Trwa ładowanie...
Recenzje

Wkroczmy w te epickie światy

Share
Wkroczmy w te epickie światy
Źródło: "__wlasne
d2xk776

Nie powinno się sądzić książki po okładce, bo przecież wszyscy znamy przypadki rewelacyjnych utworów wydanych w fatalnej szacie i gniotów opakowanych w istne graficzno-introligatorskie arcydziełka, niemniej jednak trzeba przyznać, że Rebisowska seria antologii fantasy już na pierwszy rzut oka robi dobre wrażenie. Solidne twarde oprawy z estetycznymi obwolutami, klimatyczne ilustracje okładkowe (z grafiką wyraźnie lepszą, przynajmniej moim skromnym zdaniem, niż w amerykańskich oryginałach), dobry papier i perfekcyjnie dobrana czcionka – od razu chce się czytać!

Zawartość tego rodzaju zbiorów może jednak budzić mieszane uczucia, bo z jednej strony daje czytelnikowi możliwość posmakowania stylu i wyobraźni nieznanych jeszcze twórców, ale z drugiej strony, opowiadania nie każdemu pisarzowi wychodzą tak dobrze jak powieści, zwłaszcza jeśli – tak jak autorzy tekstów zamieszczonych w Epopei – specjalizuje się w paro- czy wręcz wielotomowych epickich cyklach; opowiadanie to jednak forma wymagająca zupełnie innej perspektywy, innej konstrukcji fabuły i budowy sylwetek postaci.

W tym tomie znalazłam potwierdzenie tego faktu w postaci opowiadania Trudi Canavan, osadzonego w środowisku świata, w którym toczy się akcja znanego mi i całkiem dobrze zapamiętanego cyklu powieściowego – a gdybym w oparciu o lekturę Szalonego ucznia miała dopiero zdecydować, czy chcę się zapoznać z twórczością autorki, decyzja byłaby najprawdopodobniej negatywna.

d2xk776

Ocena poszczególnych tekstów jest oczywiście kwestią subiektywnych upodobań; zdarzyło mi się już spotkać (nie, nie w tej antologii ani nie w tej serii!) z utworami, których autorzy powinni byli zostać skazani na dwa lata czytania wyłącznie podręcznika gramatyki i słownika ortograficznego, a które mimo to mniejsza lub większa grupka czytelników nagrodziła ocenami maksymalnymi, doceniwszy (na przykład) ich przesłanie, i zdarzyło mi się też, że dzieło w mojej opinii godne pełnego zachwytu zostało przez kogoś ocenione na jeden poziom powyżej dna absolutnego. Przy tej antologii takich ekstremalnych sytuacji raczej nie będzie, zdaję sobie jednak sprawę, że prawie każdy pisarz ma swoich fanów, dla których skrytykowanie nawet pojedynczego jego opowiadania okaże się nie do zniesienia, i antyfanów, którzy gotowi będą wykazać, że nic, co stworzył, nie jest godnym uwagi. Podkreślam więc: nie ma tu utworów, które byłyby napisane topornie i z błędami, i jeśli jedne z nich odpowiadają mi w mniejszym stopniu niż pozostałe,
wynika to głównie z moich osobistych preferencji.

Do tej mniej zadowalającej grupy, choć i tak lepszej od wspomnianego tekstu Canavan, któremu brak i dynamiki, i jakiegoś sensownego wytłumaczenia wydarzeń, zaliczyć muszę opowiadania Kate Elliott, Patricka Rothfussa, Carrie Vaughn, Melanie Rawn i Juliet Marillier. Brzegiem rzeki śmierci Elliott jest dość krwawe i mroczne, co samo w sobie nie byłoby zniechęcające, jeśliby – jak na przykład w przypadku Eriksona – czy to struktura opisanego świata, czy sylwetka jakiegoś bohatera stanowiła magnes przyciągający uwagę. W Drodze do Levinshir Rothfussa, nie licząc paru imion i nazw wyraźnie wyglądających na wymyślone, nie ma ni jednego szczegółu, który by się pozwalał domyślić, że mamy do czynienia z fantasy; jest to po prostu dość krwawa historia rozgrywająca się w quasi-średniowiecznych realiach, i tyle. Wiedząc, że jest ono częścią większej całości, zupełnie inaczej się to odbiera, niż gdy zostaje potraktowane jako samodzielne dzieło. Bardziej psychologiczną, niż fantastyczną opowieścią jest Konflikt
trwa w pamięci
Vaughn; gdyby na taki fragment natrafić gdzieś w połowie kilkusetstronicowego tomu, miałby pewnie mocniejszą wymowę, ale jeśli wcześniejsze losy bohaterów są nakreślone ledwie w paru zdaniach, wrażenie nie jest szczególnie dojmujące. Matka całej Rusi Rawn to fantasy historyczna, zaprawiająca szczyptą magii dzieje prawdziwych postaci; za tym gatunkiem nie przepadam – choć zdaję sobie sprawę, że komuś innemu może odpowiadać – więc też nie bardzo opowiadanie przemawia mi do wyobraźni. Napisany bardzo ładnym językiem i osadzony w oryginalnym świecie Inny Juliet Marillier ma niezbyt przekonującą fabułę.

