Trwa ładowanie...
d1m8rve

Po co czytać książki w czasach Facebooka i Twittera? – z Justyną Sobolewską rozmawia Grzegorz Wysocki

Jestem czytelnikiem, który czyta i książki na papierze i korzysta z nośników. Wydaje mi się, że książce nic nie zagrozi. Tak, jak telewizja nie wyparła filmu, kina. Poza tym rodzi się coś takiego, jak w przypadku płyt analogowych – pewien snobizm na stary format, on się staje bardziej ekskluzywny. Wyczytałam gdzieś, że w Stanach projektuje się teraz mieszkania koniecznie z bibliotekami na książki. Niestety, coraz częściej mamy do czynienia z jeszcze inną sytuacją – posiadanie książek zastępuje ich czytanie. Nawet jeżeli mamy książki, to ich nie czytamy.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Po co czytać książki w czasach Facebooka i Twittera? – z Justyną Sobolewską rozmawia Grzegorz Wysocki
(Archiwum autorki)
d1m8rve

*Grzegorz Wysocki, WP.pl: Dopiero co opublikowałaś „Książkę o czytaniu, czyli resztę dopisz sam”. Jeden z rozdziałów poświęciłaś niezwykle istotnemu, może najważniejszemu, zdaniu każdej książki, czyli zdaniu pierwszemu. Naszą rozmowę chciałbym więc również rozpocząć od zacytowania pierwszego zdania Twojej książki, które brzmi: „Wszyscy jesteśmy czytelnikami”. Czy aby na pewno? Miałaś na myśli osoby, które sięgną po Twoją książkę czy naprawdę uważasz, że wszyscy, co do jednego, jesteśmy lepszymi lub gorszymi, ale czytelnikami? *

Justyna Sobolewska: Nie myślałam konkretnie o czytelnikach mojej książki, ale o ogóle ludzi czytających. Wiadomo, że czytelnictwo spada, ale my ciągle żyjemy, ciągle jesteśmy, nie możemy żyć bez literatury i wciąż jest nas bardzo dużo! Owszem, czytelnictwo się zmienia – przechodzimy na inne nośniki, niektórzy czytają w telefonie (a tego się nie da zbadać), na tabletach, w internecie. Czytelnictwo odpływa gdzie indziej, ale jednak jest.

Co nie zmienia faktu, że ponad połowa Polaków w ogóle nie czyta i nie potrafi przebrnąć jednorazowo przez tekst dłuższy niż trzy strony. Dlaczego tak jest? Czy wyniki badań czytelnictwa nie mówią nam prawdy na temat zaczytanego polskiego społeczeństwa?

d1m8rve

Czytanie ma coraz mocniejszą konkurencję, są gry, Internet , telewizja, seriale ściągane z sieci. Te wszystkie przyjemności pochłaniają czas. Można przejść przez szkołę i nie czytać w ogóle, tylko korzystać z bryków w Internecie. Czytanie jest nawykiem - jeżeli go nie wyrobimy w dzieciach to będą miały trudność ze zrozumieniem strony tekstu. Co roku badania czytelnictwa jeżą nam włosy na głowie. Ale nie jestem aż taką pesymistką. W metrze czy w tramwaju widzę ludzi z książkami i Kindlami. Ostatnio napisał do mnie młody człowiek, że dzięki Kindle powrócił do czytania, bo może to robić w tłoku w autobusie. Od początku roku przeczytał 11 książek, a wcześniej nie czytał nawet jednej przez cały rok.

Ale co dalej z ogółem nieczytającego społeczeństwa? Czy w końcu dojdzie do tego, że wszyscy będziemy musieli się dostosować i pisać tak, by broń Boże nie przekroczyć objętości trzech stron?

