Qaqwqwrqw

Eleanor Herman: Rosjanie ciągle pracują nad nowymi truciznami nie do wykrycia

Podawanie zabójczych substancji monarchom towarzyszy ludzkości od wieków. Jednym zatruwano jedzenie, inni nieświadomie truli się lekami na bazie rtęci lub nieświeżym jedzeniem. Dziś mamy zupełnie inne trucizny, które często zabijają nas na "własne życzenie".
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
"Władimir Putin wynajął  zabójców, którzy mieli  nasmarować śmiercionośnym środkiem klamkę pokoju byłego podwójnego agenta"
"Władimir Putin wynajął zabójców, którzy mieli nasmarować śmiercionośnym środkiem klamkę pokoju byłego podwójnego agenta" (East News, Fot: AP/EAST NEWS)
Qaqwqwrqw

Eleanor Herman, autorka książki "Trucizna, czyli jak pozbyć się wrogów po królewsku" (wyd. ZNAK) twierdzi, że trucizna nie odeszła w zapomnienie wraz z dawnymi rodami królewskimi. Jej zdaniem na szczyty władzy wróciła wraz z początkiem ZSRR, a dziś po tę metodę walki politycznej sięga m.in. prezydent Rosji. Herman nie odnosi jednak pojęcia śmiertelnego otrucia wyłącznie do współczesnych władców. Gdyż każdy z nas – mniej lub bardziej świadomie – wystawia się na działanie trujących substancji.

Obejrzyj: DNP. Trucizna, która zabija zamiast odchudzać

Qaqwqwrqw

Olga Wróbel: Dlaczego postanowiła Pani napisać właśnie o truciźnie?

Eleanor Herman: Lata temu, gdy przygotowywałam się do pisania książki "Sex with Kings and Sex with the Queen", byłam zaskoczona faktem, że prawie za każdym razem, gdy na dworze królewskim umierała młoda osoba - nawet po długiej chorobie – dworzanie wierzyli, że została otruta. Być może była truta powoli, by imitować naturalną śmierć, ale w każdym razie na pewno zmarła w wyniku otrucia. Czy naprawdę tak wiele osób zostało otrutych? Czy też po prostu lekarze tamtych czasów nie rozumieli trawiących je chorób? Postanowiłam zanotować najciekawsze spośród tych historii i powrócić do nich później, by zgłębić temat.

Dlaczego tak bardzo fascynują nas zbrodnie, nawet popełnione setki lat temu? Pani książkę czyta się jak najlepszy kryminał medyczny.

Zbrodnie zawsze fascynowały. Lubimy się zastanawiać, dlaczego ludzie to robią. Czy później czują się szczęśliwi? Winni lub zawstydzeni? Jak unikają kary? Ludzka natura po prostu uwielbia takie historie, bez względu na to, w którym wieku się wydarzyły. Dla mnie przygotowania do napisania tej książki były przyjemnością, ponieważ pozwoliły mi połączyć moją fascynację serialami detektywistycznymi z zamiłowaniem do historii rodów królewskich.

Qaqwqwrqw

Zobacz także: Gruźlicę leczyli lewatywą, sieroty dostawały opium. Blackwell było piekłem na ziemi

Na zdjęciu: "Śmierć Sokratesa" Jacquesa-Louisa Davida. Filozof zmarł najprawdopodobniej po wypiciu trucizny na bazie szczwółu plamistego, choć zwykle mówi sie o cykucie

Domena publiczna
Podziel się

Pokazuje pani, że strach przed trucizną był olbrzymi, jednak faktyczne przypadki otrucia zdarzały się rzadko.

Qaqwqwrqw

To prawda. Większość zgonów, o których czytałam, okazało się być skutkiem chorób: zaburzeń układu moczowego, pęknięcia wrzodu, duru brzusznego. Jednak kilka z nich faktycznie było efektem spożycia trucizny… podanej przez królewskiego lekarza.

Rodzina królewska nigdy nie korzystała z usług testerów do sprawdzania przyjmowanych leków, choć w przypadku jedzenia i picia było to standardem. Lekarz podawał więc stosowne medykamenty bezpośrednio choremu. A skoro już z chorym było na tyle źle, że wzywano lekarza, śmierć nikogo zbytnio nie dziwiła. Wydaje się, że niektórzy lekarze brali łapówki za podanie trucizny członkowi rodziny królewskiej.

Na co umierali członkowie możnych rodów i lokatorzy pałaców?

