Od Indochin po Pakistan - polscy najemnicy na frontach świata. Wywiad z Krzysztofem Wójcikiem, autorem książki "Psy wojen"

- To już nie te czasy, kiedy kontraktor zarabiał 20-30 tys. dol. miesięcznie za siedzenie na bramie w Iraku czy Afganistanie. Na statki pływające u wybrzeży Afryki nie było od lat żadnego dużego ataku, a ze spadkiem poziomu zagrożenia spadają zarobki. Dzisiaj Ukrainiec czy Hindus godzi się na wyjazd za kilkaset dol. miesięcznie – mówił Krzysztof Wójcik, autor książki "Psy wojen" (w sprzedaży od 12 września). To pierwsza tego typu polska publikacja, która bazując na rozmowach z byłymi komandosami, żołnierzami przedstawia obraz współczesnych najemników- kontraktorów. Ludzi szukających swojego miejsca w Legii Cudzoziemskiej, prywatnych firmach wojskowych, u boku milionerów czy polityków pokroju Jarosława Kaczyńskiego.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Polski kontraktor "Biały" z ochotnikami z Frontier Constabulary (Pakistan)
Polski kontraktor "Biały" z ochotnikami z Frontier Constabulary (Pakistan) (fot. ze zbiorów "Białego")

Jakub Zagalski: Swoją książkę dedykujesz tacie, ale podejrzewam, że główną inspiracją do jej napisania był twój dziadek. Członek Legii Cudzoziemskiej z bardzo burzliwą przeszłością, który opowiadał ci o wojnie w Indochinach.

Krzysztof Wójcik: "Psy wojen" są trochę wynikiem przypadku, efektem burzy mózgów w rozmowach z wydawcą, bo początkowo miałem pisać zupełnie inną książkę, skoncentrowaną na służbach wojskowych. Ale kiedy opowiedziałem o swoim dziadku, redaktorka podchwyciła ten temat, bo takiej książki wcześniej w Polsce nie było. Historia mojego dziadka była inspiracją i silnym punktem zaczepienia. Później przez kilka miesięcy docierałem i rozmawiałem z ludźmi po Legii Cudzoziemskiej czy pracujących w prywatnych firmach i wyjeżdżający na misje do Afganistatu, Pakistanu, Iraku jako kontraktorzy. Bo właśnie tak powinno się mówić na współczesnych najemników.

Twój dziadek to chyba jedyny bohater występujący w książce, który w przeciwieństwie do byłych GROM-owców czy komandosów po FORMOZ-ie nie stał się najemnikiem z powodów finansowych, nie był żądny przygód i de facto walczył w Legii Cudzoziemskiej o przetrwanie. W latach 50. XX w., uciekając przed nową władzą ludową, wpadł z deszczu pod rynnę. Od tamtego czasu obraz polskiego kontraktora zmienił się diametralnie.

Historyczną obecność Polaków w zagranicznych formacjach czy firmach kontraktorskich, PMC (Private Military Company – Prywatna Firma Wojskowa) podzieliłbym na trzy okresy. Pierwszy to tuż po drugiej wojnie światowej, kiedy żołnierze AK, Narodowych Sił Zbrojnych byli ścigani przez komunistów. Czy osoby, które - jak mój dziadek - uciekały przed bezpieką. Drugi etap to będzie po roku 1990, kiedy w pewnym stopniu następuje otwarcie granic – zniesienie wiz spowodowało masowy napływ Polaków do Legii Cudzoziemskiej. Trzeci etap jest związany z obecnością polskiego kontyngentu w Iraku, kiedy nasi specjalsi zaczęli poznawać amerykańskich kontraktorów. Zobaczyli, że można zarabiać gigantyczne pieniądze – to były sumy rzędu 30 tys. dol miesięcznie, więc rzucali robotę w polskim wojsku i zatrudniali się w PMC.

