Trwa ładowanie...
d3w2whx

Żona ugotowała Meksykaninowi typowy polski obiad. Myślał, że to klej do tapet

Polska emigracja do Meksyku nie jest zarobkowa. Bardzo rzadko ktoś jeździ tam za chlebem. O wiele częściej jest to "migracja serc" - jak to określają rozmówczynie Tomasza Pindla, autora książki "Za horyzont. Polaków latynoamerykańskie przygody".
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Tomasz Pindel rozmawiał m.in. z Agnieszką Wieczorek i Urszulą Ciechacką (na zdjęciu)
Tomasz Pindel rozmawiał m.in. z Agnieszką Wieczorek i Urszulą Ciechacką (na zdjęciu) (facebook.com/pg/amapolaculturapolaca)
d3w2whx

Losy swoich bohaterów autor przeplata z burzliwą historią kontynentu i obrazami współczesnych dynamicznych zmian. Pokazuje skrajnie odmienne oblicza polskiej emigracji na przestrzeni ostatnich trzystu lat. I choć pisze o ludziach z daleka – zza horyzontu – niepostrzeżenie przystawia czytelnikom migracyjne zwierciadło. Ukazujące się w nim oblicze jest nie mniej zaskakujące.

Dzięki uprzejmości wydawnictwa Znak publikujemy fragment książki Tomasza Pindla "Za horyzont. Polaków latynoamerykańskie przygody". Premiera 18 lipca.

Meksyk

d3w2whx

(...)

Miasto Meksyk liczy jakieś 25 milionów mieszkańców. To przybliżone dane, bo nikt nie jest w stanie na bieżąco zliczać populacji doklejających się do metropolii nowych dzielnic. Zjeżdżają się tu ludzie z całego kraju, są też i cudzoziemcy. Szukam Polaków – i, co znamienne, znajduję w większości Polki.

Agnieszkę Wieczorek i Urszulę Ciechacką nietrudno namierzyć: są bardzo aktywne i – przynajmniej dla Polaków – widoczne, za sprawą swojej działalności kulturalnej. Prowadzą projekt AmaPola (nazwa wieloznaczna, bo amapola to mak, ale amar to kochać, zaś Pola z Polską – Polonia – łatwo się kojarzy), który polega na organizowaniu wydarzeń promujących Polskę, jej kulturę i język. To zupełnie prywatna inicjatywa, ale też w Meksyku nie ma żadnej państwowej instytucji od promocji kultury, nie licząc ambasady, a dla placówek dyplomatycznych kultura zwykle nie jest zadaniem priorytetowym.

 – Często ludzie przyjeżdżają na rok, dwa, a potem wracają, bo jednak jest im ciężko – opowiadają. – Zostają zwykle ci, którzy założyli tu rodziny. Najwięcej narzekają ludzie mieszkający w Monterrey, w Guadalajarze – tam gdzie trudniej i mniej bezpiecznie. Z kolei w Cancún, Playa del Carmen, Tulum, czyli na południu, osiedlają się ludzie związani z branżą turystyczną, i oni raczej nie narzekają.
 – Jestem tu cztery i pół roku – mówi Agnieszka – z przerwą po pierwszym roku pobytu.
 – Ja trzy lata – dodaje Ula. – To migracja serc.

Namiar na Hannę Kot-Skibę dostaję w ambasadzie, jest dyrektorką polskiej szkoły przy polskiej placówce. Spotykamy się w prowadzonym przez nią przedszkolu, na ulicy Aquiles, daleko na południowych rubieżach miasta Meksyk, już pod zalesionymi górami. Jedzie się tam krętymi uliczkami, przecinając zabudowane, ale całkiem zielone zbocza, atmosfera raczej jak w jakimś pueblo, a nie wielkiej metropolii. Do przedszkola trzeba podejść stromo pod górę, znajduje się w szeregowym białym domku.

d3w2whx

 – Do Meksyku przyjechałam za mężem, w 1986 roku – opowiada mi pani Hanna. – Poznałam go w Polsce, robił doktorat na Akademii Rolniczej w Szczecinie. W szkole polskiej, przy ambasadzie, pracuję od 2001 roku.

