Trwa ładowanie...
felieton

Dylemat pajęczarza

„Piractwo” jako masowa sprzedaż nielegalnie kopiowanych dóbr niematerialnych jest czymś zupełnie innym - w sensie gospodarczym, moralnym, prawnym, jak i czysto praktycznym - niż ich powielanie i wykorzystywanie prywatne, jednoosobowe, jednorazowe.

Share
Dylemat pajęczarza
Źródło: Inne
d1e3qzg

Chwyćmy od razu byka za rogi: tak, piracili, piracą i piracić będą. Kogo jeszcze nie spiracili, tego zaraz spiracą. Kto jeszcze z pirata nie korzystał, ten - ejże, bądźmy szczerzy: nie ma takich. Wszyscy już bierzemy w tym udział, świadomie lub nieświadomie, w ten czy inny sposób.
Na początek zróbmy porządek w słowach. „Piractwo” jako masowa sprzedaż nielegalnie kopiowanych dóbr niematerialnych jest czymś zupełnie innym - w sensie gospodarczym, moralnym, prawnym, jak i czysto praktycznym - niż ich powielanie i wykorzystywanie prywatne, jednoosobowe, jednorazowe.
Używanie tego samego słowa w obu kontekstach tylko wprowadza zamęt. Rozumiem, że może ono pojawiać się celowo w ustach np. lobbystów koncernów medialnych - ale dla owocnej debaty niezbędne będzie tu rozróżnienie. Skoro „piratem” jest osobnik czerpiący zyski z handlu bezprawnie kopiowaną własnością intelektualną - to kim są miliony ściągające sobie z torrentów najnowszy odcinek niszowego amerykańskiego czy brytyjskiego serialu?
Proponuję termin „pajęczarz”, spowinowacony z angielskim „phreakerem”. W Polsce mamy długą tradycję pajęczarzy podpinających się na lewo np. do kabla telewizyjnego. Przydałoby się jeszcze bardziej precyzyjne rozróżnienie, aby wykluczyć skojarzenia z pajęczarzami telefonicznymi, dzwoniącymi do Hongkongu czy Antyli na koszt niewinnych abonamentów. Ale to i tak lepsze niż wszechobejmujący „pirat”.
Chodzi bowiem o wpuszczenie do puli takiego memu, który w ogóle pozwoliłby na rozmowę na ten temat - jako że konieczność przyznania na wstępie „jestem piratem” bardzo skutecznie ją blokuje, skoro mam najszczersze przekonanie, że piratem nie jestem. Albo więc kłamiemy, albo inaczej ćwiczymy się w obłudzie.
Rozwinęły się rozmaite strategie hipokryzji. Mnie kopiują za friko - to źle; ale ja ściągam darmo kopie cudzej roboty - to dobrze. Następnie zamalowujemy jakoś ładnie tę sprzeczność. Na przykład: ja tu cierpię jako konkretna osoba, jednostka z twarzą i imieniem, którą łupią z owoców jej ciężkiej pracy - a sam komu niby szkodę wyrządzam? Ponadnarodowym korporacjom! To co to za szkoda? Itp., itd.
Oczywiście można zaprzeczyć samej tezie o kradzieży: nikt nic nie kradnie, bo informacja (a zatem wszystkie dobra sprowadzalne do postaci cyfrowej) nie maleje po skopiowaniu - kopiować można w nieskończoność, niczego nie ubędzie z oryginału.
A czy zmniejszą się potencjalne zyski właściciela informacji źródłowej? Adwokaci „wolnej informacji” (jak opisywany tu już Cory Doctorow)
utrzymują, iż zachodzi zależność wręcz przeciwna: kopiując i rozpowszechniając swobodnie produkty intelektualne (przynajmniej z niektórych branż), przyczyniamy się do sukcesu komercyjnego ich autorów. Stąd strategia zachęcania do pajęczarstwa.
Załóżmy jednak, że ów prymitywny model ekonomiczny (dobro skopiowane z sieci = dobro, za które nie zapłacę w sklepie) jest prawdziwy i kompletny, tzn. nie występuje np. efekt darmowej próbki dla narkomana. Co wówczas poradzić ze sprzecznością?
