Trwa ładowanie...
d3osv40
Recenzje

Pusta mapa do indywidualnego wypełnienia

Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
("__wlasne)
d3osv40

Etykietka „Japonia” jest w stanie sprzedać wszystko. Dodać do niej obecność kota – i mamy bestseller. Dla miłośników kotów lub/i osób zafascynowanych „tajemnicą”, jaką zdaje się skrywać Japonia, jej rzekomym dostępem do skrywanej przed człowiekiem Zachodu magii i prawdy, „Kot, który spadł z nieba” będzie lekturą obowiązkową. „Powieść-medytacja o poszukiwaniu szczęścia na przekór codzienności”, głosi okładka. Oryginalny tytuł japoński brzmi „Koci gość” i jest bardziej adekwatny, zważywszy na materię książki, która nie potrzebuje takiego patetycznego opisu. Jednak bez marketingowych naddatków, bez głoszenia, że książka jest bestsellerem New York Times’a, pewnie mało kto by po nią sięgnął.

Nie twierdzę, że książka ta jest zupełnie bezwartościowa. Gdy dotrze się do jej drugiej połowy, przeszedłszy mało ciekawe opisy zwyczajnych do bólu kocich zachowań Chibi - która zaczyna odwiedzać małżeństwo trzydziestoparolatków mieszkających w domku w Tokio – gdy przebrnie się przez szarą monotonię zupełnie pozbawionych niezwykłości miniwydarzeń takich, jak wizyta ważki w przydomowym ogrodzie, nagły snop światła na szklanym suficie, zabawa piłeczką, wtedy można poczuć coś więcej. Dotknąć tego, co narrator próbuje wyrazić, obierając za środek wyrazu zwierzątko, które do nikogo w pełni nie należy, chociaż zdobywa kilka ludzkich serc i znika, pozostawiając owe serca puste i niepocieszone w żalu. Natura kota – migotliwa, niepojmowalna dla ludzi, jakby pochodząca z innej rzeczywistości – staje się symbolem czegoś niewypowiedzialnego, niemożliwego do określenia, jakiejś bolesnej, choć głęboko ukrytej tęsknoty odczuwanej przez narratora i jego żonę. Tęsknoty za czym? Za życiem pełniejszym, bardziej „gęstym”,
bardziej naznaczonym emocjami, wydarzeniami, czymś szczególnym? Każdy może to sobie sam dopowiedzieć. Dość, że ta tęsknota jest mocno odczuwalna, mimo że wyrażona niezwykle subtelnie, a rzeczywistość oferuje jedynie codzienność pozbawioną nie tylko fajerwerków, ale jakkolwiek, choćby trochę, ekscytujących wydarzeń. Ot, wspólna praca redaktorska w domu, sprzątanie, następujące po sobie pory roku zmieniające wygląd ogrodu, światło igrające na szybach. Realne, doniosłe zmiany – śmierć cesarza Hirohito kończąca powojenną epokę Showa, a z nią okres rozkwitu nowoczesnej Japonii, odejście pary staruszków, właścicieli odnajmowanego przez narratora domku – mają raczej charakter końca, zanikania, wyciszania, a nie zdarzeń mogących wprawić w ruch zastałą rzeczywistość i zaspokoić tęsknotę. A może to nie tęsknota, tylko niepokój człowieka, który przekroczył granicę trzydziestu lat i znalazł się w zawieszeniu – pierwszy etap młodości minął, do wieku średniego jest jeszcze trochę czasu, trzeba powoli zacząć weryfikować
niegdysiejsze marzenia, plany i pragnienia pod kątem możliwości, jakie oferuje dorosłość, nie chcąc się z nimi definitywnie pożegnać, ale jednocześnie wiedząc, że mogą być one niespełnialne, zacząć projektować realistyczny plan dalszego życia. Stan zawieszenia jest podkreślony przez wydarzenia: jedna japońska epoka odchodzi, druga nastaje; narrator i jego żona żyją na walizkach, nie wiedząc, kiedy będą musieli się wyprowadzić z zajmowanego domku; Chibi przychodzi i odchodzi, nigdzie na stałe się nie zadomowiając. Brakuje punktów zaczepienia w tej płynnej tymczasowości.

Mocno poruszające są fragmenty książki opowiadające o tym, co dzieje się po śmierci Chibi. To zdarzenie jest równie niejasne i nieokreślone, jak całe jej życie, a rzekomego miejsca spoczynku kotka nie wolno narratorowi i jego żonie odwiedzać. Tym samym są oni skazani na przeżywanie żałoby niekonkretnej, bez szansy znalezienia pociechy w materialnym, namacalnym wymiarze, bez szansy pożegnania się i domknięcia relacji ze zwierzątkiem. Na drodze do tego staje prawowita właścicielka kotka, która nie chce się dzielić nim z innymi. Egoizm człowieka pogrążonego w żałobie sprawia, że zmarły jest całkowicie przez tego człowieka zagarnięty, łącznie ze wspomnieniami i wszystkim, co się z nim wiąże. Chwile, które z Chibi spędził narrator i jego żona, są dla sąsiadki zdradą, o której nie chce ona nawet słyszeć. Narrator, nie mogąc odwiedzić grobu Chibi, szuka sposobów, jak mimo to się do niego zbliżyć – czynność obiektywnie pozbawiona sensu, ale w istocie pomagająca mu poradzić sobie ze smutkiem po stracie. Każdy, komu
zmarł ktoś bliski, rozpozna się w opisanych tutaj emocjach.

Trzeba zaznaczyć, że wszystko, co tutaj napisałam, jest teoretyzowaniem – myślami, jakie wzbudziła we mnie lektura tej książki, a których wywołanie mogło wcale nie być intencją autora. „Kot, który spadł z nieba” jest dla mnie niemal pustą mapą z zaledwie kilkoma zarysowanymi miejscami, mapą, którą każdy może uzupełnić tym, czym chce i w takim stopniu, w jakim chce – lub też może jej nie uzupełniać wcale, jeśli nie ma ochoty angażować wyobraźni, a tej tutaj akurat potrzeba sporo. Ktoś może uznać, że „Kot...” jest jedynie zarysem powieści, wstępnym szkicem, który mógłby stać się ciekawym produktem finalnym – i to także będzie prawidłowe odczytanie. W tym sensie mogłabym się zgodzić ze wspomnianym już tekstem z okładki, mówiącym o tej książce jako o medytacji – rzeczywiście „Kot...” jest jak przestrzeń do medytacji, oczyszczona z myśli i bodźców. Zdaję sobie jednak sprawę, że takie stwierdzenia nie bardzo nadają się na reklamę i mogłyby nie wzbudzić zainteresowania potencjalnego czytelnika rozważającego zakup
książki. Przynęta w postaci „kot, który buduje bliskość między parą małżeńską” - choć takiego aspektu wcale w powieści nie ma – na pewno jest pod względem marketingowym lepsza.

d3osv40

Podziel się opinią

Share

d3osv40

d3osv40