Trwa ładowanie...
dlasatf

Kulisy pracy w Mordorze: "niegroźne” drinkowanie w tygodniu i jazda bez trzymanki w weekendy

Ponad 10 lat pracuje w jednej z warszawskich korporacji. Pod pseudonimem Sara Taylor opisała, jak wygląda życie pracowników ze słynnego Mordoru, czyli biurowców mieszczących się przy Domaniewskiej w Warszawie. Publikujemy fragment książki „…i wyjechać w Bieszczady. Thriller z Domaniewskiej”.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
"Aby przetrwać to podkręcone tempo, musimy znaleźć sobie jakiś wentyl bezpieczeństwa".
"Aby przetrwać to podkręcone tempo, musimy znaleźć sobie jakiś wentyl bezpieczeństwa". (East News, Fot: Wlodzimierz Wasyluk)
dlasatf

Alkohol

Nie wszyscy w korporacji tylko pozorują pracę. Są okresy, kiedy praktycznie każdy z nas, musi zawinąć rękawy i ostro zap... Niektórzy nie wytrzymują tempa. I żeby to faktycznie chodziło tylko o niektórych. Wcześniej czy później wymięka większość z nas. Zwłaszcza pracujących w: sprzedaży, marketingu, mediach. Tu jest najostrzejsza jazda i walka nie tylko z targetami, ale też z samym sobą. Ciągłe nastawienie na wynik i praca pod presją czasu wyniszczają naszą psychikę, ale także wycieńczają organizm.
Nawet jeśli mamy okresy względnego spokoju, pracujemy bez spiny lub wręcz się nudzimy. Wszystko to dzieje się w trybie czuwania. Ciągłego pobudzenia. Cały czas, nawet pozorując, musimy znajdować się w stanie lekkiego ADHD. Podwyższonych obrotów. Przynajmniej kilkanaście godzin na dobę online. Niektórzy z nas na maile odpisują jeszcze w drodze z pracy do domu lub rano przed pracą. Ci z największym ciśnieniem, robią to także z domu.

Aby przetrwać to podkręcone tempo (nawet jeśli nie pracy to życia), musimy znaleźć sobie jakiś wentyl bezpieczeństwa. Nawet jeśli w dłuższej perspektywie miałby okazać się on dla nas zabójczy.

dlasatf

Znaczna część firm znajdujących się w Mordorze, jest notowana na giełdzie. Co kwartał każda z nich musi wykazać swoim akcjonariuszom, że miała lepszy wynik niż w analogicznym lub poprzednim okresie sprawozdawczym.

Sprzedawcy cisną, bo są dociskani przez swoich menadżerów, a ci przez zarządy. Marketing dwoi się i troi, jak zaplanować coraz lepsze, bardziej kreatywne i efektywne kampanie, i jak wydać na nie jak najmniej. Klienci cisną agencje, ci swoich pracowników i media.

Zobacz też: Rzuciła pracę w korporacji i wyjechała do Afryki

Wydawać by się mogło, że najspokojniejszą robotę mają dziennikarze, a jest ich sporo na Domaniewskiej i w okolicy. Tylko że dzisiejsi dziennikarze i świat mediów nie jest tym samym światem, który wielu z nas zna z opowieści rodziców i profesorów. Kto mógł, uciekł do pijaru albo marketingu. Niektórym udało się uciec w ogóle z Warszawy. Otworzyli w swoich rodzinnych miastach i miasteczkach kawiarnie, restauracje albo zupełnie inne biznesy i mają „jak u Pana Boga za piecem”. W Mordorze i innych warszawskich mediach pozostali przede wszystkim młodzi, którzy bez etatów, na zleceniach albo bez jakichkolwiek umów, mają za zadanie... dużo pracować. W zamian, mogą „bywać” i „ocierać” się o celebrycki świat, a także do woli napić się na bankietach.

dlasatf

Pośród tych, którzy codziennie muszą dowieźć wynik: kasę, klientów, kreatywne pomysły, ekskluzywne newsy - niemal każdy sięga po alkohol. Zaczyna się niewinnie. Od drinka lub piwa po pracy ze znajomymi. Później butelka wina przed snem, dla odstresowania po ciężkim dniu. Po alkoholu łatwiej też zasnąć w pojedynkę w pustym łóżku. I nie chodzi o faceta na jedną noc, bo takiego dość łatwo znaleźć, ale o życiowego partnera.

Czytałam, że wbrew pozorom, my, kobiety, mamy dużo większe predyspozycje do sięgania po alkohol niż faceci. I chyba tak jest w istocie albo to tylko stereotyp, utwierdzany przez moje otoczenie.