Co jakiś czas dociera do mnie informacja o zgiditalizowanej mojej książce wrzuconej na rapidshare, osiołka czy torrenty. Jest to naruszenie przede wszystkim praw wydawcy i wydawca chroni swą własność i egzekwuje owe prawa według najlepszego aktualnego rozeznania.
Zarazem zdaję sobie przecież sprawę, że z książki, filmu czy empetrójki zasysanej z torrentów (prawie) żaden uczestnik sieci p2p nie czerpie finansowych korzyści. A o ile byłbym - szumnie mówiąc - uboższy duchowo bez dostępu do takich sieci? Równocześnie zaś stanowię „ofiarę” tego samego systemu jako twórca.
Moja sytuacja może się wydawać wyjątkową, ale prędko zmierzamy do świata, w którym niemal każda praca będzie się sprowadzać do tworzenia pewnej „własności intelektualnej”. Każdy więc doświadczy tu rozdwojenia i dylematu hipokryty.
Lecz prawdę mówiąc, nie jestem pewien, czy sprzeczność w ogóle zachodzi. Nie jest konieczną cechą moralności jej algorytmizowalność. Innymi słowy: rozpoznawanie dobra i zła może następować także przy braku ogólnej zasady wiążącej wszystkie możliwe postępki i sytuacje w niesprzeczny system logiczno-etyczny.
W praktyce wygląda to tak: Patrzę na intencje i skutki danego czynu i osądzam: dobry/zły. Patrzę na intencje i skutki innego czynu i osądzam: dobry/zły. Jaki jest związek między jednym osądem i drugim? Czy istnieje jakikolwiek? Nic mnie to nie obchodzi. Natomiast zebrawszy w doświadczeniu (pamięci) wystarczająco wiele takich osądów, wyrabiam w sobie zdolność do zdrowej oceny dowolnej nowej sytuacji, choćby od tamtych zupełnie różnej.
To struktura organiczna, oddolna. Arystoteles w Etyce nikomachejskiej wywodzi tę zdolność z gnome, cnoty zdrowego rozsądku, pozwalającej rozpoznawać dobro i zło w różnych, zmiennych sytuacjach życiowych przez zmieniającego się w czasie człowieka.
Budujemy system moralności tak, żeby nie przeczył rozpoznawanemu przez nas na codzień dobru i złu - nie zaś staramy się na siłę „rozpoznawać” dobro i zło tak, żeby wpasować je w zadany z góry system.
Nie usiłujmy więc przekonać samych siebie wbrew najgłębszemu, najszczerszemu odczuciu, że pajęczarstwo jest złem, ażeby nam logicznie pasowało do ewidentnego zła złodziejstwa kieszonkowego czy zła napadów na banki.
„Etyka precedensowa” wydaje mi się sensowniejsza w czasach przełomu, zmiany cywilizacyjnej, gdy nie potrafimy opowiedzieć nowego świata pojęciami ze świata starego. Prawo zaś (dobre prawo) podąża za powszechną etyką - nie na odwrót.
Analogia z próbami dekryminalizacji np. prostytucji nie ma tu zastosowania: problemem nie jest nowe prawo wobec starego jak świat zjawiska, lecz stare, nieadekwatne prawo wobec zjawiska zupełnie nowego.
W jaki jednak sposób kształtuje się w nas owa gnome? W szczególności skąd takie jej nastawienie względem pajęczarstwa?
Zdaje mi się, iż kluczową kwestią jest tu specyficzna mentalność - i to nawet nie tyle “mentalność polska”, co mentalność pokoleniowa: pokolenia, które weszło w cywilizację informacji w latach osiemdziesiątych i na początku lat dziewięćdziesiątych. Mindset pajęczarza nie da się przecież sprowadzić do fenomenu kryminalnego, ekonomicznego, politycznego. Korzeniami sięga i kombinatorsko-załatwiackiej mentalności PRL-u, i kultury chałupnictwa komputerowego, w jakiej wyrośliśmy wszyscy.
