Chcesz mieć dziecko? Nie spodziewaj się, że to będzie bajka

Kilka lat temu nie miała nic wspólnego ze sportem. Na okładce jej książki ”Zakochaj się w bieganiu” czytam: ”Kochałam trzy rzeczy: książki, wino i imprezy, nie rozstawałam się też z papierosem. Któregoś dnia coś mi strzeliło do głowy i zapisałam się na siłownię. Rzuciłam palenie, zaczęłam się zdrowo odżywiać, a dwa lata później nawet biegać”. Dziś Anna Szczypczyńska jest jedną z najpopularniejszych blogerek piszących o sporcie. Motywuje, układa plany treningowe, a teraz radzi też, jak wrócić do formy po ciąży. Rok temu sama została mamą.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Chcesz mieć dziecko? Nie spodziewaj się, że to będzie bajka
(Instagram.com, Fot: Anna Szczypczyńska)

Rachela Berkowska: Przchodzisz na wywiad z wózkiem. Mamy szczęście, że Nelka śpi. To rzeczywistość wszystkich młodych mam. Muszą swoje życie na nowo poukładać. Nie zawsze przychodzi im to łatwo.

Anna Szczypczyńska: Rozmawiałam ostatnio z koleżanką, która zastanawia się nad urodzeniem dziecka. I pytała, jak się do takiej zmiany w życiu przygotować? W zasadzie staram się nikomu nie doradzać, zaczęłam. Ale gdybym miała ci sprzedać swój patent, powiedziałabym - mimo tego, że jestem odbierana jak osoba pozytywnie podchodząca do życia - nastaw się na najgorsze (śmiech).

Instagram.com
Podziel się

”Te momenty sprawiają, że świat staje w miejscu i zapomina się o wszystkim, co złe” – Anna Szczypczyńska.

Skąd takie czarnowidztwo?

Słyszę czasem od kobiet: ”Już się nie mogę doczekać, aż dzidziuś przyjdzie na świat”. Ja tak na to nie patrzyłam. Bardzo chcieliśmy mieć dziecko, nie spodziewaliśmy, że tak szybko nasze starania zakończą się sukcesem. Najpierw była euforia, wielka radość, ale im mniej dni zostało do rozwiązania, tym bardziej je liczyłam. Chciałam, żeby w magiczny sposób się wydłużały, bo było jeszcze tyle rzeczy do zrobienia. Wstawałam o szóstej rano, robiłam Konradowi śniadanie, jadłam z nim, a przecież mogłam powiedzieć: ”Jestem w ciąży, nie ruszaj mnie, śpię”. Zrywałam się świtem i pracowałam do piątej po południu. Nie ucinałam sobie drzemek, no czasem robiłam przerwę na odcinek ulubionego serialu albo trening w domu. Miałam takie poczucie, że jak już dziecko się urodzi, to będzie koniec. Przynajmniej na moment. I chciałam zrobić jak najwięcej, zanim to się stanie. Trenowałam, pisałam na zapas teksty do magazynu ”Be Active”, do pięciu numerów naprzód. Szykowałam się na to, że będzie bardzo ciężko, a nie cukierkowo. I całe szczęście, bo Nelka rzeczywiście nie była łatwym niemowlakiem. Siedziałam ostatnio w knajpce ze znajomymi, ich synek spokojnie wytrzymał z nami kilka godzin. Z Nelką byłabym zmęczona, spocona i zamiast siedzieć, robiłabym przysiady (śmiech).

Jak wyglądało to zderzenie z rzeczywistością we troje?

