bosonogiej Laury Nelson, którą powieszono na moście koło jej czternastoletniego syna, L. W. Nelsona (L. W. zastrzelił zastępcę szeryfa, który przeszukiwał ich chatę w poszukiwaniu skradzionego mięsa; Laura próbowała wziąć winę na siebie, ale jej zeznania uznano za nieprawdziwe). Wzrusza mnie, że ciała trzech murzyńskich chłopców (dziewiętnastoletniego Eliasa Claytona, jego równieśnika Elmera Jacksona i starszego o dwa lata Isaaca McGhie, niewinnie oskarżonych o gwałt i powieszonych w Duluth 15. czerwca 1920 roku), mimo
straszliwego upodlenia wydają się piękne, a twarze ich oprawców za sprawą flesza zmieniły się w białe placki. Wzrusza mnie, że ten kłąb spalonych mięśni, zwęglonych kończyn nazywa się William Brown, a żaden z tłumu uradowanych zbrodniarzy, którzy pozują nad resztkami stosu, żaden z tych wyelegantowanych facecików w sweterkach, berecikach, odświętnych kapeluszach nie ma imienia. I tak niech pozostanie.

PS: Zainteresowanych zapraszam na stronę Without Sanctuary, gdzie można obejrzeć część reprodukowanych w książce zdjęć wraz z wyczerpującymi (w obu tego słowa znaczeniach) opisami: withoutsanctuary.org/main.html

d3eil7h
Oceń jakość naszego artykułu:
Twoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.

Komentarze

Trwa ładowanie
.
.
.
d3eil7h