No tak, w końcu zostanie nam Twitter i twitteratura. Jedno zdanie, dwa zdania. Tak naprawdę nie wiemy, co będzie dalej. Mam wrażenie, że książka przetrwa, ale wszyscy mamy to poczucie, że jest coraz trudniej czytać – taki napór atrakcji walczy o naszą uwagę, że książka przegrywa. A już książka długa? No, to już w ogóle, nie wiadomo kiedy mielibyśmy ją przeczytać, przecież nie mamy nawet wakacji…

Czy książka ma dzisiaj w ogóle szansę na wygraną w rywalizacji z innymi atrakcjami? Czy te szanse są z roku na rok, z miesiąca na miesiąc, coraz mniejsze?

d1m8rve

Książka jest wynalazkiem genialnym. Umberto Eco pisał w „Nie mów, że książki znikną”, że tak naprawdę znając łacinę, możemy odczytać książki pisane 500 lat temu. Nic się zmieniło. Nośnik, czyli książka, jest ten sam i nadal działa. Tymczasem z nowymi nośnikami jest tak, że one są chwilowe, musimy wymieniać je na nowsze modele. Dla mnie symptomatyczne było to, co wydarzyło się z powieściami Orwella – na chwilę z Kindli i czytników zniknął „Folwark zwierzęcy” oraz „Rok 1984”, dlatego, że był kłopot z prawami autorskimi. I ten przykład pokazuje, że tak naprawdę ktoś może coś przekręcić i nagle wszystko znika z naszych czytników. A książka jest nasza, nikt jej nie zabierze, a w dodatku możemy ją przekazać dzieciom.

W „Książce o czytaniu” piszesz więcej na ten temat w rozdziale „Czarno na białym, czyli książka kontra czytnik”, ale, jeśli się nie mylę, nie rozstrzygasz tutaj jednoznacznie tego sporu pt. „co lepsze”?

Dlatego że korzystam z czytników. Jestem czytelnikiem, który czyta i książki na papierze i korzysta z nośników. Wydaje mi się, że książce nic nie zagrozi. Tak, jak telewizja nie wyparła filmu, kina. Poza tym rodzi się coś takiego, jak w przypadku płyt analogowych – pewien snobizm na stary format, on się staje bardziej ekskluzywny. Wyczytałam gdzieś, że w Stanach projektuje się teraz mieszkania koniecznie z bibliotekami na książki. Niestety, coraz częściej mamy do czynienia z jeszcze inną sytuacją – posiadanie książek zastępuje ich czytanie. Nawet jeżeli mamy książki, to ich nie czytamy.

To tak naprawdę trudno zbadać, prawda? Ile egzemplarzy z tych gigantycznych nakładów bestsellerowych tytułów – na przykład z ponad 40 sprzedanych milionów „50 twarzy Greya” E L James – zostało przeczytanych od deski do deski, a ile porzuconych po kilkunastu, kilkudziesięciu stronach?

d1m8rve

Bestsellery są często tak napisane, że nie można ich odłożyć, są jak hamburgery do szybkiego spożycia. Natomiast coraz częściej świadomość posiadania zastępuje czytanie – wystarczy postawić na półce, by nigdy do książki nie zajrzeć. Są tacy czytelnicy, którzy jak już zaczną czytać, muszą dotrzeć do końca, choćby to była męka. Inni porzucają po kilku stronach, jeśli im się nie podoba.

Skoro już o „dziele” E L James mowa, mam nadzieję, że tę akurat książkę czytelnicy porzucają jak najszybciej. Sama zresztą również o „50 twarzach Greya” w książce wspominasz, właśnie w rozdziale o czytnikach.

Tak, ponieważ nie widać okładki, można sobie w spokoju czytać powieść pornograficzną na placu zabaw z dziećmi. Moim zdaniem książka E L James ma niewiele wspólnego z literaturą. To jest po prostu zastępnik samego aktu seksualnego. Dlatego jest tak wciągająca i dlatego ma tak wielu odbiorców. Wszystko tam jest kompletnie nieprawdopodobne, ale jednocześnie bohaterka ma wiele przyjemności z seksu i chyba o to chodzi czytelniczkom: miło czytać o seksie , który sprawia satysfakcję. Nawet jeżeli jest grafomańsko opisywany.