Joanna Siwkowska mieszka w Meksyku od dziewięciu lat, poznałem ją parę lat wcześniej, bo prowadzi biuro turystyczne Jaguar Tours i zdaje się znać tu wszystkich.
 – Skąd ja się tu wzięłam? Przez turystykę. Jeździłam po Hiszpanii i Maroku, jako przewodniczka. Po dwunastu latach zdecydowałam się na zmianę i pojechałam do Meksyku. Zjawiało się tu dużo grup z Polski, ale potem przestałam obsługiwać takie grupy i zaczęłam pracować dla miejscowego biura podróży. Trzy lata to trwało. Poszłam na kurs dla przewodników i tam poznałam męża. Po jakimś czasie postanowiliśmy założyć własne biuro podróży. Moim atutem jest to, że znam oczekiwania polskiego turysty, ale też meksykańską mentalność.
 – Kiedy tu przyjechałam, zdałam sobie sprawę, że tutejsza emigracja polska jest zasadniczo inteligencka – mówi Hanna. – W latach osiemdziesiątych Meksyk i Polska prowadziły wymianę kulturalną i naukową – stąd tylu Meksykanów w Polsce i Polaków tutaj. Moje tutejsze koleżanki Polki to doktor muzykologii, filolog języka angielskiego, pani inżynier i matematyczka. Przyjechały i zostały, bo warunki w Polsce były gorsze. To zupełnie inna emigracja niż ta w Wielkiej Brytanii czy Irlandii. To są ludzie jednak na wyższych stanowiskach, wykształceni, magistrzy i doktorzy, często pracują na uczelniach, w przedsiębiorstwach. Miało się poczucie, że to kraj, który daje szanse na rozwój i lepsze życie.
 – Polki są tu cenione jako żony – stwierdza Joanna. – Mąż na przykład był przekonany, że prasowanie jest czynnością w ogóle w domu niemożliwą. Tak samo gotowanie. Po świecie jeździłam od dawna, więc miałam kontakt z innymi kulturami i szybko się tu zaaklimatyzowałam. Punktem zwrotnym było małżeństwo, jakiś rozdział został tak zamknięty. Tęskniłam, ale syna urodziłam tutaj, jest Meksykaninem, więc tu trzeba żyć. Nie wróciłabym do Polski, praca pracą, ale moje dziecko jest tutejsze. Zresztą dobrze się tu czuję. Pomaga też to, że rodzina męża mieszka w Stanach, więc go od nas nie odciąga.
 – Dzisiejsza Polonia dzieli się na dwie grupy: tych, co przyjechali w latach osiemdziesiątych, mają rodziny i dzieci w szkołach, oraz na młodych, co przyjechali na praktyki czy studia – dodaje Hanna. – Ta druga grupa jest całkiem spora – to z nich wzięła się na przykład AmaPola.

Tomasz Pindel/fot. Z. Jakubowska-Pindel

 – Polacy w Meksyku nie szukają ze sobą kontaktu, mieszkają w rozproszeniu, nie tworzą skupisk – dzielą się swoim doświadczeniem Agnieszka i Urszula. – To zupełnie inna Polonia niż ta z klasycznych wyobrażeń: ludzie dobrze wykształceni, z konkretnymi zawodami, muzycy, studenci z wymiany. Nikt nie przyjeżdża z powodów ekonomicznych, do pracy. Często zaczynało się od wycieczek, a potem ludzie wracali. W naszym przypadku– to migracja serc. To są inni Polacy, więc nie za bardzo szukają Polaków, tylko integrują się z Meksykanami. Większość przyjeżdża, mówiąc już po hiszpańsku, w końcu język się zrobił popularny u nas. Generalnie są przekonani, że Polonia nie jest fajna, nie chcą mieć z nią nic wspólnego, chcą żyć wśród miejscowych. Ale mija rok, mijają dwa lata, zaczyna ci czegoś brakować.
 – Ja poznałam Polaków w Meksyku przez profil facebookowy – mówi Agnieszka. – Ludzie się wymieniają tam informacjami, gdzie kupić odpowiednie produkty na przykład do polskich potraw, bo Polki chętnie gotują. Nasi często szukają kontaktu dopiero gdzieś po roku, ja sama podchodzę teraz do Polaków, zagaduję, nabrałyśmy już meksykańskich odruchów.

Dla tych, którzy mają dzieci, szkoła polska staje się naturalnym miejscem spotkań.