Dzięki swojemu nastawieniu, miałam poczucie, że jest łatwiej, niż się spodziewałam, choć łatwo nie było. W kość dał mi brak snu. Spałam po cztery godziny na dobę, bo nie umiem sobie uciąć drzemki w ciągu dnia. Nelka płakała albo, chciała być wiecznie ze mną na rękach, sposobem na przetrwanie było wyjście z domu. Dlatego starałam się robić to jak najszybciej po przebudzeniu. Konrad parzył mi kawę w termosie. Budziłam się, łapałam ten termos w garść i ruszałam. Nie malowałam się, śniadanie jadłam na mieście, bo tak mi było wygodniej. Przewijałam Nelkę po drodze, czasem w kawiarniach, karmiłam wszędzie. Tutaj dużym udogodnieniem było to, że karmiłam ją piersią. Krążyłam po okolicy, po parkach, umawiałam się w kafejkach ze znajomymi. I wiesz co? Strasznie mi się ten czas podobał! Pierwszy raz od lat nie siedziałam po uszy zakopana w mailach. Nauczyłam dostrzegać małe rzeczy, cieszyć z każdej chwili, każdego uśmiechu Neli, nowego gestu, jaki opanowała. Wcześniej przez kilka lat ciężko pracowałam, często po 16 godzin na dobę. Przestałam dostrzegać otaczający mnie świat, a dziecko nauczyło mnie tego, że warto zwolnić i cieszyć się każdą chwilą.

Spędzać całe dnie z dzieckiem poza domem, dość radykalne podejście.

Nie mam wątpliwości, że to nie zadziała u każdego. Kiedy bratowej mówiłam: ”Wychodzę o ósmej rano, wracam o piątej, kiedy wraca mój chłop”. Nie mogła się nadziwić. Tłumaczyłam, że nie będę siedzieć w domu, kiedy jest piękna pogoda, mała dłużej śpi na świeżym powietrzu, a w domu więcej płacze. I tak nic nie mogę zrobić, bo nie mogłam tak po prostu odłożyć jej do łóżeczka. To nie te egzemplarz. Na zewnątrz są ptaszki, kwiatki, Nelka zawsze się czymś zainteresuje. Tak było mi łatwiej. Kupowałam w sklepie gotowe sałatki i kiedy drzemała, wsuwałam je na ławeczce. A jak nie spała, to jadłam w ruchu. Mam cudownego partnera. Bardzo mi pomagał. To nie był chłop, który wracał do domu i pytał: ”A co tu tak nie posprzątane?”. Albo: ”Dlaczego nie ma obiadu?”. Nie sprzątałam, nie prasowałam, a obiady robiłam najprostsze. Sałata, upieczony kurczak, nie zawracałam sobie głowy czymś więcej. Przez pierwsze miesiące z małą nie mogłam zrobić nic, nawet obrać ziemniaków (śmiech). Na szczęście już od wielu miesięcy jest zupełnie inaczej. Tak naprawdę wszystko się zmieniło, kiedy skończyła jakieś 7 miesięcy. Śmiejemy się, że teraz jest taką naszą przyjaciółką - można z nią wszystko robić: iść na kilku godzinny trekking w góry, na zakupy do miasta, na obiad do restauracji, choć wiadomo, że wymaga to organizacji. Ale rzeczywiście, przez jakieś cztery miesiące nie byłam w stanie zrobić sobie porządnego śniadania o obiedzie już nie wspomnę.

I Konrad to rozumiał?

Kiedy przychodził z pracy po 10 godzinach, szłam na trening. Kiedy wracałam, wymienialiśmy się i Konrad wychodził, żeby zrobić swój. Pomagał mi gotować i sprzątać. Zwierzałam się koleżance: ”Słuchaj, trudno mi się dobrze odżywiać, bo nie mam jak przygotowywać jedzenia”. Poradziła, żebym miksowała wieczorem smoothie i trzymała w lodówce. Nelka dawała nam w kość. Były trudne momenty, kiedy oboje miewaliśmy dość, ale to chyba zupełnie normalne i wszyscy rodzice je mają. Konrad na pewno przeżył większy szok, bo był z tych właśnie, którzy szykują się na bajkę. Myślał, że będzie wracał z pracy i bawił się z „dzidziusiem”. Patrzył na mój brzuch i marzył: ”Nie mogę się doczekać, kiedy będziemy tak sobie leżeli razem z Neleczką”. Z Neleczką się nie da poleżeć (śmiech).

