ycipk-27u0ds

Gruźlicę leczyli lewatywą, sieroty dostawały opium. Blackwell było piekłem na ziemi

Na wyspie Blackwell (dziś Roosevelta) stworzono szpital i przytułek dla "niewygodnych" mieszkańców Nowego Jorku - sierot, biednych, zniedołężniałych, chorych psychicznie oraz przestępców. Mieli tam otrzymać opiekę i szansę na resocjalizację, ale trafili do miejsca, z którego nie było ucieczki.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
"Wraz z rozwojem miasta zwiększała się również liczba ubogich, obłąkanych i przestępców, których trzeba było gdzieś leczyć, gdy zachorowali"
"Wraz z rozwojem miasta zwiększała się również liczba ubogich, obłąkanych i przestępców, których trzeba było gdzieś leczyć, gdy zachorowali" (Getty Images)
ycipk-27u0ds

Więźniowie przebywali w wykutych w skale celach, które bardziej przypominały rowy niż pomieszczenia. Nie dbano o ogrzewanie i wentylację, wierząc, że osoby obłąkane są niewrażliwe na temperaturę. Sami nadzorcy przyznawali, że wobec przywożonych na wyspę sierot najbardziej humanitarnym rozwiązaniem byłoby podanie śmiertelnej dawki opium. Na pacjentach szpitala przeprowadzano eksperymenty - gruźlicę leczono lewatywą z siarkowodoru lub wstrzykiwaniem mleka do krwi.

Stacy Horn w książce "Wyspa potępionych. Prawdziwa historia wyspy Blackwell" pokazuje, co się dzieje, gdy bezwzględna i cyniczna władza spotka się z problemami społecznymi. Dzięki uprzejmości wyd. Znak publikujemy fragment książki "Wyspa potępionych. Prawdziwa historia wyspy Blackwell", która ukaże się 15 maja.

Prolog

ycipk-27u0ds

Pracownicy Edison Electric Illuminating Company przez ponad rok zrywali nawierzchnię ulic dolnego Manhattanu. Kilometry kabla, które teraz leżą niewidoczne gdzieś pod stopami, wprawiały niektórych w nerwowość. Dwa tygodnie przed pierwszym zapaleniem nowych lamp "New York Times" opublikował reportaż o koniach porażonych prądem na jednym z odcinków sieci elektrycznej. To absurd, odpowiedziała firma. Przewodniki są zakopane kilkadziesiąt centymetrów pod jezdnią i zamknięte w żelaznej rurze o średnicy ponad pół centymetra. Nawet gdyby rura pękła, prąd "rozproszyłby się w ziemi" i stał się zupełnie nieszkodliwy. Konie mogło wystraszyć byle co.

Pierwszy test światła elektrycznego dostarczanego przez centralną elektrownię w Nowym Jorku odbył się zgodnie z planem, 4 września 1882 roku.

Obejrzyj: Obejrzyj: Renata Kuryłowicz o śmierci i spotkaniu ze Stephenem Kingiem

ycipk-27u0ds

W poniedziałek o trzeciej po południu naciśnięto guzik. Czterysta lamp dla osiemdziesięciu pięciu pierwszych klientów zbudziło się do życia. Zasilało je sześć dwudziestosiedmiotonowych urządzeń szumnie zwanych dynamami (dzisiaj nazywamy je prądnicami).