Na pograniczu plasuje się Rysn Brandona Sandersona, opowiadanie, któremu trudno mieć coś do zarzucenia poza tym, że… nie jest opowiadaniem, lecz fragmentem na chybił trafił wyrwanym ze środka powieści, wskutek czego trudno się zorientować, o czym mowa w takim na przykład zdaniu: „Zakrywanie bezpiecznej dłoni było głupią tradycją, wynikającą jedynie z kulturalnej dominacji Vorinów” (o Vorinach nie ma mowy ani przedtem, ani potem; co do dłoni, można wywnioskować, że ową „bezpieczną” jest lewa, tylko dlaczego? Kto przeczytał Drogę królów, ten wie, a co z pozostałymi czytelnikami?).

Mniej więcej równy poziom prezentują: Oddany sługa Robinette Kowal, Gdy bogowie się śmieją Michaela Moorcocka, Alchemik Paolo Bacigalupiego. Nie brak im ani klimatu, ani dynamiki, ani wyrazistych realiów, a każde ma w sobie coś, dzięki czemu daje się zapamiętać. Opowiadanie Moorcocka na tle pozostałych dwóch wydaje się cokolwiek staroświeckie, lecz góruje nad nimi aurą niesamowitości; Kowal w udany sposób wpasowuje motyw podróży w czasie w konwencję heroic fantasy; Bacigalupi potrafi oczarować barwnością i oryginalnością, choć przydałoby się, żeby nieco klarowniej objaśnił ideę działania balanthastu.

d2xk776

Oczko wyżej lokują się kolejne trzy teksty: Gdy kręci się koło Aliette de Bodard, Magia piasku Orsona Scotta Carda i Narkomanta Nory K. Jemisin. Ich wspólną cechą jest świetny styl i zajmująca fabuła, a wyróżnikami – w pierwszym twórcze wykorzystanie motywów mitologii Dalekiego Wschodu, w drugim nieszablonowy świat, pogrążony w mrocznej aurze tajemnicy, w trzecim oryginalne rekwizyty.

I wreszcie podium, w tym wypadku zbudowane tylko z dwóch stopni. Na tym niższym – Powrót do domu Robin Hobb, spełniający wszelkie kryteria dobrego opowiadania, z klarownym objaśnieniem świata, spójną i wciągającą intrygą, dość żywą akcją (tylko odrobinkę się rozwlekającą w partii środkowej) i konkretnym zakończeniem, w dodatku pozbawiony pewnego drobnego mankamentu obecnego w cyklu o skrytobójcy, jakim było nadanie bohaterom „znaczących” imion (Bastard, Szczery, Cierpliwa). Na najwyższym – ex aequo Zaklęcie rozwiązania Ursuli K.Le Guin i Człowiek z płomieni Tada Williamsa.

Siedmiostronicowa miniaturka Le Guin to mistrzowski dowód, że w tak krótkim tekście, zdającym się ledwie wprawką, można opowiedzieć skończoną historię, a przy tym doskonale oddać klimat całej sagi; nie sposób nie rozpoznać świata Ziemiomorza, choćby się je nie wiadomo jak dawno czytało. Znacznie dłuższe opowiadanie Williamsa jest doskonałym przykładem zachowania epickiego charakteru w formie literackiej o ograniczonej objętości. A jak to musi wyglądać w pełnowymiarowym formacie! Aż ręka świerzbi, by od razu sięgnąć po Pamięć, Smutek i Cierń…!

Może tylko byłoby lepiej, gdyby te trzy najlepsze opowiadania nie rozpoczynały zbioru, lecz go kończyły; po tak dobrych i wypróbowanych piórach nawet dobrze się zapowiadający twórcy z krótszym stażem mogą się wydać mniej obiecujący, niż są w rzeczywistości…

d2xk776

Podziel się opinią

Share
d2xk776
d2xk776