Na zdjęciu: polski kontraktor "Biały" w otoczeniu ochotników z Frontier Constabulary (Pakistan)

fot. ze zbiorów "Białego"
Podziel się

Czy praca dla Amerykanów zastąpiła w pewnym stopniu zainteresowanie Legią Cudzoziemską? Czy Polacy idą jeszcze do francuskiej formacji?

Tak, bo Legia i PMC to dwa różne typy. Dokładne dane o liczbie polskich kontraktorów nie są znane, jednak na pewno część z nich wybiera La Légion étrangère, która zapewnia w miarę przyzwoite zarobki i standard życia. Legia jest zupełnie inna niż te firmy PMC. To jest struktura stricte wojskowa o bardzo dobrym wyposażeniu sprzętowym. 2. Regiment stacjonujący na Korsyce jest rzucany w najbardziej zapalne punkty na świecie jako to pierwsze uderzenie. Tam są świetnie wyszkoleni żołnierze w pełnej gotowości bojowej. Z kolei w PMC, o czym świadczą przykłady Polaków, którzy zginęli na kontraktach, może się tak naprawdę znaleźć każdy.

Chłopaki z FORMOZ-y czy GROM-u opowiadali mi, że często stosowanym scenariuszem jest umówienie się w 3-4 osoby, że odchodzimy z jednostki i wspólnie wyjeżdżamy na kontrakt PMC. Bo tylko dzięki temu masz pewność, że nie trafi ci się na misji strażak, kierowca czy ochroniarz, który nie ma pojęcia o zachowaniu w warunkach bojowych. Dzisiaj nie jest już tak jak kiedyś, że na kontrakty jeżdżą wyłącznie byli specjalsi. Obecnie wiele tych osób to są ludzie przypadkowi. W branży zaczynają dominować Ukraińcy czy Hindusi, którzy są dla PMC atrakcyjni ze względu na przyjmowane przez nich stawki. 20-30 tys.dol. miesięcznie to już przeszłość. Jeden z żołnierzy opowiadał mi ostatnio, że dostał propozycję ochrony lotniska w Afganistanie za 2,5 tys. dol. Dla człowieka z doświadczeniem, byłego komandosa, to jest nic. Ochraniając statek pływający u wybrzeży Afryki można dziś zarobić 600 dol. miesięcznie, bo ryzyko ataku ze strony piratów jest od lat minimalne. Dla Ukraińca, który wyszedł z wojska, te kilkaset dolarów to góra pieniędzy.

Na zdjęciu: "Biały" i Mahzar w obozie na północy Pakistanu

fot. ze zbiorów "Białego"
Podziel się

Czy rzeczywiście kontraktorami mogą się stać przypadkowi ludzie? Bez wyszkolenia, doświadczenia, brani tylko dlatego, że godzą się na niskie stawki?

Z PMC jest jak z wojskiem – i tu, i tu potrzebni są ludzi różnych specjalności. Informatycy, ludzie od łączności, kierowcy, ale też gość, który zabije kogoś nożem. Moi rozmówcy często zwracali uwagę na to, że poziom reprezentowany przez ludzi pracujących dla PMC drastycznie spadł. W 2001, 2002 r. Polacy po raz pierwszy zetknęli się z Amerykanami na kontraktach i wtedy to faktycznie byli ex-specjalsi, komandosi, którzy zarabiali o wiele więcej niż regularny żołnierz. 15 lat później sprawa wynagrodzeń i doświadczenia kontraktorów wygląda zupełnie inaczej. Można zapomnieć o 20 tys. dol. miesięcznie i ubezpieczeniach rzędu 1 mln dol. dla rodziny, które kiedyś kontraktor mógł wynegocjować na wypadek swojej śmierci.

Czy PMC to domena Amerykanów, czy istnieją polskie firmy tego typu?

