Grzegorz Rosiński nie będzie już głównym ilustratorem "Thorgala"
Grzegorz Rosiński nie będzie już głównym ilustratorem "Thorgala" (East News)

Grzegorz Rosiński nie zostawi "Thorgala" bez opieki. "Będę pilnował, aby mi nie zrobiono jakiegoś porno"

- Niejeden raz myślałem, czy nie nadszedł odpowiedni moment, aby zostawić "Thorgala”, ale co to znaczy odpowiedni moment? Czy to już teraz, czy jeszcze zaczekać? – powiedział nam Grzegorz Rosiński podczas tegorocznego Międzynarodowego Festiwalu Komiksu i Gier w Łodzi.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie

Bartosz Czartoryski: Domyśla się pan, o czym chciałem z panem porozmawiać?

Grzegorz Rosiński: Prawdopodobnie o "Thorgalu" i o tym, skąd moja decyzja o odejściu.

Bo przyzna pan, że – choć robi pan ten komiks już od jakichś czterdziestu lat i można było się spodziewać, że kiedyś przestanie – było to jednak pewne zaskoczenie.

Odpowiem panu tak. Załóżmy, że lubię na śniadanie zjeść jajecznicę, którą można przyrządzić na przeróżne sposoby. Ale bez różnicy, jak ją zrobię, nadal mam przed sobą jajecznicę. Nigdy nie byłem człowiekiem pazernym na pieniądze, nie miałem dużych potrzeb, lecz interesowały mnie możliwości rozwoju zawodowego, tam szukałem satysfakcji. A moja pasja się wyczerpała już dawno temu, gdy zaczęto na mnie naciskać, abym nie przestawał, zrobił chociaż jeszcze jeden album, a po nim kolejny. Chciano ode mnie, żebym ciągle rysował tą samą kreską, nie zmieniał się, bo wszystkim się podoba to, co robię. Idzie przy tym zasnąć, zanudzić się. I przychodzi moment, gdy trzeba podjąć poważną decyzję, bo jeśli nie mogę się rozwijać, to niknie sens bycia tak zwanym artystą. Zresztą sam podobnym mianem nigdy nie lubiłem się określać, bo twórca nie może ocenić jakości swojej pracy i takiego tytułu sobie nadać, o tym niech orzeka ktoś inny.

Czyli Thorgal może i przeżywał przygody, ale pan już nie?

Przestałem szukać, nie mogłem szukać. Mnie bawią niekonwencjonalne środki, których tutaj nie mogłem używać. Nie chodzi mi, oczywiście, o jakieś awangardowe posunięcia, o konceptualizm, z którego nic nie wynika i którego nikt nie rozumie, lecz o klarowną i jasną komunikację z odbiorcą przy użyciu nieszablonowych narzędzi. Zależało mi na czytelności. Dlatego zacząłem malować obrazy. Próbowałem nawet malować poszczególne kadry komiksu na osobnych płótnach, ale to katorżnicza praca. Kiedyś wymyśliłem też sobie na przykład, że sam jeden zrealizuję animację na podstawie "Szninkla”, uparłem się, że zrobię to samodzielnie, nawet jeśli miałoby mi to zająć dziesiątki lat, lecz zrezygnowałem w porę, bo to było absurdalne zadanie. Ale próbę podjąłem i zrobiłem coś nowego. Dlatego nie mogę sobie zarzucić, że pewnych rzeczy nie spróbowałem. A przy "Thorgalu" nie mogłem już tego robić. Za każdym razem, gdy chciałem wykorzystać jakąś nową technikę, nawet jeśli chodziło o zmianę piórka, to już podnosiły się krzyki, że jestem zdrajcą i że Rosiński się zestarzał albo sobie kpi. Dlatego ulatywała moja pasja.

Źródło: East News

A kiedy ona u pana rozgorzała?