 – Spotykamy się z innymi mamami w ambasadzie, podczas kiedy dzieci mają lekcje – opowiada Joanna. – Rozmawiamy, wymieniamy informacje. Jedna mieszka tu dwadzieścia sześć lat, wie, co gdzie kupić. Doszłyśmy razem do wniosku, że pierwsze lata w związku z Meksykaninem są trudne, wychodzą różnice, trzeba iść na wiele kompromisów i trzeba się zaangażować. I coś musi łączyć.
 – Panuje bardzo miła atmosfera, ludzie są na poziomie, nie ma żadnych tarć środowiskowych – dodaje Hanna. – Tutejszym Polakom chodziło o utrzymanie polskości dzieci. W szkole polskiej mieliśmy takie momenty wyżu, kiedy chodziło dużo uczniów. Bardzo niewiele z nich to dzieci dyplomatów – teraz to raptem dwoje. Reszta – dwadzieścioro ośmioro – jest z zewnątrz. Często na początku nawet nie mówią po polsku, ale jak już przejdą cały etap edukacji, od podstawówki do liceum, mówią bardzo dobrze. Program szkolny ma charakter uzupełniający, obejmuje tylko polski język, literaturę i historię z elementami geo­grafii. Dla tych dzieci, co słabo albo wcale nie mówią po polsku, szczególnie ważne są wydarzenia kulturalne: malowanie pisanek, mikołajki – bo to atrakcyjne. Rodzice się przyjaźnią, tworzą grupę, w trakcie lekcji siedzą razem w kuchni, rozmawiają, piją kawę. Działa też Towarzystwo Przyjaźni Polsko-Meksykańskiej, teraz już nieco słabiej. Głównie związani są z Kościołem, organizują msze po polsku i rocznice patriotyczne.

Pytam o adaptację i różnice kulturowe. Miewają one czasem charakter bardzo praktyczny i codzienny.

d3w2whx

 – Różnice są ogromne – stwierdza Joanna. – Mąż jest na szczęście bardzo otwarty. Ja gotowałam po polsku, kiedyś na początku zrobiłam typowy obiad: lane kluski, gulasz i buraczki. Mąż pyta: „Co to jest?”. Na co ja, że mąka, woda i tyle. A on: „Aaa, czyli klej do tapet”. Meksykanie nie chcą jeść nowych rzeczy. Raz przyszedł kolega, patrzy na to, co jemy, i pyta męża: „Ty, co to jest?”. „Nie pytaj – odpowiedział mąż – posyp solą, dopraw limonką i da się jeść”. Mąż bardzo polubił kaczkę i zupę grzybową, domaga się tego. Bigos robię z papryką chipotle i serwuję z tortillami – jedzą! Jak pojechaliśmy do Polski na święta, mąż nie mógł znieść bigosu. Dlatego lekko go podrasowałam smakowo. Są rzeczy, do których Meksykanie nie mogą się przekonać – na przykład buraki, barszczu nie ruszą, ale już żur im smakuje. Pora w sałatce nie zjedzą. Znam osoby, które mieszkają tu od lat i nie mogą się dopasować kulinarnie, wielu rzeczy nie jedzą, męczą się. Mój syn nie lubi ziemniaków. Na niedzielne śniadanie kanapki nie zje, ale rosół z baraniny bardzo chętnie.

Czasem jednak są to kwestie głęboko odnoszące się do mentalności.

