Trwa ładowanie...
d1ezbnn
Recenzje

Nasz polski dach nad głową

Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Nasz polski dach nad głową
(Inne)
d1ezbnn

Filip Springer już swoją debiutancką książką („Miedzianka. Historia znikania”) zasygnalizował, że wkrótce ma szanse zająć miejsce pośród najlepszych polskich reportażystów, a kolejne jego publikacje („Źle urodzone. Reportaże o architekturze PRL”, „Zaczyn. O Zofii i Oskarze Hansenach”, „Wanna z kolumnadą. Reportaże o polskiej przestrzeni”) tylko potwierdzały dokonywanie się tego procesu. Jak łatwo zauważyć, w centrum zainteresowania Springera znajdują się, jak można to syntetycznie ująć, miejsca do życia – miasta, wioski, ulice i budowle – a pośrednio, choć wcale nie na marginesie, ludzie z nimi związani, czy to poprzez proces powstawania, czy poprzez późniejsze ich użytkowanie. Nie inaczej mają się sprawy z najnowszym jego dziełem, zatytułowanym „13 pięter”.

Niech nas nie zmyli ascetyczna, mało pociągająca okładka, sprawiająca wrażenie, jakby książkę obłożono w zużyty karton kreślarski z fragmentami szkicu jakichś struktur architektonicznych, układającymi się w cyfry „1” i „3”: wewnątrz nie znajdziemy nic z monotonii rysunku technicznego, a szarawy koloryt w żadnym stopniu nie odzwierciedla nasycenia tekstu emocjami (może natomiast być metaforą – czego, wyjaśni się dopiero po doczytaniu do końca…).

Już pierwsza scena sprawia, że czytelnikowi dreszcz przebiega po plecach: „Musimy umrzeć razem – mówi Zofia”[11], po czym następuje krótki opis przedsięwzięć podjętych w tym celu przez bezrobotną warszawiankę, jej matkę i siostrę. Co może pchnąć kilka osób naraz do takiego kroku? I nie tylko te trzy, bo dalej następuje wyliczenie wybranych tylko wyrywkowo z paru numerów przedwojennego czasopisma wypadków samobójstw, w tym także jeszcze bardziej wstrząsających, rozszerzonych: „Maria Złotnicka, od kilku dni bezdomna, wchodzi z dwojgiem dzieci na ostatnie, piąte piętro kamienicy. Otwiera okno na klatce schodowej. Wyrzuca przez nie najpierw syna, później córkę, na końcu skacze sama”[12].

No, cóż, można nie wierzyć powszechnie wyśmiewanemu i pogardzanemu teoretykowi socjalizmu, że byt określa świadomość, ale jak w takim razie wytłumaczyć fakt, że w przedwojennej Warszawie codziennie od jednej do kilku osób porywa się na własne życie, przeważnie skutecznie, tylko dlatego, że nie ma dachu nad głową albo wie, że go niebawem na zawsze utraci? Ubóstwo, nie biorące się z hazardu, pijaństwa czy rozrzutności, tylko z „normalnego” w realiach kryzysu ekonomicznego braku pracy i braku perspektyw na jej uzyskanie, jest sytuacją upokarzającą, ale do zniesienia; póki jeszcze był własny kąt, jakoś ten byt łatają, jakoś wierzą w poprawę losu, nawet cisnąc się w „11 osób w jednej izbie”[38], bez wody bieżącej, prądu, gazu, za to z obfitością pcheł, pluskiew i wszelkiego innego robactwa, ale kiedy i tego nie stało, dla wielu ludzi życie traciło sens. Tułanie się po ulicach z dobytkiem zawiniętym w tobołek, spanie na dworcach i klatkach schodowych, a nawet w barakach dla bezdomnych, gdzie nadliczbowi lokatorzy
„leżą pod pryczami, na przegniłych, zarosłych brudem deskach podłogi”[25] albo „śpią, stojąc, tworząc żywą kolumnę istot opierających się jeden obok drugiego”[24], skutecznie odbiera godność, a wraz z nią i chęć dalszej egzystencji…