Twoja „Książka o czytaniu” ucieszyła mnie przede wszystkim dlatego, że nie ma chyba rasowego czytelnika, którego nie ucieszyłaby jeszcze jedna książka o książkach, książka o czytaniu, pisaniu, o literaturze pokazanej od kuchni. Ale czy taka książka dzisiaj ma jeszcze sens? Czy mamy dzisiaj w ogóle czytelników? Przecież, skoro Polacy nie czytają książek, to tym bardziej nie czytają książek o czytaniu!

d1m8rve

To nie jest książka tylko o czytaniu, raczej o czytelniku, który jeszcze istnieje. Ta książka jest po to, by każdy czytelnik pomyślał sobie o swoich lekturach. Książki układają się w naszą autobiografię. Dla mnie, jako osoby czytającej, zawsze było to przyjemne. Zauważyłam też, że czytelnicy bardzo lubią o tym mówić. O tym, jak ustawiają książki na półce, co czytają na wakacjach, a co w ubikacji… Książka i czytelnik łączą się, jesteśmy w książkach , które przeczytaliśmy.

Tak naprawdę każdy rasowy czytelnik mógłby napisać swoją „historię czytania”, prawda?

Jak najbardziej. Właśnie dlatego moja książka ma podtytuł „resztę dopisz sam”, bo ma być ona zachętą. Zostawiłam specjalne miejsca na notatki, do kreślenia, żeby każdy mógł zrobić dopiski, żeby mógł sprawić sobie przyjemność, czytelniczą przyjemność.

Nieprzypadkowo w poprzednim pytaniu wspomniałem o „historii czytania”. Nawiązuję tutaj do słynnej „Mojej historii czytania” Alberta Manguela, które to dzieło, wraz z „Ex Libris. Eseje o czytaniu” Ann Fadiman, możemy uznać za pozycje patronackie Twojej książki.

d1m8rve

„Moja historia czytania” Manguela była najbardziej zniszczoną książką z biblioteki, jaką ostatnio wypożyczyłam. To wspaniała i bogata opowieść o historii i sposobach czytania. Fadiman z kolei postanowiła ożywić gatunek eseju intymnego. Jej „Ex Libris” jest zbiorem osobistych tekstów o czytaniu i o książkach. Pokazuje, że czytanie nie jest tylko czynnością intymną, ale może łączyć – kiedy przekazujemy komuś książki czy gdy czytamy komuś na głos.

Twoja książka jest jakby polskim dopełnieniem, odpowiednikiem tych lektur.

Chciałam zrobić swoją antologię ulubionych cytatów o czytaniu. Wielu czytelników tak jak ja w literaturze wynajduje zdania, które za nim chodzą, dotyczące książek i czytania. Zebrałam je więc w tej książce, która nie ma tak naprawdę jednego autora, ale jest ich wielu. Często pytam pisarzy, bo pisarze opowiadają o czytaniu najpiękniej. Np. jedną z piękniejszych książek o czytaniu jest „Jeśli zimową nocą podróżny” Italo Calvino, która jest portretem rozmaitych czytelników i sposobów czytania.

Czy Twoja książka nie jest w jakimś sensie już z założenia snobistyczna? Czy Twoja książka nie jest napisana także po to, by hipsterzy mogli ją nosić dla lansu w swoich płóciennych torbach?

d1m8rve

(śmiech) Bardzo bym się cieszyła, jeżeli ktokolwiek w swojej płóciennej torbie będzie nosił tę książkę. Ma ona nietypowy format, trochę jak książka dla dzieci. Była taka książka Wandy Chotomskiej pt. „Dzień dobry”, która polegała na tym, że dziecko dopisywało sobie różne rzeczy i rozbudzało przyjemność myślenia o sobie, jako o czytelniku. Chciałabym, żeby podobnie działała moja książka na dorosłych czytelników.

Może czytanie staje się powoli przedsięwzięciem snobistycznym i ekscentrycznym, a w pewnych kręgach także modnym?

Snobizm jest dobry dla literatury. Kiedyś modne dziewczyny chodziły z książkami Cortazara czy „Ulissesem” pod pachą. Niedawno modny był Houellebecq. I dobrze. Problem jest jednak taki, że teraz życie książki jest coraz krótsze – co chwila mamy inną nowość. Coraz mniej, jak słyszę, dyskutuje się o książkach. Kiedyś, w pewnym kręgach, wstyd było nie czytać książki, o której wszyscy mówili, dziś częściej słyszy się: „nie czytałem tego”.