 – Ja akurat mam cygańską duszę, wcześniej cztery lata mieszkałam w Indiach – wspomina Hanna. – Ale im dłużej, tym trudniej. To ich lekkie podchodzenie do ludzi, do wszystkiego, ta ich powierzchowność, niepowaga. Ludzie są tu mili, ale relacje nie za głębokie. Choć, jak to powiedziała jedna pani konsul: „Na co ci ta polska głębia?”.
 – Europejczycy są zwykle zbulwersowani tutejszym rasizmem – zauważają Agnieszka i Urszula – ale zarazem często wykorzystują to, że są biali. Z czasem jednak pewne zachowania się przejmuje.
 – Kiedy mieszkałam w Ciudad del Carmen – to miasto na południu kraju, znane z wydobycia ropy – i obracałam się w kręgach klasy, powiedzmy, średniej wyższej, to w utrzymywaniu znajomości z ludźmi o ciemnym kolorze skóry nie było nic dziwnego – dodaje Agnieszka. – Ale w mieście Meksyk, gdzie różnorodność ludzi jest największa, podział najmocniej rzuca się w oczy. Rasa łączy się z klasą. Ludzie różniący się skórą mieszkają w różnych dzielnicach, chodzą w inne miejsca. Na początku nie zauważałam tych rzeczy, ale z czasem człowiek w to wrasta: tu chodzi raczej o faworyzowanie białych niż prześladowanie ciemnych. Uważam się za osobę otwartą, ale to powoli zaczyna przenikać. Jak się ze sobą nie walczy, człowiek to powoli przyswaja. Meksykanie dziwią się, że ktoś biały może się interesować kimś ciemnym. Poznajesz kogoś, on zaraz pyta, skąd jesteś, tienes novio?, czy masz chłopaka, mexicano? guapo?, ciemny? przystojny? Tutejszy rasizm nie jest agresywny, jest zakodowany, zinterioryzowany i praktykowany przez obie strony. – Kiedy Agnieszka mówi o rasizmie, wychodzi z niej socjologiczne wykształcenie. – Indianie, ciemni, nie mają aspiracji społecznych, mają zakodowaną swoją rolę, a telewizja ciągle to gruntuje.

Materiały prasowe

Urszula jest w widocznej ciąży:
 – Ciągle słyszę komentarze, że oby tylko dziecko wdało się we mnie, żeby tylko białe było.
 – Znajomy Polak, żonaty z Meksykanką, opowiadał, jak jedna jego znajoma radziła, żeby dziecko urodzić w Polsce, bo wtedy wyjdzie jaśniejsze – wtrąca Agnieszka. – Oni tu mają obsesję, żeby tylko miało jasną skórę i niebieskie oczka. Dziewczyna z niebieskimi oczami ma już życie wygrane. Bo tu jest bardzo duży nacisk na urodę, od maleńkości. W tutejszych barach czy dyskotekach płaci się blondynkom, żeby siedziały i „robiły image”, „hacer imagen” się tu na to mówi.
 – Mojemu dziecku będzie się żyło lepiej, bo ma matkę Europejkę – stwierdza Joanna. – Jego obecność na jakiejś imprezie dodaje prestiżu. Meksykanie są dość próżni, lubią się chwalić, pokazywać.
 – Po jakimś czasie mieszkania tutaj zapytałam męża, czy tu w ogóle są jacyś prawdziwi Meksykanie – mówi Hanna. – Na spotkaniach towarzyskich każdy powoływał się na jakichś przodków z Hiszpanii, Francji i tak dalej. Niby są nacjonalistyczni, ale widać ten kompleks „białego człowieka”. Z drugiej strony, czuć jakąś zadrę w stosunku do güeros, białych. Klasowość poznać po istnieniu zamkniętych grup. Trudno wejść do rodzinnego kręgu, rodziny się raczej zamykają. Trudno o głębsze relacje w pracy, o głębszą rozmowę. Tu jednak liczą się zasadniczo więzy rodzinne, a nie przyjaźnie. Mąż pracował w różnych miejscach, ma zawsze liczne znajomości, ale nigdy nie przetrwały zmiany pracy. Natomiast rodzina: zawsze.
 – Różnice mentalnościowe są znaczne – mówi Urszula. – U nas planujemy, bo jest zima, trzeba się przygotować, są sezony na owoce i tak dalej. Tutaj czasu się nie czuje, wszyscy tkwią w wiecznej teraźniejszości, nie trzeba planować. Tu się kukurydzę zbiera trzy razy w roku. Pogoda w mieście Meksyk właściwie się nie zmienia. Ludzie nie sięgają w przyszłość, jakoś to przecież będzie, dorobią sobie na boku, rodzina ci pomoże jakby co. Nie oszczędza się, wydaje na bieżąco.
 – Meksykanie mają słomiany zapał – podsumowuje Joanna – wielkie plany, marna realizacja. Mąż mówi, że Polak, jak widzi słońce, to mówi, że zaraz będzie padać, lubimy się zamartwiać, a oni – zawsze entuzjazm, ale też na entuzjazmie się kończy.

* Powyższy fragment pochodzi z książki Tomasza Pindla "Za horyzont. Polaków latynoamerykańskie przygody", która ukaże się nakłądem wydawnictwa Znak 18 lipca.*

d3w2whx

Podziel się opinią

Share

d3w2whx

d3w2whx