W Polsce mamy co najwyżej firmy pośredniczące, które pomagają w uzyskaniu kontraktu za granicą. I niestety zdarzają się też naciągacze. Jeden z bohaterów mojej książki opowiadał, że znajomy wyjechał na obowiązkowe szkolenie przed kontraktem, za które zapłacił 10 tys. zł. Trafił do Poznania, gdzie postrzelał sobie przez dwa dni i na tym koniec, żadnego kontraktu nie było. Generalnie jak w każdym biznesie, trzeba uważać, by nie dać się oszukać, bo nawet w takiej branży cwaniaków nie brakuje.

Ministerstwo Obrony Narodowej nie ma funduszy, by zatrudniać kontraktorów i wysyłać ich do Afganistanu. U nas nie ma takiego rynku, dlatego PMC to głównie firmy amerykańskie, angielskie, francuskie, niemieckie.

Cały czas mówimy o firmach prywatnych, ale jak w praktyce wygląda ta prywatność? Nie są one w żadnym stopniu powiązane czy zależne od administracji rządowej?

Flagowy przykład amerykańskiej PMC, która pojawia się w mojej ksiąźce, czyli firma Academi (dawniej Blackwater, Xe Services), bez wsparcia rządowego, Departamentu Stanu i tamtejszego ministerstwa obrony nie miałaby racji bytu. Trzeba zauważyć, że wojna ulega prywatyzacji. Władzy państwa, które prowadzi wojnę, o wiele bardziej opłaca się wysłać 100 kontraktorów zamiast 100 żołnierzy. Między innymi dlatego, że kiedy zginie 10 kontraktorów, to nikt się nie przejmie. To byli najemnicy - nie ma problemu. Ale kiedy zginie 10 żołnierzy, taka wiadomość pojawia się wszędzie.

Na zdjęciu: stanowisko obserwacyjne na wieżyczce w obozie pod Pind Sultani (Pakistan)

fot. ze zbiorów "Białego"
Podziel się

Mówisz o kwestii wizerunkowej, bo faktycznie każda śmierć żołnierza z dala od domu jest wodą na młyn przeciwników rządu. Ale czy finansowo też bardziej opłaca się zatrudnić najemnika?

Zdecydowanie. Pokazuje to przykład dwóch GROM-owców, którzy zginęli na prywatnym kontrakcie w Iraku. Pracując dla PMC byli zmuszeni poruszać się w strefie zagrożenia nieopancerzonymi SUV-ami, zwykłymi suburbanami. Będąc w wojsku, jeździliby Rosomakami czy HMMWV i mieliby znacznie większą szansę na przeżycie w starciu z napastnikami, wyposażonymi w rakiety RPG. Dla prywatnych firm zakup Chevroleta Suburbana jest ogromną oszczędnością, a tym samym koszt zorganizowania typowej misji ochroniarskiej, bo właśnie do tego wykorzystuje się głównie kontraktorów, jest znacznie niższy w porównaniu z zaangażowaniem wojska.

Wydaje mi się, że dla rządu podpisującego umowę z PMC pieniądze są na pierwszym miejscu. Jest jeszcze aspekt polityczny, bo za śmierć kontraktora władza nie ponosi żadnej odpowiedzialności.

Wyjazdy na kontrakty zagraniczne to jedno oblicze współczesnych najemników. Ale jak opisujesz w książce, kontraktorzy pełnią także funkcję prywatnych ochroniarzy milionerów, polityków. We wstępie pojawia się nawet osoba Jarosława Kaczyńskiego, który zatrudnia takich ludzi.

Tak, GROM Group. Generalnie w Polsce cały czas istnieje problem z zagospodarowaniem ludzi po służbie, żołnierzy, funkcjonariuszy.

wyd. Rebis
Podziel się

I niektórzy z nich kończą w Polsce jako, powiedzmy, pierwszoligowi ochroniarze?

Dokładnie tak. Krauze w latach świetności miał swoją prywatną armię. To było bodajże od 100 do 150 osób wywodzących się ze służb: GROM, FORMOZA, ALFA, byli esbecy, UOP itd. Generał Petelicki zaciągnął do Krauzego masę GROM-owców i wtedy chłopaki zarabiali bardzo przyzwoite pieniądze (od kilkunastu do 20 tys. zł miesięcznie) praktycznie bez narażania życia. To samo o Kulczyka.

