Banda Michałka wyrusza na indyjską przygodę. Takie wakacje to jest coś!

Wydana pięć lat temu książka "Banda Michałka" podbiła serca młodych czytelników.Tym razem żoliborska grupa przyjaciół wyrusza na prawdziwie egzotyczne wakacje. I nie sposób zaprzeczyć, że czeka ich wyjątkowa przygoda. Dzięki uprzejmości wydawnictwa Prószyński i S-ka publikujemy fragment książki "Banda Michałka na wakacjach" Ewy Karwan-Jastrzębskiej.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
"Banda Michałka na wakacjach" już w sprzedaży
"Banda Michałka na wakacjach" już w sprzedaży (Materiały prasowe)
WP

GROBOWIEC HUMAJUNA

Nasza indyjska wyprawa nabiera rumieńców. Takie wakacje to jest coś! Dziś podczas śniadania Iwona przekazała nam ważną wiadomość. Mieliśmy zwiedzać grobowiec.
– Znajdziemy się dziś w miejscu, gdzie zobaczycie, że to prawda, iż kultura Wielkich Mogołów wprowadziła do architektury Indii elementy perskie.
Czasem Iwona przemawiała jak prawdziwy przewodnik.
– Jakkolwiek to brzmi, brzmi dobrze – ze śmiertelnie poważną miną oznajmił Rysio, który od czasu pobytu w świątyni sikhów stał się dziwnie milczący.
Po naszej ostatniej wyprawie na Kretę ilekroć słyszę słowo „grobowiec”, przeszywa mnie dreszcz. Nie tylko zresztą mnie, bo każdy z bandy, gdy myśli o Minotaurze, ma potem nocne koszmary.
– Czy są tam jakieś potwory do pokonania? – spytał słynący ze swojego ścisłego umysłu Krystian.
– Jedyne, co będziecie musieli pokonać, to wasza skłonność do rozrabiania – stwierdziła Rebeka, zerkając gniewnie na Jerzyka.
Jeszcze mu nie wybaczyła tego, co zrobił w świątyni sikhów. Ale trzeba przyznać mamie naszego przyjaciela, że zachowała zimną krew. I zrobiła najwięcej placuszków ze wszystkich pomagających mam. Babcia twierdzi, że człowiek, gdy się denerwuje, musi zająć czymś ręce. Pewnie dlatego Rebeka tak się wykazała.
Byliśmy więc gotowi na wyprawę bez przygód, co było miłą odmianą wobec wydarzeń wczorajszego dnia.

Grobowiec Humajuna leży w samym sercu New Delhi. Od razu spodobało nam się piękne otoczenie grobowca. Budowano go przez osiem lat. I od szesnastego wieku stoi w nienaruszonym stanie. Do grobowca prowadzi szesnaście nisz grobowych! Już to mnie zaniepokoiło. Marysia, nasza osobista agentka, wyczytała, że pochowano tam nie tylko władcę, ale też jego rodzinę. W salach o kształcie oktagonalnym. Wiecie, co to oznacza? Pewnie nie. Ja też nie wiedziałem, ale już wiem. To pomieszczenia ośmiokątne. I w każdym z tych pomieszczeń znajdował się sarkofag ze zmarłym członkiem rodziny. W centralnym punkcie grobowca umieszczono samego władcę.
Przychodzą tu całe indyjskie rodziny. Babcie, dziadkowie, mamy, ojcowie, dzieci. Czasem też szkolne wycieczki, bo widzieliśmy grupę dziewczynek z dwiema nauczycielkami. Niesamowite, że wszyscy chcą zobaczyć ten grobowiec. Chyba naprawdę warto.