Czy pisanie książki o czytaniu i pisaniu jest przyjemne? Czy też straszliwie męczyłaś się komponując ten tom?

Zawsze się męczę przy pisaniu czegokolwiek. A tutaj nie, to była czysta przyjemność. Może dlatego, że oddawałam głos pisarzom. Wybierałam ulubione cytaty. Obcowanie z najlepszymi dziełami literatury nie może być przecież nieprzyjemne.

Czy są w Twojej książce rozdziały mniej i bardziej istotne?

Tak. Najbardziej istotne było dla mnie „czytanie z dzieckiem”. I rozdział o głośnym czytaniu. Ta książka miała być żartobliwa, bo zajmuję się czytaniem w toalecie albo dzianymi tytułami. Nie wiem oczywiście, czy to się udało. Ale są również rozdziały bardziej poważne. Tak jak samo czytanie nie jest tylko przyjemnością.

Jak się okazuje – wyczytałam to u Manguela - głośne czytanie było wcześniejsze niż intymna lektura. Było skandalem, ekscesem, jeszcze w średniowieczu. Głośne czytanie jest wyjściem z samotności. Czytanie kojarzy nam się z czynnością absolutnie samotną. Tymczasem, gdy czytamy głośno, to możemy się tym dzielić. To było dla mnie najważniejsze.

Wszyscy znamy kampanię społeczną „Cała Polska czyta dzieciom”, nie ulega wątpliwości, że odniosła ona wielki sukces. Ale może spróbujmy krótko odpowiedzieć na pytanie, dlaczego powinniśmy czytać dzieciom książki? Zapytam prowokacyjnie: Czy w tej chwili nie jest tak, że czytanie książek może skrzywdzić dzieci? Wiesz, może lepiej, żeby nie miały bogatej wyobraźni, romantycznych wyobrażeń i lirycznych refleksji? Zamiast czytać niech od razu nastawiają się na osiąganie sukcesów, wyścig szczurów i dyplom inżyniera! W przeciwnym razie skończą jako humaniści, czego rodzice mogą nie przeżyć…

Tak, na pewno brakuje w tej książce rozdziału o szkodliwości czytania. To muszę nadrobić, bo to jest poważna sprawa. Częściej jest tak, że czytając dzieciom zarażamy ich czytaniem, kształcimy czytelników. Chcemy, żeby dzieci doceniały to, co my doceniamy. Żeby dla nich było ważne to, co dla nas jest ważne. Trudno, może to nie jest droga do wielkich pieniędzy, ale na pewno w ten sposób kształtujemy ich wrażliwość.

Jednocześnie jest tak, że według wielu pisarzy dziecko jest najlepszym czytelnikiem. W tym sensie, że potrafi wejść w świat, uwierzyć. Dziecko jest czytelnikiem „donkichotowskim”, wierzy w słowo. Dlatego warto czytać. Jest jeszcze jedna rzecz. Ja czytałam po to, żeby spotkać się z moim synem. Świat rodzica i dziecka coraz rzadziej się spotykają.

Twój syn jest zresztą jednym z bohaterów książki.

Tak i miał o to do mnie pretensje: „Jak mogłaś mamo napisać, że się bawię Bionicle’ami LEGO, kiedy ja już z tego wyrosłem!!!”. Kiedy zaczynałam mu czytać, chodziło mi o to, żeby się z nim spotkać. Żeby mieć wspólny świat, bo o to jest coraz trudniej. Dzieci uciekają w gry elektroniczne i żyją w świecie wirtualnym. Dobrze się z nimi spotkać poprzez książki.

A myślisz, że przesadzony byłby sąd, że w Polsce mamy do czynienia z epidemią wtórnego analfabetyzmu, że Polacy są narodem wtórnych analfabetów? Coraz mniej osób czyta, jest niewielka grupa osób czytająca mnóstwo, robiąca statystyki za tysiące osób nie czytających nic, zupełnie. Czy mówienie o narodzie wtórnych analfabetów jest przesadą i nieuzasadnionym katastrofizmem? Skoro jest tyle innych atrakcji – po co jeszcze czytać książki?