U Kaczyńskiego to wygląda w ten sposób, że funkcjonując w Warszawie, lata za nim grupa około 10 osób. Kiedy jeździ po Polsce, ta liczba zwiększa się do 20 kontraktorów związanych z GROM-em. To jest dużo.

I mówimy o osobach, które funkcjonują niezależnie od Biura Ochrony Rządu?

Tak, oni są całkowicie niezależni od BOR-u. Zatrudnieni i opłacani z naszych podatków.

Obejrzyj: Taki musi być snajper wojskowy. Wywiad ze snajperem GROM

Bohaterowie twojej książki to w większości byli komandosi, członkowie jednostek specjalnych. Co to właściwie oznacza "były komandos"? Człowiek na wojskowej emeryturze, niezdolny do dalszej służby po odniesieniu ran, czy ktoś, kto został wyrzucony z jednostki?

Domyślnie komandos to gość, który może przejść na emeryturę po 15 latach służby. Przy założeniu, że do wojska idzie w wieku 20 lat, to mając 35 jest już emerytem. To jest młody chłop, w sile wieku, po świetnym przeszkoleniu – idealny narybek dla PMC.

W Stanach Zjednoczonych cała sytuacja wygląda zupełnie inaczej, bo tam byli komandosi są zagospodarowywani przez Departament Obrony. Taki człowiek może być wysłany do pracy jako instruktor w SWAT, może podpisać kontrakt z PMC, ale cały czas jest niejako w służbie i może być wezwany, jeśli zaistnieje taka potrzeba. Pamiętajmy, że wyszkolenie takiego żołnierza to są gigantyczne pieniądze i Amerykanie dbają, by te pieniądze się nie zmarnowały.

W Polsce mamy problem z zagospodarowaniem byłych żołnierzy, bo de facto po przejściu na wczesną emeryturę nie wiadomo, co z takimi ludźmi robić. I zdarza się, że niektórzy popadają później w konflikt z prawem. Tak jak w historiach o Jamesie Bondzie – komandos ma licencję na zabijanie, bo jest wyszkolonym przez państwo zawodowym zabójcą.

Postrzegasz to jako wadę systemu w Polsce? Nie ma żadnych pomysłów na wprowadzenie zmian, które niejako usystematyzują pozycję emerytowanych żołnierzy, funkcjonariuszy?

Nie ma. Macierewicz rozwalił służby i wojsko. Rozmawiałem z wieloma żołnierzami, nie wszyscy pojawili się w książce, i oni w większości są przerażeni tym, co się dzieje w polskim wojsku, jakie jest podejście do służb. Opisując historię kontraktorów w kontekście śmierci Piotra Stańczaka [geolog porwany i zamordowany przez Talibów w Pakistanie w 2009 r. - dop. JZ] pojawił się wątek mówiący o tym, że przez likwidację WSI przez Macierewicza w Pakistanie nie było z kim rozmawiać. Talibowie przedstawili swoje żądania, ale na miejscu nie było żadnych agentów, którzy mogliby przeprowadzić jakiekolwiek działania, prowadzące do uwolnienia polskiego geologa.

Na zdjęciu: Pomnik w miejscu porwania Piotra Stańczaka

fot. ze zbiorów "Białego"
Podziel się

Jak w praktyce wygląda nabór do PMC? Liczą się głównie znajomości zdobyte w służbach czy jest jakaś inna droga na rozwój takiej kariery?

W dużym stopniu opiera się to na poczcie pantoflowej. Wszystko zaczęło się w momencie, gdy polscy żołnierze w Iraku czy Afganistanie stykali się z amerykańskimi kontraktorami z Blackwater i innych tego typu firm. Amerykańskie bazy wojskowe są tam od lat ochraniane przez kontraktorów i to już jest standard. Zdarzało się, że członek Navy SEAL jechał jako regularny żołnierz do Afganistanu, siedział przez dwa miesiące w bazie, później miesiąc urlopu i wracał w to samo miejsce jako kontraktor. I pracował jako ochroniarz na bramie za zdecydowanie większe pieniądze.