Kiedy robiliśmy komiksy wbrew wszystkim. Chyba ten okres polski był dla mnie najciekawszy, bo czułem się człowiekiem, który walczy o sprawę. Litowano się wtedy nawet nade mną, że taki zdolny grafik, fajne robi plakaty, ilustracje, a on te komiksy rysuje. Zszedł na złą drogę! I dlatego było to pasjonujące, bo robiłem komiksy wbrew temu, czego ode mnie wtedy oczekiwano.

Czy koniec pewnego etapu, jakim jest finał pańskiej przygody z "Thorgalem" w charakterze głównego rysownika, sprzyja refleksjom na temat tego, jak się to wszystko zaczęło?

Tak, oczywiście. Z początku towarzyszyła temu fascynacja, że nareszcie mnie uznano...

Bo, proszę mnie poprawić, jeśli się mylę, lecz była to stosunkowo niestandardowa sytuacja, że frankofoni zatrudniają polskiego rysownika, skoro mieli u siebie niezwykłe talenty.

Owszem, był to precedens, takiego przypadku wtedy tam nie znano. Byłem dla nich swoistym eksperymentem. Przetarłem szlaki. Chyba jako pierwszy, tak mi się przynajmniej wydaje, machnąłem ręką na te wszystkie zgody, związki plastyczne i zacząłem pracować jako wolny strzelec na kontrakcie dla zachodniego wydawcy, z nikim się tutaj nie konsultując. Czegoś podobnego nikt w kraju nie przewidział, mówiono, że ze mnie cwaniak musi być, że coś się za tym musi kryć, bo to przecież niemożliwe. Ależ było możliwe, tylko nikt na to nie wpadł. Lecz może pomówmy o tym, czemu przestałem robić tego "Thorgala", bo to pewnie pana interesuje.

Zdaje się, że już mi pan na to pytanie odpowiedział.

Niezupełnie, bo jeden powód to dla mnie byłoby za mało. Niejeden raz myślałem, czy nie nadszedł odpowiedni moment, aby zostawić "Thorgala", ale co to znaczy odpowiedni moment? Czy to już teraz, czy jeszcze zaczekać? Taka chwila przyszła jeszcze zanim Van Hamme [Jean Van Hamme, scenarzysta "Thorgala" – przyp. red] nie zrezygnował, kiedy chciałem jakoś ten świat rozdmuchać, rozkręcić serie poboczne, wydawać pojedyncze albumy, aby i inni koledzy się zaangażowali...

Udało się jednak ten zamiar zrealizować po latach.

Ale wtedy nie było to, niestety, możliwe.

Mówimy o pańskim odejściu od "Thorgala", ale to przecież nie tak, że pan zupełnie ten komiks porzuca.

Nie, nadal będę nadzorował ten projekt. Zapewniam, że w każdym albumie będzie można znaleźć jakiś mój ślad, czy to będzie okładka, czy jakaś ilustracja. Będę dalej obecny, choćby był to mały rysuneczek. Zresztą będę miał na wszystko oko, aby mi z tego komiksu nie zrobiono jakiegoś porno, a były przecież takie próby.

Jak to?

No tak, dostawałem takie scenariusze, gdzie Thorgal się puszcza na pustyni pod namiotem z jakąś dziewką, a tu Jolana ktoś uwodzi, nawet był pomysł, że chłopak, jako młody nastolatek, żeni się z Kriss. Nie mam pojęcia, co dzisiaj ludzie mają w głowach, że im takie zboczone pomysły się rodzą.

Źródło: East News

Krążą plotki, że panowie chcieliście zakończyć "Thorgala" już dawno temu, jeszcze na początku lat dziewięćdziesiątych, przy okazji "Strażniczki kluczy". Czy to prawda?