Czytanie jest przyjemnością, której nic nie zastąpi. Ten, kto pozna czytanie, zobaczy, że to jest cały świat. Czytanie jako jedyna rzecz rozwija wyobraźnię. Wszystkie inne atrakcje: filmy, gry, nie pozostawiają przestrzeni na własne wyobrażenia, już dają nam obraz. Tylko książka powoduje, że musimy sobie wyobrazić. Ta funkcja mózgu, tyko przy książce może się rozwinąć. Jest też tak, że coroczne biadanie, statystyki, wyniki czytelnictwa mają inną stronę. Niektórzy w życiu przeczytali jedną książkę – i też dobrze! Mają swoją książkę, która jest ważna i traktują ją jak opowieść o sobie. Pewien pijak z Małkini w pociągu zaczął opowiadać, że „Mistrz i Małgorzata” to jest książka o nim, o dobrym diable. Miał swoją opowieść , w której się przeglądał. Ilość nie jest taka istotna.

Wczoraj rozmawiałem z Wojciechem Jagielskim i on powiedział mniej więcej coś takiego, że utopijny świat, w którym każdy czytałby reportaże i pogłębione analizy, to byłby zły świat. Doszłoby do katastrofy. Czy tak samo jest z czytaniem? Czy, gdyby statystyki były takie, że 100 proc. narodu czyta książki, to rzeczywiście doszłoby do katastrofy?

Nie. Może byłby to naród ludzi oderwanych od rzeczywistości, bo czytanie odrywa. Literatura jest dobrym źródłem wiedzy o życiu, ale dobrze jest też żyć. Trudno mi sobie wyobrazić taki świat. U pana Kleksa – proszę sobie wyobrazić - oni jadą na wyspę, gdzie są tylko ludzie czytający. Może trudno byłoby się z nimi porozumieć, bo cały czas mieliby nosy w książkach? Może byłaby to wyspa samotników, marzycieli. Kto by tam gotował obiady? Bawił się z dziećmi? Szył ubrania? Chodził na randki? Czasem trzeba odłożyć książkę i rozejrzeć dookoła.

Może odwróćmy to pytanie – czy potrafisz sobie wyobrazić świat, w którym książki przestają istnieć?

Mamy już takie obrazy, np. książka i film „Fahrenheit 451”. Książki są wielkim fetyszem. Bano się ich, płonęły na stosach (same książki lub ich autorzy), cenzurowano je. W systemach totalitarnych książki były przecież rozsadnikiem buntu. Przemycane pod ubraniem, nielegalnie drukowane itp. Bo to właśnie książki chronią nas przed manipulacją.

Wracając do przykładu z Orwellem i czytnikami, o którym mówiłaś. Przecież teoretycznie możemy sobie wyobrazić taką sytuację, że dostajemy na czytniku całkowicie inną książkę niż myślimy, że dostajemy. Myślimy, że to „Jądro ciemności”, a w środku jest zupełnie coś innego, na przykład „Pięćdziesiąt twarzy Greya” E L James. I teraz jakiś mniej doświadczony czytelnik to czyta i sobie myśli: „Boże, ale ten Conrad bzdury pisał! Przecież to jest jakieś romansidło sado-maso!”.

Treść, którą dostajemy na czytniku jest niejako wypożyczona, można ją zmieniać i cenzurować wręcz niezauważalnie.

W jaki sposób możemy – jeśli w ogóle możemy? - zachęcić do czytania książek osoby, które całymi dniami przesiadują na Facebooku, które oglądają filmy, słuchają muzyki, grają w gry, no, po prostu wszystko odciąga ich od czytania? Wszystko jest ich zdaniem lepsze i fajniejsze od czytania. Czy możemy ich jakoś zachęcić – bo nie chcę powiedzieć „zmusić” - do czytania? Czy to ma w ogóle sens?

Moja książka może działać w inny sposób. Przypominam przyjemność, którą znają także ci, którzy teraz siedzą cały czas w grach. Jestem pewna, że kiedyś tam, w dzieciństwie, jakaś książka, w chorobie przeczytana, była dla nich czymś niesamowitym. Może przypomną sobie tę przyjemność? Piszę o tym, że czasem nie pamiętamy treści, ale pamiętamy różne wrażenia zmysłowe, okoliczności w jakich czytaliśmy. Nie sądzę, żebym przyciągnęła kogoś, kto w ogóle nie chce czytać. Nie wiem, czy można tak zrobić. Mówię do tych, którzy już zostali kiedyś zarażeni wirusem czytania, ale może dzisiaj nie mają czasu czytać?