Ale chyba w lepszych warunkach i z lepszym sprzętem niż Polacy, którzy zginęli w nieopancerzonych suburbanach?

Różnie z tym bywa. Pamiętajmy, że wojna kosztuje i każda z prywatnych firm ochroniarskich będzie prędzej czy później oszczędzać. A koszty tnie się na ludziach i sprzęcie.

Wracając do tych Polaków, którzy zobaczyli dzięki Amerykanom, czym jest PMC. Polski żołnierz wyjeżdżając na misję zarabiał te kilka tysięcy złotych miesięcznie i widział, że komandos u "prywaciarza" za siedzenie na bramie dostaje, w przeliczeniu, kilkadziesiąt do nawet stu tysięcy złotych. Wielu poszło więc w tym kierunku.

Druga sprawa to znajomości ze służb. W Polsce emerytowani specjalsi czy policjanci bardzo często musieli sobie dorabiać w ochronie, stojąc na bramce w klubie czy biorąc fuchy. Jak opisywana w książce historia ochrony księcia indyjskiego. Idąc do takiej roboty jeden gość skrzykiwał 4-5 osób, które znał i którym ufał, i tak sobie radzili. Nie ważne, że jeden był z GROM-u, drugi z ALFY, trzeci z FORMOZY, a czwarty z policji. W tej branży nie ma więc jakichś specjalnych ogłoszeń czy naborów. Ci ludzie po prostu się znają, pomagają sobie nawzajem, organizują wspólne wyjazdy.

Na zdjęciu: "Szilu" jako team leader na ochranianej jednostce ze swoimi podwładnymi

fot. ze zbiorów "Szilu"
Podziel się

W "Psach wojen" opisujesz również historie byłych kontraktorów czy członków Legii Cudzoziemskiej, którzy popadają w konflikt z prawem.

Najbardziej jaskrawym przykładem jest wątek Radosława Perlaka [skazany na dożywocie były Legionista, który na przepustce w Polsce zastrzelił chłopca i ranił trzy inne osoby, w tym dwóch policjantów – dop. JZ]. Nigdy tak naprawdę nie zostały przeprowadzone badania z udziałem ludzi z pierwszej linii frontu. Takich, którzy widzieli mordowanie cywilów i śmierć wojskowych. Nie wiadomo, co się później dzieje w ich głowach i czy będą potrafili przystosować się do życia w normalnych warunkach. Kiedy czytałem zeznania Perlaka, to uderzał opis zdarzeń, z których wyłaniał się obraz wojny. Był las, gorąco, tylko zamiast Afryki była Polska. Strzelając w lesie do chłopców, których wcześniej spytał po prostu o drogę, czuł się jak na wojnie.

Druga sprawa, to kiedy kontraktor wraca do kraju, diametralnie zmieniają mu się zarobki. Tutaj może zostać wykidajłą czy cieciem i dorabiać do emerytury 1,5-2 tys. zł. To są śmieszne pieniądze w porównaniu do tego, co zarabiał wcześniej w PMC. W Polsce to jest problem, że na rynku nie może się odnaleźć człowiek, który swoje kwalifikacje i doświadczenie zdobywał na froncie w Afganistanie czy Iraku. Co z tego, że gość jeździł czołgami po pustyni, wyłapywał terrorystów, skoro w Polsce nie ma takich zagrożeń. Pomijając Kulczyka czy Krauzego, zwykły biznesmen czy ktokolwiek, kto nie zajmuje się jakimiś ciemnymi interesami, nie ma potrzeby zatrudniać byłych specjalsów. Talibów u nas nie ma, nikt do nikogo nie strzela na ulicy, a jeśli nie handlujesz narkotykami, to jest mała szansa, że ktoś ci podłoży bombę pod samochód.

