Trwa ładowanie...

Batman: Przeklęty – Recenzja komiksu wydawnictwa Egmont

Pisanie, że "Batman: Przeklęty" to wiele hałasu o nic, byłoby krzywdzące. Zarówno dla Lee Bermejo, jak i przyrodzenia Bruce'a Wayne'a.

Share
Batman: Przeklęty – Recenzja komiksu wydawnictwa EgmontŹródło: Materiały prasowe
d32irft

O komiksie zrobiło się głośno we wrześniu 2018 r. Ktoś w DC stwierdził, że nazwiska Azzarello i Bermejo to najwyraźniej za mało, aby wypromować 3-częściową serię i nowo powstały inprint DC Black Label przeznaczony tylko dla dorosłych.

"Batman: Przeklęty" miał być więc pierwszym komiksem, gdzie panicz Wayne pokazał się w wersji full frontal. Oczywiście zeszyty schodziły na pniu. Do czasu, bo pod naciskiem zniesmaczonych czytelników DC pokaźne przyrodzenie brutalnie ocenzurowało. Ale reklama zrobiła swoje.

Materiały prasowe
Źródło: Materiały prasowe

Jednak czytając "Przeklętego" łatwo dojść do wniosku, że penisowy marketing wcale nie był takim niedorzecznym pomysłem. Bo po komiks warto sięgnąć w zasadzie to tylko dla rysunków Lee Bermejo.

d32irft

Zaczyna się intrygująco. Z rzeki policjanci wyławiają ciało Jokera. Wszystko wskazuje, że Batman złamał swoje zasady i zadał o jeden cios za dużo. Kłopot w tym, że nie pamięta nic z feralnej nocy. W ustaleniu faktów pomaga mu John Constantine. Razem wyruszają w podróż po obskurnych zaułkach Gotham City, docierając przy okazji do najdalszych zakątków podświadomości Bruce'a Wayne'a.

"Batman: Przeklęty" rozpoczyna trzęsienie ziemi, ale napięcie zamiast rosnąć szoruje pod dnie. Detektywistyczne story szybko zmienia się w opowieść z pogranicza jawy i sennego koszmaru. Bełkotliwą, pretensjonalną, upstrzoną przemyśleniami o życiu i śmierci na poziomie egzaltowanego licealisty.

Materiały prasowe
Źródło: Materiały prasowe

Trzeba oddać Brianowi Azzarello sprawiedliwość: ciekawie rozwija wątek dzieciństwa Bruce'a i relacji między jego rodzicami. Ale czy naprawdę potrzebowaliśmy kolejnej reinterpretacji najważniejszego motywu z mitologii Batmana? Śmiem wątpić. Ogromnie cieszy też obecność Etrigana (Azzarello ma na niego fajny pomysł) czy Potwora z bagien (jego nigdy dość), ale ich pojawienie się, podobnie jak wielu innych postaci, w kontekście fabuły nie jest niczym umotywowane. Innymi słowy: mogłoby ich w ogóle nie być.

d32irft

Honor "Przeklętego" popisowo ratuje Lee Bermejo. Facet dał się poznać m.in. dzięki poprzednim kolaboracjom z Azzarello przy "Jokerze" i "Luthorze". Jednak to, co tam pokazał, to bazgroły w porównaniu do oprawy "Przeklętego".

Materiały prasowe
Źródło: Materiały prasowe

Jego skrajnie realistyczny styl, naturalizm, nieoczywiste ujęcia, wspaniale nasycone kolory i nieprzeciętne kadrowanie sprawiają, że momentalnie wybaczycie niedyspozycję scenarzysty. Nietypowy, lekko powiększony format albumu też robi tu swoje. Koniec końców "Batman: Przeklęty" to zdecydowanie komiks do oglądania, a nie czytania. Ale chyba nie o to chodziło.

A penis? Polskie wydanie albumu zostało oczywiście ocenzurowane. Ciekawskich odsyłam np. tutaj.

ZOBACZ TEŻ: Komiks - renesans gatunku
d32irft
Oceń jakość naszego artykułu:
Twoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.

Komentarze

Trwa ładowanie
.
.
.
d32irft
d32irft