Nie, absolutnie. Czytelnicy zdecydowali, że będziemy robić to dalej. Często bywało tak, że opinia odbiorcy była dla wydawnictwa niesłychanie istotna, listy wysyłane do redakcji traktowano poważnie. Stopień zainteresowania komiksem był mierzony atencją czytelnika i "Thorgal" ją zdobył jeszcze przed sukcesem finansowym. Ten rozpoczął się od "Alinoe", od tego albumu wydawca zaczął na serii zarabiać. A kiedy zaczną płynąć pieniądze, żaden biznesmen nie zdecyduje się na przerwanie serii. Jean miał tę dobrą cechę, że nie traktował "Thorgala" jako swojego folwarku i zostawił drzwi otwarte dla następcy. Sam również uważam, że sukces danego autora przestaje po pewnym czasie do niego należeć, kto chce sobie przywłaszczyć to, co stworzył, niech najlepiej schowa ten pomysł do szuflady i nikomu go nie pokazuje. Należy on bowiem do ludzi.

Skoro tak, to czy gdy Van Hamme powiedział, że kończy pisać "Thorgala", nie przyszło i panu do głowy, że może czas zwinąć manatki i zostawić tę serię innym?

Oczywiście. Nawet się tego spodziewano, bo skoro jeden z nas odchodzi, to podejrzewano, że i drugi też zrezygnuje. A ja mam przekorną naturę. Dla mnie była to chwila niejakiego uwolnienia się od presji mojego scenarzysty, bo to on był szefem, to on decydował, gdzie seria pójdzie. Po jego odejściu to ja, razem z wydawcą, stałem się decydentem i łatwiej było mi wtedy przekonać firmę do rozwinięcia świata Thorgala. Szkoda było tę mitologię ograniczać. Dzięki temu mogłem szukać nowych twarzy, przyszli do nas różni scenarzyści, rysownicy, był to okres dość turbulentny, ale udało się znaleźć chociażby świetnego Romana Surżenko.

Można było się spodziewać, że to on przejmie po panu główną serię. Tak się nie stało.

Bo potrzebowałem rysownika obdarzonego pewnym nerwem i niedoskonałością rysunku, którą i ja miałem. Interesowała mnie nie perfekcja, a niedociągnięcia. I Fred Vignaux, którego znalazł mój wydawca, ma w sobie ten niepokój, świetnie operuje przestrzenią, potrafi nadać postaciom odpowiednią ekspresję. Jeszcze musi popracować i ja mu w tym pomagam, określamy jego zadania, bo główne postaci muszą być dokładnie takie, jakimi je stworzyłem i jakimi były przez tych czterdzieści lat. Może Roman odczuwa, że jest to niesprawiedliwość, bo liczył, że to on poprowadzi tę serię, a ja z kolei liczę, że będzie w tym świecie uczestniczył. Chcemy robić miniserie, pojedyncze albumy, gdzie będzie miejsce dla każdego. Nie chcę, aby na tym się skończyło.

Źródło: Fragment okładki ostatniego albumu "Thorgala" z ilustracjami Rosińskiego/mat. prasowe

I może nareszcie doczekamy się zapowiadanej od lat ekranizacji.

Dopiero tutaj się dowiedziałem, że faktycznie coś niedawno zapowiedziano, ale jestem człowiekiem, który w tym temacie wie najmniej. Szczerze mówiąc nie rozumiem, skąd ta fascynacja. Robiłem "Thorgala", żeby on był przede wszystkim komiksem. Cała reszta to wióry, które lecą przy rąbaniu drewna. Proszę mnie źle nie zrozumieć, nie mam absolutnie nic przeciwko temu, bynajmniej, ja już się pobawiłem, niech się teraz bawią i inni.

Rozmawiał Bartosz Czartoryski

"Aniel", ostatni album "Thorgala" z ilustracjami Rosińskiego, pojawi się w sprzedaży w listopadzie. Z kolei w październiku ukaże się kolejna część serii "Kriss de Valnor" zatytułowana "Strażnik sprawiedliwości" z rysunkami Freda Vignauxa.

Polub WP Książki
Trwa ładowanie
.
.
.
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Wow!
0
Ważne
0
Słabe
0
Straszne