Zdarzało się, że byli komandosi, sfrustrowani życiem na emeryturze, odnajdywali się w świecie przestępczości zorganizowanej?

Na pewno, choć nie możemy policzyć takich przypadków. Ministerstwo Sprawiedliwości nie prowadzi takich statystyk. Zdarza się jednak, że przy historii zatrzymań, aresztowań, podaje się, że gość był np. po Legii Cudzoziemskiej. Kontraktorzy PMC nie idą w tym kierunku, bo to są zwykle ułożeni ludzie. To są zwykli żołnierze, którzy odsłużą 15-20 lat i później jadą na kontrakt do Afganistanu czy Iraku. Wracają do kraju i coś tu robią. Te chłopaki, z którymi rozmawiałem do książki, prowadzą teraz normalne życie. Żeby GROM-owiec poszedł w gangsterkę – raczej nie było takich przypadków. Co innego ludzie po Legii Cudzoziemskiej. Tutaj znamy przypadki, że były legionista kogoś zamordował czy związał się ze światem przestępczym.

Czasem słyszy się, że jakiś morderca to były komandos. Wyszedł do cywila i kogoś zabił. Tak jak Marek Ruprecht, członek "klubu płatnych zabójców, o którym pisałem w książce "Mafia na Wybrzeżu". On był w Czerwonych beretach. Ale takiego gościa nie można porównywać do GROM-owca, który służył kilkanaście lat i przez ten czas jego osobowość była ciągle kształtowana. Poza tym po przejściu na emeryturę dostaje, powiedzmy, 4 tys. zł na rękę. To już jest pieniądz, za który da się utrzymać. Do tego może sobie dorobić, więc transfer z GROM-u do jakiegoś gangu jest mało prawdopodobny.

Wróćmy na koniec do wątku Legii Cudzoziemskiej. Popkulturowy wizerunek tej formacji zakłada, że do Legii często trafiają ludzie z "przeszłością", uciekający przed prawem czy jakimiś zobowiązaniami. W latach 50. twój dziadek służył z byłymi esesmanami, później Francuzi odrzucali poważnych przestępców i byli w tej kwestii bardziej restrykcyjni. A jak to wygląda dzisiaj? Czy Legia Cudzoziemska może być dla kogoś ratunkiem, jeżeli wcześniej miał problemy z prawem?

Teraz wszystko jest w bazie Interpolu i Europolu. Ludzi z poważnymi przestępstwami na koncie już nie przyjmują do Legii, to już nie te lata. Po wojnie, za komuny, kiedy jeszcze była "żelazna kurtyna", to była zupełnie inna sytuacja. W pierwszej wojnie w Indochinach [1946-1954 – dop. JZ] brali udział francuscy oficerowie, a mięso armatnie to byli ludzie praktycznie z całej Europy. Wtedy dla byłych żołnierzy Waffen-SS ukrycie się w Legii to było super wyjście. Niektórzy uciekali do Ameryki Południowej, ale zaciągnięcie się do Legii to też była częsta droga ucieczki. Zbrodniarze podpisywali pięcioletni kontrakt i jechali na następną wojnę. Bo co im innego pozostało?

Rozmawiał: Jakub Zagalski/ksiazki.wp.pl

fot. Beata Kitowska
Podziel się

Krzysztof Wójcik to jeden z najlepszych polskich dziennikarzy śledczych. Dwukrotny laureat nagrody Grand Press za publikacje o korupcji w pomorskim wymiarze sprawiedliwości i na wydziale prawa Uniwersytetu Gdańskiego. Dwukrotnie nominowany do nagrody Radia Zet im. Andrzeja Woyciechowskiego, laureat "Złotego Notesu" Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich za całokształt pracy reporterskiej. Autor pierwszej w Polsce biografii jednego z najbogatszych Polaków - "Depresja miliardera. Historia Ryszarda Krauzego" oraz książki "Mafia na Wybrzeżu".

Polub WP Książki
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Wow!
0
Ważne
0
Słabe
0
Straszne
Trwa ładowanie
.
.
.