Kto pamięta naszego polskiego „Robbo”? A „Boulder Dasha”? A gry jeszcze starsze? Zgrywało się je na taśmach magnetofonowych (kupowanych za dolary w Peweksie, bo tylko takie gwarantowały odpowiednio wysoką jakość). Atari nie miało wówczas stacji dysków miękkich - były cartridge i magnetofony. Wgranie z taśmy jednego programu mogło trwać długie godziny: gdy wystąpił błąd, trzeba było zaczynać wszystko od początku. Zdobywszy wprawę, rozpoznawaliśmy owe błędy na słuch: po wysokości i melodii szumu, jakim program objawiał się jako zapis dźwiękowy. Polskie audycje radiowe dla pionierów informatyki zwykły kończyć się transmisją programów właśnie w postaci dźwiękowej - nagrywało się te symfonie wizgów i trzasków na kasprzaki, modląc się o brak zakłóceń w eterze. (Audycje szły późno w nocy).
Wyższe przesądy i bardziej skomplikowana ezoteryka komputerowa towarzyszyły owemu wielogodzinnemu wgrywaniu softu z magnetofonu w pamięć atarynki: jeden źle odczytany bajt skopie cały program, głowica nie ma prawa przeskoczyć ani o ułamek milimetra, taśma nie ma prawa się zwinąć - nie wolno było dotknąć urządzenia, ba, trącić stołu, tupnąć, trzasnąć drzwiami. Nigdy nie dało się przewidzieć, co spowoduje fatalny skrzek czy pisk. Toteż lepiej się nie poruszać zbyt gwałtownie, nie mówić zbyt głośno. Sąsiad borujący sobie wtem ściany to kara boska, na którą widać zasłużyliśmy jakimiś zapomnianymi przewinami.
Po udanym załadowaniu gry zabawa się bynajmniej nie kończyła - bo naturalnie nie dysponowaliśmy żadnymi do gry instrukcjami, a ten soft odpalał się nierzadko z poziomu Basica. Często trzeba było próbować różnych kombinacji klawiszy na chybił-trafił. Podobnie potem w grze: odkrywaliśmy kolejne opcje i sposób sterowania metodą prób i błędów. Periodyki komputerowe drukowały skrócone przewodniki, sporządzaliśmy je też sami, wymienialiśmy się nimi w szkole. Była bowiem gra i była gra na grze: rozwiązywanie gry.
Legalne? Nielegalne? Równie dobrze mogliby nas pytać zgodność Turbo Pascala z pismami Lenina. Tymczasem mentalność pajęczarska wdrukowała się w nas na amen.
Być może i ponadproporcjonalna popularność w Polsce pecetowych składaków stąd się bierze: z imperatywu samodzielnego złożenia, dopasowania, skombinowania hardware’u i software’u. Co to za komputer, który kupuję w zamkniętym, gotowym pakiecie? Co to za komputer, którego nie ROZWIĄZUJĘ?
Paradoksalne, irracjonalne, niewygodne, tak, tak, wiem. Ale siedzi w nas, wrosło w kościec.
Co oczywiście nie znaczy, iż nie istnieją jakieś warunki brzegowe pajęczarstwa. W dyskusjach z innymi ofiarami maszyny dochodzę często do zgody, że gdyby istniał system legalnego nabywania filmów i seriali w postaci cyfrowej do „jednorazowego użytku” co najmniej tak wygodny jak dzisiejsze sieci p2p, a opłata wynosiłaby tam, powiedzmy, 10% ceny DVD (taki globalny Netflix następnej generacji), to - mając dodatkowo gwarancję jakości towaru i minimalizacji opóźnień publikacji - wszyscy zostalibyśmy wiernymi klientami. Ba, pewnie opłacalibyśmy z góry pakietowy abonament. Ile w końcu może człowiek pracujący obejrzeć w ciągu miesiąca? Tak czy owak, nie zrobią się z tego wielkie sumy. Większości ściągniętych filmów bynajmniej się nie ogląda - zapychają tylko dysk, gdy czekamy wciąż na mityczny „czas wolny”.