Wierzysz w skuteczność akcji promujących czytelnictwo?

Wydaje mi się, że „cała Polska czyta dzieciom” to bardzo ważna akcja. W szpitalu, w którym był mój syn, obserwowałam dziecko, któremu nagle ktoś zaczął czytać. Było oszołomione. Znudziły go gry, siedział, nie miał nic do roboty. I nagle ktoś czyta i on cały zamienił się w słuch. Zobaczyłam, jaka to jest moc. I dobrze, że weszło do języka hasło „20 minut dziennie codziennie”. Świetne hasło.

W takich chwilach widzimy, że w czasach Facebooka i wszędobylskiego kultu celebrytów, czytanie jednak wciąż ma siłę?

Tak. Zawsze. Dzieci lubią, gdy pani w przedszkolu czyta. W podstawówce też chętnie słuchają. Mój syn, kiedy miał do wyboru oglądać i żebym mu głośno czytała – wybierał czytanie. Kazał opiekunce czytać na głos przy jedzeniu.

Skoro dwie najważniejsze rzeczy – i zarazem dwa najważniejsze rozdziały Twojej książki – to czytanie na głos i czytanie dzieciom, może powinniśmy wpłynąć jakoś na politykę rządu, by w przyszłości coś się w kwestii czytelnictwa zmieniło? Czy nie potrzebujemy czytelniczej, lekturowej pracy u podstaw?

Tak. Ale dużo się dzieje. Mam takie wrażanie, patrząc na nauczycieli w szkole podstawowej. Oni wiedzą, że czytanie jest ważne. Oczywiście, jeżeli są mądrzy.

Tutaj powinno być wsparcie. Kultura wymaga wsparcia państwa, samorządów, wsparcia bibliotek. Podstawowym źródłem czytelnictwa nie jest księgarnia, ale biblioteki. Książki są bardzo drogie. Mało kogo dziś na nie stać. Dlatego tak ważna jest specjalna pomoc dla bibliotek. Jest jeszcze jeden problem. Wszyscy piszą, książek wychodzi coraz więcej. Bardzo łatwo jest dzisiaj wydać książkę. A kto będzie czytał te wszystkie książki? Już otacza nas taki zalew książek i e-booków, że trudno się w nim rozeznać. Czytelnicy o nich nie wiedzą.

Za chwilę się okaże, że potrzebni będą krytycy, recenzenci, bo w tym zalewie mnogości tytułów, będzie potrzebny ktoś, kto będzie oddzielał wszystkie plewy od ziaren? Może za chwilę będzie taki zwrot krytyczno-literacki? Ludzie będą potrzebowali przewodników.

Wydaje mi się, że ludzie potrzebują, tylko media nie bardzo to rozumieją. Media kiepsko, po macoszemu, traktują kulturę i dają coraz mniej miejsca na recenzje. I chcą, żeby tyło tylko „tak czy nie”, „dobre czy złe”. Recenzje czasem trudno oddzielić od reklamy, czasem reklamy podszywają się pod recenzje.

Może powinien być wprowadzony odgórny nakaz, taki, jak mamy na paczkach papierosów, że np. 30 proc. powierzchni paczki musi zajmować ostrzeżenie o szkodliwości. To może powinien istnieć też taki odgórny nakaz, że 30 proc. gazety, programu informacyjnego powinno być o kulturze?

(śmiech) Może dojdziemy do takich czasów. Tabloidyzacja mediów powoduje potrzebę jakieś strawy intelektualnej. Uniwersytety wypuszczają co roku mnóstwo ludzi inteligentnych, którzy czytają teksty zagraniczne, ale u nas też chcieliby czytać poważne teksty o poważnej literaturze. Poważne analizy sztuki. Myślę, że w nich nadzieja. Oni będą odbiorcami i twórcami nowych mediów o kulturze.

