Trwa ładowanie...
d4lu2hj

Bagno wokół cudu

W maju 1965 roku, w Zabłudowie, niewielkim miasteczku niedaleko Białegostoku, objawiła się Matka Boska. Nie księdzu, ani zakonnicy, ale zwykłej, prostej dziewczynie – 14-letniej Jadwidze Jakubowskiej. Tak po prostu, na łące. O cudzie szybko usłyszała cała okolica i na zabłudowską łąkę zaczęły pielgrzymować tłumy. A że był rok 1965 i wielkimi krokami zbliżały się oficjalne uroczystości 1000-lecia chrztu Polski, władza ludowa nie mogła sobie pozwolić na „niekontrolowany” cud. 30 maja, w dzień wyborów do Sejmu i Rad Narodowych, posłano więc na zabłudowską łąkę milicję. A później posiłki.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Bagno wokół cudu
( )
d4lu2hj

W maju 1965 roku, w Zabłudowie, niewielkim miasteczku niedaleko Białegostoku, objawiła się Matka Boska. Nie księdzu, ani zakonnicy, ale zwykłej, prostej dziewczynie – 14-letniej Jadwidze Jakubowskiej. Tak zwyczajnie, na łące. O cudzie szybko usłyszała cała okolica i na miejsce cudu zaczęły pielgrzymować tłumy. A że był rok 1965 i wielkimi krokami zbliżały się oficjalne uroczystości 1000-lecia chrztu Polski, władza ludowa nie mogła sobie pozwolić na „niekontrolowane” objawienie. 30 maja, w dzień wyborów do Sejmu i Rad Narodowych, posłano więc na zabłudowską łąkę milicję. A później posiłki.

Historię zapomnianego cudu i wszystkiego, co się wokół niego działo, odświeża Piotr Nesterowicz, autor wydanej przez Dowody Na Istnienie książki „Cudowna” . Jego reportaż to nie tylko praca o charakterze historycznym – przypominająca niezwykły epizod sprzed pięćdziesięciu lat, ale i poruszająca opowieść o ludowej władzy bojącej się cudu; małej ludzkiej zawiści i wielkiej wierze wystawionej na próbę.

Na zdjęciu: nastoletnia Jadwiga Jakubowska

d4lu2hj

(img|586122|center)

Normalne miasteczko

Zabłudów leży około 20 kilometrów od Białegostoku. W 2012 roku liczył sobie 2500 mieszkańców. Jednak w latach 60. był dużo mniejszy – mieszkało w nim około 1500 osób. Typowa mieścina na ścianie wschodniej - kościół, cerkiew, okręgowa mleczarnia, dająca zatrudnienie także ojcu Jadwigi, Zygmuntowi.

Podobnie niepozorna była jego córka, Jadwiga. Podrozdział o niej Nesterowicz tytułuje prosto - „zwykła”. „W szkole niczym się nie wyróżniała” – czytamy. „Chodziła do siódmej klasy zabłudowskiej podstawówki. (...) Była zdyscyplinowana, spokojna, ale jako uczennica – przeciętna. Powtarzała trzecią klasę, na przełomie 1965 i 1966 roku dostała dwie oceny niedostateczne”. Znający ją pedagodzy opisywali ją, jako „dziecko nadmiernie wrażliwe, bojaźliwe, skłonne do przewidzeń i urojeń”. I, co ciekawe, mające „ograniczoną poczytalność”.

d4lu2hj

Do pierwszego objawienia doszło 13 maja 1965 roku. Jadwiga poszła na łąkę zbierać szczaw, nie doniosła go jednak do domu. „Poraziła ją jasność. Zobaczyła świetlisty punkt, który się do niej zbliżał, a w jego blasku postać wysokiej kobiety ubranej w białą suknię i niebieski płaszcz. Kobieta unosiła się w powietrzu, niezbyt wysoko nad ziemią”. Nie zdążyła nawet przemówić, przestraszona 14-latka uciekła.