WP
Materiały prasowe
Podziel się

Gdy weszliśmy po schodach przez bramę prowadzącą do marmurowej alei, musieliśmy zdjąć buty. Już się przyzwyczaiłem, a po przygodzie w świątyni sikhów uznałem, że to nawet dobry zwyczaj, bo jest tu tak czysto, że można byłoby ucztować na ścieżce bez talerzy. Wyobraziłem sobie, jak siedzimy, blokując przejście, i zaśmiałem się z tej wizji. Rysio spojrzał na mnie pytająco.
– Tak tu czysto, że nic, tylko usiąść i urządzić sobie piknik – wyjaśniłem.
– W Warszawie się tak nie da. Chodniki są zakurzone, bo nikt ich nie sprząta kilka razy dziennie. Inna kultura – zgodził się mój przyjaciel. – Ale gdy wrócimy, urządzimy piknik w ogrodzie Feniksa.
Lubimy spotykać się na moim podwórku i urządzać tam przyjęcia. Każdy coś przynosi i czasem wpadają też sąsiedzi. Panie z koła malarskiego, które dzięki nam mają swoją pracownię na strychu, pies pana Wiesia (aby coś ukraść) czy starsi państwo z parteru, którzy po wyprowadzce dzieci czują się bardzo samotni. Słuchamy wtedy ciekawych historii i zawsze jest to albo pouczające, albo zabawne. Albo i to, i to. Teraz jednak byliśmy w Indiach i piknik musiał poczekać, bo przed nami rozciągała się piękna budowla.
Grobowiec Humajuna w sercu New Delhi to zapierający dech w piersiach przykład architektury Mogołów, łączącej sztukę indyjską ze sztuką perską. Zapamiętałem to z opowieści Iwony i faktycznie zaparło mi dech, gdy znalazłem się tuż przed pałacem – bo grobowiec wyglądał jak królewski pałac.
– Nie szkoda tak pięknej budowli na grobowiec? – spytał Drzewo, wpatrując się w marmurowe wykończenia fasady. – Mogłaby tu zamieszkać duża rodzina.
– Albo na przykład bezdomni, tak wielu widuje się ich w Indiach – dodała Marysia.
– Miejsca kultu są potrzebne, świadczą o szacunku dla historii. W tej kulturze trwają jako dowód jej wielkości – wyjaśniła Iwona. – Grobowiec jest pamiątką po rządach Humajuna, wybudowała go żona po śmierci męża, a projekt stworzył perski architekt.
– No to nikt w nim nie zamieszka – podsumował dyskusję Filip. – Ja zrobiłbym w nim salę koncertową.

Mama spoglądała na nas ze zgrozą, a tata udawał, że nie słyszy, zajęty liczeniem widocznych w perspektywie wejść do budowli. Nie zdążyliśmy się nawet rozkręcić, bo już doszliśmy do tego zabytku klasy światowej, wpisanego na listę UNESCO. Tak, tak, to prawda. Zatem i tak nikt nie mógłby tu nic zmienić, bo takie zabytki są nie do ruszenia.
Na dziedzińcu było niewiele osób. Dwie kobiety z dziećmi i chłopak z dredami, który wyraźnie gapił się na Marysię. Ale ona tego nie zauważyła, a po chwili zniknęliśmy we wnętrzu budowli. W środku panowała cisza. I wszechobecny chłód. Nie było zbyt wielu turystów, więc mogliśmy przenieść się myślą do czasów, kiedy stawiano grobowiec. To taka nasza gra. Wyobrazić sobie, jak było dawniej, i poczuć klimat miejsca. Każda sala wydawała nam się podobna i inna zarazem. Z lotu ptaka budowla wyglądała jak porzucony w ogrodzie gigantyczny tort. Zerknąłem w komórce do internetu, aby zobaczyć zdjęcie grobowca.

WP

– Chodź, zajrzymy przez każde wejście do środka – zaproponowała Marysia. – Sprawdzimy, czy coś się zmieni. Czasem można zobaczyć coś, co ukryte jest przed światem właśnie dlatego, że nikt nie zadał sobie trudu, aby to dostrzec.
Czasem Marysia ujawniała swoje prawdziwe oblicze. W głębi duszy była myślicielem. Chciała zrozumieć zasady rządzące wszechświatem. Sądzę, że wybierze się na fizykę i dokona jakiegoś ważnego odkrycia.
Tymczasem rodzice dyskutowali na temat jakiegoś detalu, jak wiecie, detal to drobiazg, szczegół budowli czy drobny przedmiot, który może, ale nie musi określać większą całość. Wytłumaczył mi to kiedyś tata.
Tak więc niezauważeni przez nikogo, poza całą bandą, która z miejsca za nami ruszyła, postanowiliśmy przeprowadzić eksperyment. Było nas ośmioro, a wejść szesnaście, więc każdy obstawiał dwa wejścia. Dzięki temu mogliśmy jednocześnie widzieć wnętrze ze wszystkich stron. Marysia poprosiła nas o zrobienie zdjęć z perspektywy każdego wejścia. Nie bardzo rozumieliśmy po co, ale postanowiliśmy spełnić jej prośbę.