Innym warunkiem brzegowym jest brak preselekcji wolnodostępnych dóbr kultury. Pozostańmy przy medium filmowym. W ostatnich latach nasze kina sformatowano pod repertuar multipleksowy do tego stopnia, że człowiek nie mieszkający w największych metropoliach nie ma najmniejszej szansy obejrzeć legalnie dzieł choć lekko wykraczających poza mainstream. A niemal wszystkie najwyżej przeze mnie cenione filmy z ostatnich lat należą do kategorii niskobudżetowych produkcji „pozaobiegowych”.
Podobnie wygląda sprawa z serialami telewizyjnymi. Wydawałoby się, że telewizor w każdym domu i dziesiątki kanałów otwartych plus stacje kablowe załatwią sprawę. Gdzież tam! Arcydzieło narracji filmowej, serial „The Wire”, szedł w Polsce tylko przez dwa pierwsze sezony. Reszty nie byliśmy godni.
Dochodzi do tego kwestia wolności decyzji o formie odbioru sztuki. W telewizjach kablowych jest trochę lepiej, ale już w TVN rzeczony „The Wire” (emitowany zresztą o potępieńczej porze) mogliśmy poznać wyłącznie zagadany skrótowym tłumaczeniem przez polskiego lektora. A akurat w przypadku takich seriali warstwa językowa - te wszystkie slangi, poezje uliczne, przeplatające się melodie i barwy żywej angielszczyzny - ma kolosalne znaczenie. Dialogi w „Deadwood” to mistrzostwo dramatopisarstwa: nawet pijany zbir przeklina tam w zdaniach wielokrotnie złożonych, z homerycką kadencją i biblijnymi metaforami, w angielskim bogatszym od wszystkiego, co słyszymy współcześnie w kinach.
Legalna alternatywa dla pajęczarstwa musiałaby więc gwarantować dostęp do wszystkich tytułów, włącznie z tymi najbardziej niszowymi; nie mógłby to być kolejny kanał wielkich wytwórni dla upchnięcia swoich hitów, lecz pas transmisyjny od każdego najmniejszego twórcy i producenta. Już widzę włosy jeżące się na głowach prawników.
Istnieje wszakże bardzo mocny argument przeciwko pajęczerstwu. Prawo do dostępu do dóbr kultury nie jest mianowicie podstawowym prawem człowieka - jak prawo do życia czy prawo do wolności. Cóż z tego, że nie ma dobrej alternatywy dla pajęczarstwa? Życie nie trwa wiecznie, nie przeczytamy wszystkich książek, nie wysłuchamy wszystkiej muzyki, trzeba się z tym pogodzić.
Tak naprawdę jednak nie przykładam tu wielkiej wagi do formuł prawnych, kodeksowych; nie od legislatorów przyjdą nowe rozwiązania. Podobnie przebiegają bowiem inne rewolucje-ewolucje cywilizacyjne: prawdziwa walka toczy się na froncie popkultury, języka, mody. Nie żadni politycy wywalczają prawa dla homoseksualistów, ale trendsetterzy, celebryci, redaktorzy wpływowych mediów, pisarze, publicyści, blogerzy. (Homoseksualizm kobiecy już jest cool; homoseksualizm męski dopiero wyważa te drzwi za pomocą „Brokeback Mountain” itp. dzieł wzorcowych). Aż osiągnięty zostaje punkt, w którym utrzymanie starego prawa staje się „nie do pomyślenia”.
Sądzę, że dla pajęczarstwa miniemy tę granicę w ciągu 10 lat. A w jakich paragrafach skodyfikują potem owo powszechne przekonanie politycy i jak się do uzusu przystosuje gospodarka - to już rzecz na inną gawędę.

d1e3qzg

Podziel się opinią

Share
d1e3qzg
d1e3qzg