Musimy pamiętać, że ci ludzie żyli w czasach, w których nie było znieczuleń przy operacjach, antybiotyków, by zwalczać infekcje, termometrów do mierzenia temperatury, urządzeń do badania ciśnienia krwi, cholesterolu czy cukru. Przede wszystkim natomiast nie było rzetelnej wiedzy medycznej. Przeziębienie mogło przerodzić się w zapalenie płuc. Zadrapanie przy paznokciu mogło być początkiem tężca. Młodzi, pełni sił ludzie masowo umierali na gruźlicę, anginę, zapalenie wyrostka czy malarię.

Qaqwqwrqw

Wiele osób umierało w wyniku zatrucia pokarmowego, bo przecież nie było lodówek, żadnych standardów sanitarnych, a mięso pieczone na otwartym ogniu często po przygotowaniu nadal było miejscami surowe, co dawało schronienie bakteriom. Bez kroplówek, samo odwodnienie z powodu wymiotów i biegunki mogło zabić. Lekarze byli też bezradni wobec powikłań ciążowych, włączając w to zabieg cesarskiego cięcia.

Zobacz także: Koniec świata nie jest tajemnicą. Naukowcy wiedzą, kiedy i jak do niego dojdzie

attends BookExpo America 2015 at Jacob javits Center on May 29, 2015 in New York City. Na zdjęciu: Eleanor Herman/Getty Images
Podziel się

Zaskakującym wnioskiem z pani książki jest informacja, że biedacy był w zasadzie o wiele zdrowsi od bogaczy.

Qaqwqwrqw

Biednych nie było stać na lekarzy, którzy często podejmując desperackie próby uleczenia swoich pacjentów, zabijali ich. Głównym sposobem leczenia wszelkich chorób było upuszczanie krwi, wywołanie wymiotów i wypróżniania. Lekarze wierzyli, że to pozbawi ciało "złych humorów", które obarczali winą za choroby. Jednak to, co robili było w istocie osłabianiem i odwadnianiem organizmu. Medykamenty zawierały rtęć, arsen, cynk i części martwego ciała wraz ze szkodliwymi bakteriami. Wierzono, że zjedzenie części ciała zdrowej, młodej osoby, która zmarła nagle – na przykład w wyniku egzekucji – zapewnia przejęcie jej siły.

Ci, których nie było stać na lekarza, po prostu kładli się do łóżka, jedli zupy i – zależnie od przypadłości – mieli jakieś szanse na wyzdrowienie. Biedni mieli także na co dzień więcej ruchu i zdrowszą dietę niż bogaci, którzy spożywali duże ilości mięsa, sosów, deserów i wina. Warzywa, jako główny składnik diety biedniejszych, źle kojarzyły się bogaczom.

Zauważyłam także duży związek pomiędzy śmiercią z powodu nieumyślnego zatrucia a rytuałami piękności.

Kosmetyki zawierały takie składniki jak rtęć, ołów i arsen. Z czasem te substancje trafiały do krwioobiegu i powoli truły daną osobę. Mogły powodować zmiany nastrojów, zawroty głowy, paranoje, schorzenia wątroby i wiele innych, poważnych dolegliwości. Pojawiały się one jednak po latach stosowania trujących kosmetyków, dlatego lekarze nie widzieli związku między tymi rytuałami a chorobą.

Czym trujemy się współcześnie?

Na przykład chemioterapią. Wiemy, że jest trująca, ale zarazem pomaga pacjentowi, podobnie jak terapia rtęcią stosowana w XVI w. do zwalczania syfilisu. Ta sama zasada: jeśli cię to nie zabije, może cię ocalić. Poza tym, w zachodnim społeczeństwie faktem są rosnące liczby zachorowań na demencję, autyzm i raka. Co je powoduje? Telefony komórkowe? Środki chemiczne do prania? Za kilkaset lat ludzie będą wiedzieć, co je powodowało i będą się z nas śmiać.

Na zdjęciu: Sergiej Skripal/Getty Images
Podziel się

W pani narracji następuje spory przeskok czasowy: trucizna wraca do arsenału środków politycznej walki dopiero we współczesnej Rosji. Skąd ta przerwa?

W XVIII w., w związku ze zmianami ustrojowymi, większość władców straciła ogromną część swojej władzy. Było więc mniej powodów, by chcieć ich zabić. W XIX wieku postęp medycyny sprawił, że lekarze przeważnie wiedzieli na co chorował pacjent, a chemia rozwinęła się do tego stopnia, że w 1836 roku istniał już wiarygodny test wykrywający arszenik. Trucizna była zjawiskiem powszechnym w XIX wieku, nazywano go nawet "wiekiem arszeniku", ponieważ piękny, zielony barwnik na bazie tej substancji używany był do barwienia ubrań, jedzenia, tapet, zasłon, abażurów i świec.

