Trwa ładowanie...
dviteur
Recenzje

Zapiski z dziesiątej dekady

Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Zapiski z dziesiątej dekady
("__wlasne)
dviteur

Jakże inaczej wyglądałaby historia bez dzienników, wspomnień i listów, a zwłaszcza historia literatury bez dzienników, wspomnień i listów ludzi pióra! Pewnie, że krytycy i tak nie ustawaliby w wykładaniu, „co poeta/pisarz chciał powiedzieć”, ale o ileż trudniej byłoby im to ustalić, gdyby nie dysponowali materiałem z pierwszej ręki! Bo przecież fakty z życia autora – nie tylko te powszechnie znane, ale i takie, które zostały tylko gdzieś na marginesie utrwalone dwoma zdaniami – tak często stają się tworzywem jego utworów, a jeśli nie tworzywem per se, to na przykład motywem, wokół którego impuls wyobraźni zaczyna budować jakąś historię.

Bo sny i marzenia, lęki i traumy, fascynacje i pasje literata jako osoby prywatnej prawie nigdy nie pozostają bez wpływu na to, jak postępują i jak widzą świat narratorzy i bohaterowie jego utworów. Oczywiście, zdarzają się dzienniki czy wspomnienia będące stuprocentową autokreacją (cóż łatwiejszego, niż na bieżąco tworzyć siebie takim, jakim by się chciało być w oczach czytelników? Wyrzucić wszystkie kontrowersyjne przemyślenia, wykasować opisy zdarzeń, które by mogły autorowi wystawić niepożądane świadectwo, a dołożyć garstkę chwytliwych truizmów, podkoloryzować to i owo na swoją korzyść… Czasem dopiero wspomnienia bliskich, którzy przeżyją twórcę, potrafią zdemaskować taki zmanipulowany tekst), ale na szczęście stanowią one mniejszość, którą nie musimy się zajmować, mając do dyspozycji dostatecznie dużo wypowiedzi szczerych i autentycznych.

Na przykład zapiski Józefa Hena, jednego z najstarszych żyjących polskich pisarzy, mimo zaawansowanego wieku (za kilka miesięcy skończy 93 lata) wciąż aktywnego literacko. Pierwsze tomy, zatytułowane „Nie boję się bezsennych nocy”, obejmują z grubsza drugą połowę XX wieku, „Dziennik na nowy wiek” lata 2000-2007, „Dziennika ciąg dalszy” 2008-2013, a najnowszy tom, „Powrót do bezsennych nocy” od 2014 do pierwszych miesięcy bieżącego roku. Nie jest to dla niego łatwy czas. Kilka lat temu pożegnał ukochaną żonę, a teraz, w ciągu niespełna dwóch lat, traci dwóch najlepszych przyjaciół, dwóch Tadeuszów: Różewicza i Konwickiego; „z tej trójki został już tylko Hen, samotny”. Nie sposób w takiej sytuacji nie zdawać sobie sprawy z przemijania… Ponadto przecież w dziesiątej dekadzie życia mało kto się czuje fizycznie tak zdrowy i sprawny, jak dziesięć czy dwadzieścia lat wcześniej. Tym bardziej zdumiewa i imponuje fakt, że autor, niewątpliwie odczuwając ograniczenia i dolegliwości związane z wiekiem, nie rozwodzi się
nad nimi, wręcz spycha je na margines – na blisko trzystu stronach dosłownie ze dwa zdania na ten temat, ot, lapidarne „a forma na pewno się nie polepsza” – i gdyby czasem nie wspominał na przykład o „moim dziewięćdziesięcioleciu w Katowicach dwa lata temu” i innych zdarzeniach z przeszłości, człowiek nieznający jego biografii mógłby spokojnie sądzić, że czyta słowa pisane przez kogoś o ćwierć wieku młodszego.

Dziewięćdziesięcioparoletni pisarz uczestniczy w spotkaniach autorskich (najczęściej w Warszawie), podpisuje książki na targach, udziela wywiadów, odpowiada na maile, spotyka się ze znajomymi, sam dopilnowuje wszystkich spraw związanych z wydawaniem swoich utworów. Wciąż wiele czyta (raczej nowości – na przykład opowiadania Alice Munro: „świetna narracja. Niby bardzo prosta, ale jednak wyrafinowana. Angielszczyzna jak srebrny dzwonek” czy „Zuzę” Pilcha: „temperament narracyjny, talent – tak! Ironia, autoironia. Paradoksy psychologiczne” – zaś część swojego starego księgozbioru oddaje do więziennej biblioteki). Na bieżąco śledzi i komentuje wydarzenia w polityce i kulturze, ale nie tylko: regularnie załamuje ręce nad brakami w wiedzy ogólnej, zwłaszcza z zakresu historii, geografii, literatury, jakie wykazują uczestnicy popularnego teleturnieju (przytaczane przez autora ich odpowiedzi to jedyne partie dziennika, z których można się autentycznie uśmiać!). Od czasu do czasu odkopuje i rekonstruuje fragmenty
swoich starszych notatek – na przykład relacji z pobytu w Rzymie ponad pół wieku temu. No i bacznie analizuje odbiór swojej twórczości, starannie zapisując, które z jego utworów czytały nowo poznane osoby, co kto powiedział i napisał o której powieści, opowiadaniu, tomie dzienników; może się wydawać, że jest tego stosunkowo dużo, ale taka już specyfika zapisków człowieka pracującego – u zoologa czytalibyśmy o zwierzętach, u aktora o rolach i spektaklach, a literat musi pisać o pisaniu i jego oddźwięku.
A jeśli przy tym pisze tak właśnie – ładną, bogatą, żywą i dźwięczną polszczyzną, z wielkim taktem (nawet o osobach, których zdecydowanie nie lubi czy nie pochwala ich postępowania) i wielką erudycją – trudno się takiej lekturze oprzeć. Jedyny minus książki, niezależny od autora, to – nie wiadomo czemu ostatnio tak modne – „satynowe” wykończenie okładki. Pięknie się na tym matowym tle reprodukują zdjęcia, ale w dotyku sprawia ono wrażenie powierzchni pokrytej warstwą kurzu; nie dość tego, nie chcąc okładki zapaskudzić, trzeba nie tylko (co się rozumie samo przez się) przed lekturą umyć ręce, ale też pod żadnym pozorem podczas czytania nie dotykać niczego żywego ani jadalnego, bo każda drobinka tłuszczu, nawet takiego ze skórki jabłka, zostawia brzydkie plamy. No i szkoda, że wszystkie części dzienników nie mogły być wydane w jednolitej szacie graficznej; prawda, że wnętrze ważniejsze, ale cóż by przeszkadzało, gdyby mogły jeszcze ładnie wyglądać na półce…

dviteur

Podziel się opinią

Share

dviteur

dviteur