Instagram.com
Podziel się

”O losie! Powiem szczerze: od wczoraj nie jest lekko. Dziś chyba ze 20 razy Nelka się obudziła, tak co 10-15 minut (...) ale w tym całym pierdzielniczku znalazłam siły na trening”.

Sport był wentylem bezpieczeństwa?

O tak, czasem byłam tak bardzo zmęczona, że przez głowę przelatywało - zostanę w domu. Albo wychodziłam, ale chciałam skrócić trening. I wtedy przychodziła refleksja - wrócę, a ona tam tak strasznie wrzeszczy, to już lepiej dokończę ten trening.

Śmiejesz się, ale to mocne wyznanie. Fajna szczerość.

Trzeba sobie szczerze mówić, co się czuje. I tak właśnie do bólu szczerze rozmawialiśmy z Konradem, ale w tym wszystkim jest też sporo żartów. Właśnie: dużo żartowaliśmy. Pamiętam, że musiałam zatykać usta ręką, żeby nie obudzić Nelki, bo wszystko staraliśmy się obrócić w żart. Powtarzaliśmy też sobie z uśmieszkiem na twarzy: „Tylko spokój może nas uratować!” i braliśmy po kilka głębokich wdechów. Możesz się śmiać, ale to działa! Wydaje mi się, że te wszystkie depresje, o których słyszę wokół, biorą się stąd, że nie dajemy sobie przyzwolenia na słabości. Jeśli nie uprasuję koszulki, to nie znaczy, że jestem przez to złą matką.

Matki w Polsce są na cenzurowanym. Krytyki mogą spodziewać się z każdej strony, spójrz na Anię Lewandowską.

Fajnie, że o niej wspominasz. Chciałam napisać na swoim blogu o niej tekst, ale doszłam do wniosku, że nie będę wkładać kija w mrowisko. Ale moim zdaniem każdy musi mieć własny rozum. Jeśli pani z nadwagą, która nigdy nie ćwiczyła, albo miała długą przerwę, bierze się za trening typu hit workout, gdzie musi robić burpeesy, przysiady i wykroki z podskokami oraz pompki to chyba wie, że to się dobrze nie skończy. Bo nie powinna fundować sobie, aż tak intensywnej aktywności na dzień dobry. To nie jest powód do tego, by obwiniać Ewę Chodakowską za to, że jej treningi przyczyniają się do kontuzji. Kiedy ktoś wstaje z kanapy i zaczyna się szykować do maratonu, też może wylądować u fizjoterapeuty, jeśli niewłaściwie rozłoży intensywność treningów. Poświęciłam temu w książce sporo miejsca, są też plany treningowe dla ludzi na różnych etapach życia: mam, studentek, zapracowanych korpo-kobiet. Jak nie kontuzje od Chodakowskiej, to płaski brzuch po kilku tygodniach od porodu Lewandowskiej wzbudza sensację. Ale Ania jest sportowce! Dla mnie to oczywiste, że ktoś, kto nim nie jest, ktoś, kto przed ciążą nie trenował regularnie, nie odżywiał się ultra zdrowo, nie będzie tak wyglądał tuż po rozwiązaniu. Z drugiej strony, kiedy kobiety pytają, czy po ciąży ich brzuch już zawsze będzie wyglądał źle, to Lewandowska jest fajnym motywatorem, bo pokazuje, że piękny brzuch można sobie wypracować. Uważam, że to nie jest wpędzanie innych w kompleksy, tylko inspiracja. To od ciebie zależy jak na to spojrzysz. Ja wolę się inspirować innymi ludźmi, a nie dopatrywać w nich czegoś złego. Wyznaję zasadę: jak chcesz, to możesz.

Bycie mamą może być dobrą wymówką. Jak tu ćwiczyć z wózkiem?