Jednym z odbiorców prądu był "New York Times". Pewien wdzięczny dziennikarz napisał, że pracował tej nocy przy świetle "jasnym jak dzień (…) bez śladu migotania i prawie bez ciepła, od którego bolałaby głowa”. Ponadto nowe lampy rozświetliły pomieszczenia bez mdlącego zapachu latarni gazowych, które teraz zastąpiła elektryczność. W grudniu tego samego roku wiceprezes spółki Edisona ozdobił choinkę w swoim domu osiemdziesięcioma czerwonymi, białymi i niebieskimi żaróweczkami i postawił ją na obrotowej drewnianej skrzyni. Kiedy skrzynia wirowała, maleńkie światełka zapalały się i gasły, powodując "nieustanne mruganie roztańczonych kolorów" przed oczyma jego uszczęśliwionych dzieci oraz zaglądających do środka sąsiadów. To wszystko – "wszystkie światełka i sama fantastyczna choinka z gwiaździstymi owocami", która "bez przerwy działała dzięki niewielkiej ilości prądu elektrycznego doprowadzonego z głównej siedziby cienkim drutem" – tak zachwyciło dziennikarza "Detroit Post and Tribune", który przebywał wtedy w Nowym Jorku, że "nie potrafił wyobrazić sobie niczego ładniejszego".

Getty Images
Podziel się

Zobacz także: Melania Trump – słowiańska piękność w Białym Domu

ycipk-27u0ds

Samo miasto przerodziło się w niezwykłą ekspozycję, kiedy Edison i jego konkurenci na wyścigi iluminowali wszystkie ulice. Pewien przybyły z Londynu redaktor tak opisał ów widok: "Efekt tego światła na skwerach Imperialnego Miasta z trudem daje się opisać, taki jest niezwykły i piękny". Coś, czego niektórzy się bali, on uważał za magiczne. "Na każdym placu buduje się ogromne słupy, które wyrastają wysoko ponad drzewa. Ze słupów tych rzuca się światło na drzewa w taki sposób, aby wyglądały bajkowo. (…) Cienie rzucane przez nie na trotuar wyglądają zupełnie jak żywe istoty".

Z upływem czasu Manhattan oświetlało coraz więcej latarni i w roku 1884 "efekt jasnej, białej księżycowej poświaty", co wieczór iluminującej miasto jak świetlista chmura, można było zobaczyć w promieniu wielu kilometrów.

W tym samym roku władze miasta wysłały dziesiątki tysięcy ludzi na wyspę Blackwell, wąski, trzykilometrowy pas lądu oblany wodami East River, gdzie miasto zbudowało Zakład dla Obłąkanych, Przytułek dla Biednych, Zakład Karny, Dom Pracy Przymusowej i kilka szpitali dla rozmaitych kategorii pacjentów. Ci, którzy w przeddzień przeprawy na wyspę widzieli wieczorną łunę, mogli poczuć się tak, jakby odbierano im promienną przyszłość, której mieli nigdy nie zaznać. Przenoszono ich w zawilgłą, mdlącą, oświetlaną gazem i benzyną przeszłość na wyspie Blackwell, która miała ich pochłonąć – zaczarowana, roziskrzona wyspa Manhattan dla wielu z nich była na zawsze stracona.

Ludzie zsyłani do więzienia, Domu Pracy Przymusowej, a nawet do Zakładu dla Obłąkanych mogli przynajmniej się łudzić, że któregoś dnia wyjdą na wolność, o ile nie zamknięto ich w czasach epidemii cholery, która mogła ich zabić, albo nie umieszczono w jednej celi z mordercą, który mógł zrobić to samo. Znaczna część z nich, zwłaszcza nieszczęśnicy wysyłani do Przytułku, była za stara albo zbyt schorowana, żeby mieć nadzieję na powrót do jasnego miasta. Perspektywy odzyskania przez nich zdrowia oceniano jako tak znikome, że na ich wnioskach o pomoc socjalną pisano "przyszłość wątpliwa" albo nawet "trwała niesamodzielność". Dla tych ludzi przytułek miał być ostatnim przystankiem na drodze do śmierci, sekcji zwłok i pochówku na cmentarzu dla bezimiennych zmarłych.

ycipk-27u0ds
Getty Images
Podziel się

Zobacz także: Lis o zabójstwie Adamowicza: nie będzie świętym na siłę, jak inni "bohaterowie"

Pierwotni autorzy koncepcji wyspy Blackwell byliby zdruzgotani, gdyby zobaczyli, jak nędzne i groźne dla życia stały się panujące tam warunki. W 1828 roku, kiedy miasto kupiło wyspę za 32 500 dolarów (później zgodnie z orzeczeniem sądu musiało jeszcze dopłacić 20 tysięcy dolarów), celem było rozładowanie nieznośnego tłoku w Bellevue na Manhattanie, placówce, która oprócz funkcji szpitala odgrywała również rolę miejskiego zakładu karnego, zakładu dla obłąkanych, przytułku dla biednych oraz domu pracy przymusowej. Wraz z rozwojem miasta zwiększała się również liczba ubogich, obłąkanych i przestępców, których trzeba było gdzieś leczyć, gdy zachorowali.