Przecież w Polsce napity facet czy choćby pochłaniający wieczorem czteropak piwa przed telewizorem, to coś zupełnie normalnego. Nikogo to w najmniejszy sposób nie dziwi. A kobieta wprawiona w dobry nastrój kilkoma drinkami lub kieliszkami wina, to już obciach. Patologia.

Niemniej problem występuje. Jednej z moich dobrych kumpeli na pewno już w tej chwili przydałaby się terapia. Dla niej butelka wina przed snem to za mało, by spokojnie zasnąć.
Po pierwszego drinka potrafi sięgnąć już w porze lunchu. Najczęściej zastępuje on jej sam lunch. Do tego dochodzą papierosy. Od jednej, do półtorej paczki dziennie. Dzięki temu praktycznie nie czuje głodu.

dlasatf

Michał z marketingu już dwukrotnie o mały włos nie wyleciał z korpo. Za każdym razem, w jakiś tajemniczy sposób, udawało mu się uprosić swoją dyrektorkę, aby dała mu jeszcze jedną szansę.

Co jakiś czas zdarza mu się wpadać w alkoholowy ciąg. Wtedy, przez kilka dni z rzędu imprezuje, upijając się niemal do nieprzytomności. Właściwie niemal nieprzytomny, a przynajmniej nieświadomy tego co, jak i z kim robi, jest przez cały ten czas. Przez to albo całkowicie zapomina o pracy, albo przychodzi spóźniony o kilka godzin, przysypia po kontach i przy biurku. O odorze przepalonego alkoholu z jego ust, a niekiedy mam wrażenie, że nawet z wszystkich porów jego skóry, nie ma co nawet wspominać.

Wikimedia Commons CC BY-SA

Nadrabia swoim nieziemskim poczuciem humoru. Do tego jest mega słodziakiem, czym rozmiękcza serca każdej kobiety – jeśli tylko jest trzeźwy. I ten jego luz, zarówno w sposobie ubierania się jak i bycia, świetnie przełamuje korporacyjny, skostniały ład i porządek. Nie dziwi więc tak bardzo zachowanie jego szefowej, która wciąż przymyka oczy na jego wybryki. Zresztą, to już chyba nie są wybryki, tylko poważna choroba. Kiedyś pewnie popłynie tak mocno, że zupełnie zapomni o pracy albo odwali w niej coś na tyle głupiego, że nawet jego osobisty urok nie uratuje go przed przykrymi konsekwencjami.

dlasatf

To nie są dwa, zupełnie odosobnione przypadki z Mordoru. Z tego co wiem po alkohol sięga wiele osób i jest to najłagodniejsza forma odreagowania po dniu pracy albo zamknięciu wymagającego projektu. Alkohol jest jak witamina C – dobry na wszystko. Z czasem potrzeba go coraz więcej i częściej. Dostęp do niego jest dużo łatwiejszy niż do antydepresantów. „Niegroźne” drinkowanie w tygodniu i jazda bez trzymanki w weekendy – to norma.

Dziwicie się? Uważacie, że przesadzam?
To spróbujcie codziennie wprowadzać swój organizm na najwyższe obroty, podczas wykonywania zadań związanych z pracą, ale także w trakcie mówienia, chodzenia, myślenia, a nawet żucia gumy, przez co najmniej kilkanaście godzin na dobę. Dorzućcie do tego: zblazowanie, niepowodzenia w życiu osobistym i ogromną ofertę dóbr materialnych oraz niematerialnych, duchowych i fizycznych uciech, które tu, w Warszawie są na wyciągnięcie ręki, zwłaszcza jeśli dysponuje się odpowiednim budżetem. I zastanówcie się, jaki jest najprostszy, początkowo bardzo przyjemnie rozluźniający, a jednocześnie niezbyt inwazyjny (zażywany w małych ilościach i sporadycznie) oraz społecznie akceptowalny środek na wyluzowanie?

Sara Taylor to pseudonim 36-letniej, polskiej pisarki, która zdecydowała się zadebiutować książką „…i wyjechać w Bieszczady. Thriller z Domaniewskiej”. Od ponad 10 lat nieprzerwanie pracuje w jednej z warszawskich korporacji, dlatego postanowiła się nie ujawniać. Jeszcze nie teraz. Ma jednak nadzieję, że to właśnie w pisaniu odnajdzie „swoje Bieszczady” i raz na zawsze porzuci pracę w korpo. Już teraz przygotowuje dla swoich czytelników pełnokrwistą powieść „Tamte wakacje”, która ukaże się pod koniec września i także po części będzie osadzona w środowisku warszawskich korporacji.

Materiały prasowe
dlasatf

Podziel się opinią

Share

dlasatf

dlasatf