Ależ są treningi z wózkami! Można poćwiczyć w parku z innymi mamami, albo zabrać malucha na salę. Ale powiem Ci szczerze: cieszę się, że są takie miejsca, ale na trening wolę iść sama. Dla mnie właśnie o to w nim chodzi, żebym miała taką chwilę dla siebie, na oczyszczenie głowy. Mam świadomość, że dla samotnych matek to może być czyste marzenie. Zdarzają się też ojcowie, którzy pracują bardzo długo - wtedy warto wykorzystywać te możliwości. Można też ćwiczyć w domu, kiedy dziecko ma drzemkę, albo zaangażować je do wspólnego treningu. Nelka teraz to bardzo lubi, ale muszę wyczuć dobry moment, bo niestety często kończy się tym, że muszę ją brać na ręce. Ale robię wtedy przysiady z dodatkowym obciążeniem (śmiech). Generalnie - robię sobie przerwy, czasem muszę wymienić jakieś ćwiczenia, na takie, gdzie ją też mogę zaangażować, ale na serio: da się!

Gdzie teraz można się umówić na wspólne bieganie z Panną Anną? W jakim kraju? Obserwuję cię na Facebooku, a ty ciągle w ruchu.

Mieszkaliśmy przez rok w Holandii. Rozważaliśmy wyjazd do Kanady. Konrad chciał sobie zrobić roczną przerwę w pracy. Zawsze o tym marzył. Odłożył pieniądze. Mówił, że chciałby pojechać w takie miejsce, gdzie byłyby góry i morze, albo chociaż rzeka. Żeby mógł w razie czego wrócić do pracy. Projektuje jachty. Braliśmy pod uwagę Majorkę, Barcelonę, Niceę. Osiołkowi w żłobie dano, na własnej skórze doświadczyliśmy tego, że nadmiar możliwości nie jest dobry. Nijak nie mogliśmy się zdecydować. W końcu postanowiliśmy polecieć na parę miesięcy do Warszawy z nadzieją, że coś nam się w tym czasie rozjaśni w głowach. Za oknami luty. Hm, podróż do Polski, w siarczyste mrozy z małym dzieckiem, słaby pomysł. Postanowiliśmy spakować wszystko do auta i przez sześć tygodni podróżować po Europie. Z taką myślą - jeśli gdzieś nam się spodoba, zostaniemy. Jak nie - wrócimy do Warszawy. Po trzech tygodniach dotarliśmy na przedmieścia Nicei. Konrad zrobił trening, potem ja. Biegłam krętą drogą patrząc na morze, zachwycona chłonęłam naturę. Wróciłam z wypiekami na twarzy i z tych emocji aż się popłakałam. Konrad tylko na mnie spojrzał: ”To co, zostajemy?”. I klamka zapadła.

Piękny pomysł na życie, ale już słyszę pytania. Ile drożej kosztuje takie życie? Jak poradzę sobie bez znajomości języka?

Sporo kosztuje wynajęcie mieszkania. Pewnie za cenę naszych 45 metrów można by wynająć dom w Warszawie. Jedzenie jest droższe. Ale mniej wydajemy, bo zaczęliśmy inaczej żyć. Nie mamy potrzeby kupowania fajnych ciuchów, chodzimy cały czas w szortach i koszulkach. Śmiałam się, że oszczędzam na kosmetykach, bo nie maluję się codziennie i tusz do rzęs wystarcza mi na dłużej (śmiech).

A jak z samotnością, dokucza?