"Dlaczego nie mamy placówek godnych naszego miasta?" - pytał później ekspert, z którym konsultowały się władze, podsumowując to, co myśleli wówczas legislatorzy. Ich pomysł polegał na tym, żeby odsunąć chorych, obłąkanych i łamiących prawo od reszty ludności oraz stworzyć dla nich bardziej humanitarne, mniej stresujące i zdrowsze środowisko na zielonej, sielskiej, porośniętej drzewami owocowymi wyspie, gdzie można by ich było poklasyfikować według schorzeń lub przestępstw, umieścić w odpowiednich placówkach, poddać kontroli i w jakiejś perspektywie zreformować. Pensjonariusze mogliby korzystać ze wszystkich osiągnięć nauki i mieliby szansę na jakąś przyszłość, a ich istnienie nikomu, nie licząc pracowników tych wszystkich instytucji, nie przysparzałoby już zmartwień. Wyspa miała jeszcze jedną zaletę: były tam kamieniołomy, które mogły pełnić podwójną funkcję, a mianowicie dostarczać miastu materiałów budowlanych, więźniom zaś zapewniać pożyteczne zajęcie w postaci rozłupywania i obróbki kamienia.

ycipk-27u0ds
Materiały prasowe
Podziel się

Wszyscy byli w podniosłym nastroju tego pełnego nadziei dnia, kiedy położono kamień węgielny pod pierwszą placówkę. John Stanford, kapelan miejskiego więzienia, podziękował Bogu za to, że nauczył Amerykę, "jak przyprawić sprawiedliwość miłosierdziem", a ufny w przyszłość burmistrz William Paulding junior powiedział do zgromadzonych gości: "Ta nowoczesna placówka przyniesie zaszczyt naszemu miastu". Cóż może lepiej pomóc tym, którym się nie powiodło w kwitnącej metropolii, rozumowano, niż spokojna, kipiąca zielenią wyspa pośrodku rzeki, bezpiecznie oddzielona od występku i przestępczości dwoma rwącymi nurtami, otoczona malowniczymi żaglówkami, promami i parowcami, z lesistymi fragmentami górnego Manhattanu i Queens w tle?

Wyspa Blackwell dawała wszystko to, co miał do zaoferowania Nowy Świat, ściśnięte na powierzchni niecałych sześćdziesięciu hektarów. Nawet zmarginalizowanym i skompromitowanym miało się tam żyć lepiej. Planowano zastosować najnowsze metody naukowe, aby dać im szansę na odmianę swego losu. Każdym miano się zajmować w nowiutkich obiektach z pionierskimi rozwiązaniami, niezależnie od tego, czy wysłano go tam w ramach humanitarnej kary, leczenia czy pomocy społecznej – to przecież była Ameryka, a w Ameryce wszystko miało być zrobione najlepiej. Burmistrz i inni dygnitarze wrócili na Manhattan przekonani, że pchnęli największe miasto rozrastającego się młodego kraju na drogę oświeconej reformy.

Powyższy fragment pochodzi z książki Stacy Horn "Wyspa potępionych. Prawdziwa historia wyspy Blackwell", która ukaże się nakładem wyd. Znak 15 maja.

Polub WP Książki
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Wow!
0
Ważne
0
Słabe
0
Straszne
Trwa ładowanie
.
.
.

ycipk-27u0ds

ycipk-27u0ds
ycipk-27u0ds