Słońce padało prosto na moje wejście. W powietrzu unosiły się drobinki kurzu, które wirowały jak złoty pył. Dwa wejścia dalej stał Franciszek. Wpatrywał się intensywnie w jeden punkt. Znałem tę minę. Teraz, gdyby nawet ktoś wystrzelił z armaty, to i tak by nie usłyszał. Drzewo bowiem zamyślił się głęboko nad sobie tylko znanymi sprawami. Po przekątnej widziałem rąbek spódnicy Marysi. Wyciągnąłem komórkę, aby zrobić zdjęcie, gdy naraz rozległ się krzyk Filipa:
– Tu coś stoi! Jakiś wielki plecak!
Wiecie, co to oznacza, prawda? Każda znaleziona rzecz bez właściciela stanowi potencjalne zagrożenie. Może być ładunkiem wybuchowym, może się tam też kryć jakaś broń. Nie na darmo oglądaliśmy dużo filmów. Wiedzieliśmy, co robić. W ułamku sekundy ruszyliśmy biegiem w stronę dorosłych, rodzice nadal zwiedzali ogród, w którym położony był grobowiec. Zobaczyłem mamę i tatę i odetchnąłem z ulgą. Tata co prawda nie był saperem ani komandosem, ale potrafił znaleźć rozwiązanie każdego problemu.
– Tam jest bomba! – wrzasnął Rysio, dając susa w kępę krzewów.
Zapadła cisza. Znacie to uczucie, kiedy świat staje w miejscu i wszyscy widzą dokładnie całe swoje życie? Babcia mówiła, że podczas wojny jako mała dziewczynka ciągle oglądała to swoje życie, aż wreszcie jej się to znudziło, bo ile razy można oglądać to samo. I przestała się bać. Na razie jednak wszyscy krzyczeli, a tata usiłował wytłumaczyć strażnikowi, że Rysio się czegoś przestraszył i zaraz dowiemy się, o co chodzi.
– Proszę pana – odezwała się Marysia, dygając grzecznie jak na imieninach u cioci. (Kiedyś nam to wyjaśniła, że jej ciocia miała słabość do przedwojennych zwyczajów i wpajała je wszystkim dzieciom w rodzinie). – Tam stoi wielki plecak i wygląda niezwykle podejrzanie. Nie chcemy przesądzać, ale przypuszczamy, że ktoś ukrył w nim bombę. Przy tym plecaku nikogo nie ma – dodała, aby przekonać dorosłych do naszej wersji.
– Tam, to znaczy gdzie? – Tata nie tracił zimnej krwi.
– Tam przy wejściu… – Zmarszczyła brwi, szybko licząc w pamięci. – Dziewiątym! To wejście obstawiał Filip i to on odkrył plecak.

WP

Tata przetłumaczył strażnikom słowa Marysi. Jeden z nich porozumiał się przez krótkofalówkę z kolegami i za chwilę na dziedzińcu zaroiło się od mundurowych. Lubimy, gdy coś się dzieje i możemy pomóc w kryzysowych sytuacjach. Lubimy też policjantów i strażaków. Strażaków nieco mniej, bo kiedyś ściągali z dachu szkoły Jerzyka i mnie. Ja byłem tylko negocjatorem, ale i tak nie miało to znaczenia. Tym razem strażaków nie było, byli za to komandosi w czarnych strojach i kominiarkach. Wparowali na dziedziniec jak w filmie i zbliżyli się ostrożnie do plecaka, jakby był jedną wielką bombą. Jeden z nich trzymał przed sobą jakiś długi przedmiot z czujnikiem. Zanim jednak rozpoczęli akcję, wyprosili wszystkich zgromadzonych za bramę, tam, gdzie zostawiliśmy buty. Zrobiło się straszne zamieszanie. Ludzie uciekali w panice. Niektórzy, co zauważyliśmy z Filipem i Franciszkiem, ukryli się za filarami i udawali, że nie słyszą wezwania do ewakuacji. Ciekawość była silniejsza, bo jak mówi moja babcia, to jest pierwszy stopień do piekła. Zajęliśmy strategiczną pozycję tuż przy wejściu, zaglądając do środka tak, aby nikt nie mógł nam zwrócić uwagi. Komandos z urządzeniem na długim metalowym pręcie zbliżał się właśnie do plecaka. To musiał być specjalista od rozbrajania bomb.