Łapiemy każdą okazję, żeby poznawać ludzi. W Holandii szukałam towarzystwa na grupach na Facebooku, tutaj też znalazłam kilka osób w sieci. Piszę wtedy bez ogródek: ”Nie mam koleżanek, może umówimy się na kawę?”. Oboje z Konradem zaczęliśmy się uczyć się języka. Nie jakoś dużo, bo ciężko nam to ogarnąć czasowo, ale powoli, stopniowo, staramy się. Przez naszą nauczycielkę poznaliśmy dwie dziewczyny. Na ulicy zaczepiłam chłopaka: ”O też jesteś z Polski? Może kiedyś się umówimy?”. Z miejsca zaproponował piwo. Szliśmy właśnie z Nelką nad morze, ale momentalnie zmieniliśmy plany. Poszliśmy na to piwo i do dziś się kolegujemy. Ostatnio zrobiliśmy imprezę na plaży, to były moje urodziny. Zaprosiliśmy wszystkich naszych nowo poznanych znajomych. Tak dobrze się bawiliśmy, że w końcu przenieśliśmy się do domu. Położyliśmy małą spać i bawiliśmy dalej do trzeciej nad ranem.

No i jednak jest słodko. Rozumiem te tysiące obserwujących twój profil na Facebooku. Zmęczona, czy nie, zarażasz pozytywną energią.

Był czas, kiedy bieganie przysłaniało mi wszystko inne. Chyba każdy neofita przechodzi taki etap. Pada, nie pada, wali się, pali, biegnę. Byłam raz na zimowym wyjeździe służbowym w Courchevel. Każdy chyba marzy, żeby pojeździć tam na nartach. A ja jeszcze z domu dzwoniłam do hotelu z pytaniem, czy aby na pewno jest tam siłownia z bieżnią, bo przygotowuję się do półmaratonu. I w połowie dnia gnałam z tych cudnych stoków do dusznej siłowni, żeby biegać na durnej bieżni mechanicznej. Bywało tak, że rezygnowałam z wyjścia na fajną imprezę, bo następnego dnia miałam ostry trening. Teraz jestem w zupełnie innym miejscu. Wyluzowałam. Wiem, że dla Konrada starty są ważne. Mnie jest wszystko jedno, gdzie pobiegnę. Mówię mu: ”Wybierz sam imprezy, które ci pasują, mnie zapisz w pozostałe weekendy, na jakieś krótkie dystanse”. Dla mnie krótkie po górach, to 15, maksymalnie 20 kilometrów. A on mnie pozapisywał na 33, 42. A potem namawiał, że do zawodów jeszcze dużo czasu, zdążę się przygotować. ”Dasz radę” – to jego filozofia. No dam, ale czy to będzie przyjemne? Nie będzie, bo nie wybiegałam wcześniej ile trzeba. Bolą mnie jeszcze niektóre mięśnie, jestem pościągana tu i ówdzie. Będę miała kontuzję. A przecież mogę zrobić fajną szesnastkę, na której ostro pocisnę. Zrobię dobry wynik i potraktuję to jak zabawę. A nie skończę, kiedy wyczerpany organizm już prawie mnie odcina, tak, że za metą stracę przytomność. Miesiąc przed terminem zdecydowałam, że przepisuję się na rozsądne 25 kilometrów. A ciebie namawiam na maraton.

Facebook.com
Podziel się

Panna Anna (Anna Szczypczyńska) i autorka tekstu po ukończonym półmaratonie w Warszawie.

Obiecuję go sobie od roku, a potem ten pomysł odkładam. Z tobą biegłam połówkę i nie zapomnę jaką czułam na mecie dumę.

Trzy tygodnie temu swój pierwszy półmaraton przebiegła żona mojego brata. Ma 46 lat. Chciałabym powiedzieć dziewczynom, że nigdy nie jest za późno na zmiany w życiu. O tym napisałam książkę. Z planami treningowymi, przepisami, radami dla przyszłym mam. W listopadzie jest maraton Nicea - Cannes, przyjemny. Zapisz się. To mój plan, pobiegnę go, a potem mogę się starać o drugie dziecko.

Wydawnictwo Helion
Podziel się

”Zakochaj się w bieganiu”, Anna Szczypczyńska, wydawnictwo Helion

Obejrzyj też: Robert Korzeniowski: Bieg Rzeźnika to coś kapitalnego!

0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Wow!
0
Ważne
0
Słabe
0
Straszne
Trwa ładowanie
.
.
.