Zabójstwa przez otrucie powróciły wraz z początkiem ZSRR w 1922 roku. Wówczas pod Moskwą stworzono specjalne laboratorium do pracy nad truciznami. Od tamtej chwili w Rosji zabijano w ten sposób wielu polityków, dysydentów, aktywistów i dziennikarzy. W zeszłym roku Władimir Putin wynajął zabójców, którzy mieli nasmarować śmiercionośnym środkiem klamkę pokoju byłego podwójnego agenta Sergieja Skripala (na zdjęciu powyżej) w angielskim Salisbury. On i jego córka byli bliscy śmierci, ale ocaleli dzięki szybkiej i zdecydowanej interwencji medycznej.

Czy dzisiaj łatwiej ustalić przyczyny śmierci czy może trucizny stały się doskonalsze?

Żeby zrobić test na truciznę trzeba wiedzieć jaka to była trucizna. Nie ma jednego testu na wszystkie trucizny. A Rosjanie ciągle pracują nad nowymi, których nie dałoby się wykryć. W rosyjskich sprawach o otrucie, śledczy sprawdzają symptomy, by móc zidentyfikować przynajmniej niektóre ze składników trucizny i sprawdzić czy są radioaktywne w naturze. Wiedzą, że muszą wziąć każdą kroplę krwi i oczyścić organy za pomocą transfuzji krwi, jeżeli jest jakakolwiek szansa na uratowanie ofiary.

"Udało mi się połączyć moją fascynację serialami detektywistycznymi z zamiłowaniem do historii rodów królewskich" Materiały prasowe
Podziel się

Jak wyglądała praca nad książką, czy jest dużo źródeł na temat tajemniczych zgonów w przeszłości? Z kim współpracowała pani w swoim śledztwie?

Nie wiedziałam kompletnie nic o medycynie, gdy zaczynałam prace nad tą książką i jestem bardzo wdzięczna lekarzowi z University of Maryland Medical School w Baltimore, doktorowi Philipowi Mackowiakowi. On sam napisał dwie książki na temat tego, co zabiło znane osoby i prowadzi coroczny kurs na ten temat, więc zwróciłam się do niego z prośbą o pomoc. Mimo, że się wówczas nie znaliśmy, od razu się zgodził. Sprawdził każde słowo w mojej książce, by się upewnić, że nie popełniłam żadnego merytorycznego błędu.

Pracowałam również z naukowcami we Włoszech, Pradze i Kopenhadze. Znaleźli oni niektóre spośród postaci, których historie zgłębiłam. Dodatkowo, znalazłam też wiele fascynujących źródeł dostępnych w Internecie: książek z XIV i XV wieku na temat zdrowia i urody. Zawierały przepisy na lekarstwa, które miały w składzie arszenik, rtęć i ołów.

Jest pani także autorką serii bestsellerowych powieści dla młodzieży z serii "Blood of Gods and Royals", osadzonych w czasach Aleksandra Wielkiego. Co jest dla pani przyjemniejsze, wymyślanie nowych fabuł czy rekonstruowanie historii, tak jak to ma miejsce w przypadku "Trucizny"?

To jest doskonałe pytanie, często sama je sobie zadaję. Pisząc non-fiction jestem ograniczona faktami i tęsknię za odrobiną wolności w pisaniu.. Natomiast gdy piszę fikcję mam tyle wolności, że nie wiem od czego zacząć! Fikcja wymaga więcej wyobraźni przy opowiadaniu historii. Non-fiction wymaga wyobraźni, by zdecydować jak opowiedzieć historię, którą opisują fakty. Uwielbiam oba te gatunki. Pozwalają mi na podróżowanie w czasie kiedykolwiek i gdziekolwiek zechcę. Dzięki temu, że dowiedziałam się jak brudne i niebezpieczne było życie w tych miejscach, teraz doceniam, że moje podróże mogę odbywać siedząc w wygodnym fotelu, w moim czystym, pozbawionym trucizny domu!

Rozmawiała: Olga Wróbel, kurzojady.pl

Eleanor Herman pochodzi z Baltimore. Studiowała język niemiecki oraz dziennikarstwo na Uniwersytecie Stanowym Towson. Po studiach przeprowadziła się do Europy. Dziś mieszka wraz z mężem w McLean w stanie Virginia.

Polub WP Książki
Qaqwqwrqw
Qaqwqwrqw
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Wow!
0
Ważne
0
Słabe
0
Straszne
Trwa ładowanie
.
.
.

Qaqwqwrqw