Tę dramatyczną sytuację próbują od zarania niepodległości rozwiązać rozmaite inicjatywy rządu i władz miejskich, lecz mimo wybudowania wspomnianych baraków i przerobienia na schroniska kilku innych budowli skala problemu narasta. I oto kilku lewicowych działaczy, wśród nich ten, którego niesławnej pamięci miano każdy współczesny Polak wymawia z grymasem pogardy – Bolesław Bierut – podejmuje przedsięwzięcie zgoła zdumiewające, jak na owe czasy: zakłada spółdzielnię, której celem jest „dostarczenie (…) do użytkowania tanich, zdrowych i odpowiednio urządzonych mieszkań”[49], „nie tym, którzy mają pieniądze na wkupne (…), ale przede wszystkim tym, którym mieszkanie jest najbardziej potrzebne”[58]. Koncepcja nie jest może aż tak optymistyczna i futurystyczna, jak u Żeromskiego – powstaje zresztą jeszcze przed ukazaniem się „Przedwiośnia” – ale i tak obiecująca. I nawet, o dziwo, nie spala na panewce – pierwsi mieszkańcy wprowadzają się do bloków Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej pod koniec lat 20. Ale to
ledwie kropla w morzu potrzeb, do wybuchu wojny spółdzielcy postawią „raptem pięć procent wybudowanych w tym czasie mieszkań”[118]…

Od posiedzenia komitetu założycielskiego WSM (1921) mija blisko wiek. Nie ma już w Warszawie ani chyba w żadnym innym polskim mieście bud kleconych z puszek po konserwach i połamanych desek, nie ma ziemianek kopanych w nasypach. Nie ma też lokali mieszkalnych bez elektryczności i bardzo niewiele jest bez bieżącej wody. Ale czy to znaczy, że problem mieszkaniowy w Polsce został rozwiązany? Na to pytanie odpowiadają bohaterowie drugiej części reportażu Springera. Na przykład Kamila, której domem jest piwnica zaadaptowana na „lokal użytkowy, bez możliwości noclegu”[141]. Mariusz, od kilkunastu lat zamieszkujący wraz z żoną i synami w garażu. Magda, której matka padła ofiarą „czyścicieli kamienic” (sprawcy morderstwa do dziś pozostali niewykryci, za to mieszkanie zabitej wystawiono na sprzedaż za prawie milion złotych…). Przedsiębiorczy właściciel, wynajmujący za „dwieście osiemdziesiąt złotych miesięcznie plus trzysta złotych bezzwrotnej kaucji (…) łóżko w pokoju czteroosobowym”, a „docelowo to cztery pokoje
po cztery osoby, pan sobie policzy, no nie?” [234]. Jola, która jeszcze przez dwadzieścia dwa lata ma dzielić mieszkanie z byłym narzeczonym; z tego, co ich łączyło, została tylko wspólna rata kredytu, zjadająca na tyle dużą część zarobków obojga, że nie stać ich na żadne inne rozwiązanie…

„13 piętro” to przykład, jak z tematu budownictwa mieszkaniowego, samą swoją nazwą budzącego skojarzenia z urzędowymi aktami i parlamentarną nowomową, można zrobić przejmujący dokument socjologiczny. Springer wykorzystał w nim wszystkie możliwości swego udoskonalonego już do perfekcji warsztatu, sprawiając, że czytelnik z trudem się może od lektury oderwać – odrobinę zwalniając tempo tylko przy przyciężkawych (krótkich) fragmentach, opisujących kulisy działania WSM w dwudziestoleciu międzywojennym i „realizację polityki mieszkaniowej” obecnie – a kończy ją z głębokim przekonaniem, że po każdą kolejną książkę autora, o czymkolwiek by traktowała, pogna w te pędy, najlepiej zaraz w dniu premiery.

d1ezbnn

Podziel się opinią

Share

d1ezbnn

d1ezbnn