– Widzisz, Rysiu? – mruknąłem do kumpla, szturchając go łokciem. – Mają takie urządzenie do wykrywania materiałów pirotechnicznych.
Wiedzieliśmy sporo na ten temat, bo parę lat temu w szkole na lekcji wychowawczej pani Maryla puściła nam film o różnych zagrożeniach i pułapkach współczesnego świata. Dlatego byliśmy tacy mądrzy.
Rysio nie słuchał mnie, tylko wymknął się za bramę i skradał się teraz jak ninja do wyszkolonych nie gorzej niż on komandosów, aby przyjrzeć się z bliska temu, co robią. W momencie, gdy dzieliło go od nich zaledwie kilka metrów, tuż przed nosem naszego japońskiego przyjaciela przebiegł chłopak z długimi dredami, wrzeszcząc jak opętany po angielsku:
– Zostawcie mój plecak!
W rękach trzymał aparat fotograficzny, który w ciągu sekundy został mu wytrącony z rąk i wylądował daleko przy bramie, tuż pod stopami Marysi. I zanim się nasz sprinter obejrzał, leżał już na ziemi, przygnieciony przez dwóch komandosów.
Już wiecie, co się stało, prawda? Oczywiście zostawił plecak, bo chciał zrobić zdjęcie z drugiej strony świątyni. W tym plecaku nosił cały swój dobytek, a my napuściliśmy na niego prawie całą armię dorosłych.
Gdy sprawa się wyjaśniła, przepraszaliśmy na zmianę nowego kolegę. Miał na imię Bob i mieszkał na Florydzie. Marysia oddała mu aparat, a on zrobił jej chyba z dziesięć zdjęć. Był od nas starszy o dwa lata i mieszkał daleko, ale i tak nie podobało nam się to, że tak skacze jak małpa z aparatem, a nawet, jakby mu tego było mało, z komórką, aby uwiecznić naszą koleżankę.
– Co się tak denerwujecie, chłopaki? – spytała zdziwiona Marysia, widząc nasze wściekłe miny. – Dzięki mnie nikt mu nie ukradł plecaka, a w dodatku uratowałam mu aparat. Musi mnie przedstawić swojej mamie, tak powiedział.
– A co? Chce ci się oświadczyć? – wycedził z przekąsem Jerzyk. – Szybki jest.

Babcia zawsze mówi, że pytać o coś z przekąsem to tak, jakby kogoś ukąsić słowem, i to by się zgadzało, bo Marysia miała minę, jakby ktoś ją ugryzł.
Bob w końcu sobie poszedł (ale przedtem zaprosił Marysię do znajomych na Facebooku), ale gdy tylko zniknął, usłyszeliśmy sygnał przychodzącej wiadomości i nasza przyjaciółka uśmiechnęła się, zerknąwszy na monitor swojego telefonu. Na pewno wrzucił jej zdjęcie zrobione komórką. Świetnie. Kolejna ofiara Marysi. Nie wiem, co ta dziewczyna w sobie ma. Powinna być chłopakiem, to mielibyśmy spokój. Ale temat się skończył i to było najważniejsze. Zostaliśmy pochwaleni przez strażników za czujność i nikt się na nas nie gniewał, a nawet dostaliśmy na pamiątkę kartki z grobowcem z autografami komandosów, bo poprosiliśmy ich o podpisy i chyba byli zadowoleni.
– Wszystko dobre, co się dobrze kończy – westchnęła mama i wskazała nam stojące na schodach buty. Ociągaliśmy się trochę, wkładając je, bo nie na co dzień można spotkać indyjskich komandosów, więc bardzo nam się tu spodobało.

Powyższy fragment pochodzi z książki "Banda Michałka na wakacjach" Ewy Karwan-Jastrzębskiej, która ukazała się nakładem wydawnictwa Prószyński i S-ka.

WP

Obejrzyj: Chodakowska wspomina ślub: "Nie marzyłam o białej sukni. Obrączki dostaliśmy od Asi"

WP
WP
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Wow!
0
Ważne
0
Słabe
0
Straszne
Trwa ładowanie
.
.
.
WP