Czy umiałabyś sobie wyobrazić, co będzie z czytelnictwem, z książkami, z literaturą w – powiedzmy – 2100 roku? Czy wolisz sobie tego nie wyobrażać?

Trudno sobie mi to wyobrazić, ale myślę, że książka przetrwa. Nie wiadomo, co będzie z dziennikarstwem, z mediami, ale literatura będzie. Zmieniają się gatunki, wiadomo, że powieść zastąpiła coś innego. Nagle zaczęła królować. Wcześniej poezja była czymś bardzo popularnym. Ten gatunek dzisiaj uważany za coś elitarnego, a kiedyś był powszechny. Oczywiście od kilkuset lat wiadomo, że wszystko zmierza w złą stronę, świat schodzi na psy. (śmiech) Każde pokolenie odkrywa tę prawdę, każde narzeka na młodzież, która nie czyta, głupieje itp. Ale skoro to jest tak powtarzalne, to jakoś to przeżyjemy i ludzkość jeszcze nie zamieni się w półgłówków. Z drugiej strony, nas, czytających, jest dużo. Niedawno na spotkaniu z Pamukiem było ponad tysiąc ludzi. Tylu chciało posłuchać pisarza z Turcji.

Na zakończeniu zapytam cię o Twoje ostanie lektury. O rzeczy, które ostatnio przeczytałaś, które ci się spodobały i które polecasz czytelnikom. I odwrotnie, czego nie polecasz i czytania czego wręcz zakazujesz?

Na kiepskie książki szkoda czasu. Niedawno wyszedł pierwszy tom „Dziennika” Susan Sontag, który jest warty przeczytania. Podobała mi się eseistyczna książka Pamuka „Pisarz naiwny i sentymentalny”, która jest peanem na cześć fikcji, na cześć powieści. On jest wytrawnym czytelnikiem Tołstoja. Fantastycznie opowiada o samej powieści. Zresztą uważa, że powieść nie zginie. Te dwie książki na pewno polecam. Polecam nową Masłowską. Czytałam ją bez oczekiwań i mi się spodobała. U niej widać przyjemność tworzenia świata powieści i przyjemność bycia w tym świecie. Czytelnik może to odczuć. Ale tylko wtedy, kiedy porzuci oczekiwania, że to ma być znowu rewolucja.

Co jest jeszcze warte przeczytania? Listy Aliny Szapocznikow i Ryszarda Stanisławskiego. Bardzo piękna książka. Portret miłosny, zbiór listów miłosnych. W kontrapunkcie do korespondencji Tyrmanda i żony w książce „Tyrmandowie. Romans amerykański” Agaty Tuszyńskiej, bo głównie dostajemy portret żony. Brakuje Tyrmanda.

A z reportażu?

Wspaniała „Stacja Muranów” Beaty Chomątowskiej. Czekałam na taką książkę. Muranów jest fenomenem. To dzielnica zbudowana na gruzach getta. Zawsze zostają jacyś świadkowie poprzedniego świata, który został zburzony, a tu nie ma. Wszyscy ludzie są pod spodem, albo wyjechali, albo zginęli. To jest nowa dzielnica, która jednocześnie mogła być spełnieniem marzeń, zrealizowaną utopią architektoniczną. A jednocześnie ci, którzy tam przyjeżdżają mają dziwne poczucie nałożenia dwóch światów: nieistniejącego i istniejącego. Książka Chomątowskiej jednocześnie opowiada o architekturze, o planach, o świecie przedwojennym, powojennym.

Co mnie rozczarowało? Np. nowa powieść Sławomira Shutego, „Jaszczur”. Miała być rozprawą ze środowiskiem literackim, ale to się nie udało, to raczej portret sfrustrowanego pisarza, który bez umiaru zadręcza swoimi frustracjami czytelnika. Rozczarowująca jest nowa książka Kuczoka „Poza światłem”. Ni to dziennik, ni to zbiór refleksji, miejscami dość pretensjonalnych. To nie był wystarczający materiał na książkę.

Rozmawiał: Grzegorz Wysocki, WP.pl.

d1m8rve

Podziel się opinią

Share
d1m8rve
d1m8rve