Drugie objawienie wydarzyło się kilka dni później. Tym razem Jadwiga nie była już sama – towarzyszyła jej matka, Maria, wielka orędowniczka cudu, i kilka najwierniejszych przyjaciółek, sąsiadek, które wkrótce uznają się za najbardziej kompetentne by mówić o cudzie lub jego braku. Matka Boska nie zawiodła i pokazała się dziewczynce. Tym razem Jadwiga nie uciekła, a Maryja przemówiła: „Módlcie się i nawracajcie, bo jeśli nie, mój Syn będzie surowo karał. Przyjdź, dziewczę kochane w niedzielę w to samo miejsce” – tylko tyle.

Kolejna niedziela wypadała 23 maja. Na pastwisku pojawiło się już 300 osób – to zachęceni wieściami o cudzie mieszkańcy Zabłudowa i okolic. Idąca na łąkę Jadwiga otoczona była prawdziwym „orszakiem” (albo „strażą”) – eskortowała ją matka i wierne sąsiadki. Matka Boska powiedziała: „Dziewczę ogłaszaj wszystkim ludziom, żeby się modlili”. Zapowiedziała też, że ukaże się raz jeszcze – 30 maja.

(video|https://www.youtube.com/watch?v=GypKRWByIF8|620|350)

d4lu2hj

Panika władzy

I właśnie wtedy postanowiła wkroczyć władza ludowa. 30 maja 1965 roku, przed jedenastą rano, do Zabłudowa ruszyło 16 funkcjonariuszy ZOMO w dwóch samochodach terenowych. Mieli za zadanie rozpędzić tłum, mogli użyć pałek. Szybko jednak okazało się, że skierowane do Zabłudowa siły będą niewystarczające. Nesterowicz cytuje meldunki milicjantów. Już o 12:12 mówili przełożonym, iż w Zabłudowskim kościele modli się około 800 osób, które po mszy chcą ruszyć na łąkę. Na miejsce wysłano więc posiłki – osiemnastu funkcjonariuszy plus radiowóz.

Sytuacja zgęstniała, gdy ZOMO zastąpiło wiernym drogę. Padły okrzyki „Po trupach, ale dojdziemy!”, poleciały pierwsze kamienie. Wkrótce milicjanci stanęli naprzeciw rozgniewanego tysiącosobowego tłumu. To wtedy rzucono okrzyk wychwalany przez Mariusza Szczygła na okładce „Cudownej”: „Zezwalam na użycie płaczących”. Mowa oczywiście o granatach łzawiących. Nie przyniosły one jednak skutku. Tak, jak skierowane w powietrze strzały ostrzegawcze. Ostatecznie o 17:30 otoczeni policjanci się wycofali – czterech z nich było rannych, 25 odniosło lżejsze obrażenia. W powietrze wystrzelono trzydzieści siedem sztuk amunicji.

Przestraszone takim obrotem sprawy lokalne władze postanowiły jak najszybciej „zabić ten cud” (takich słów używa Nesterowicz). Wiadomo już jednak, że opcja siłowa nie wchodzi w grę – za wszelką cenę chciano uniknąć zamieszek, które nie tylko mogłyby się rozlać po okolicy, ale i mogłyby doprowadzić do narodzin kultu. Skoro opcja siłowa nie zadziałała, obrano inną, o wiele bardziej dyskretną strategię. Postanowiono ośmieszyć cud i wierzących w niego ludzi.

d4lu2hj

Z Marią Jakubowską, największą propagandystką cudu, walczono najzajadlej – zarzucając jej chorobę psychiczną i kierując na przymusową obserwację. Na „święte źródełko” bijące niedaleko miejsca objawienia nasłano wojewódzkiego inspektora sanitarnego, który zarządził przeprowadzenie obowiązkowych szczepień mieszkańców Zabłudowa. Zakrojoną na szeroką skalę akcję ogłoszono wielkim sukcesem, przemilczając fakt, iż w 1965 roku liczba zachorowań na dur brzuszny i czerwonkę była mniej podobna do tej z poprzednich lat.

W plan wtajemniczono też przychylnych władzy, miejscowych dziennikarzy. W „Gazecie białostockiej”, z której naczelnym spotkał się oficer SB, opublikowano w lipcu artykuł „Zabłudowskie refleksje”, w którym można było przeczytać: „Oburzenie ogarnia każdego człowieka na widok rozhisteryzowanych dewotek, sytych, zdrowych, zawistnych, które wykorzystując nieszczęście innych, pchają ich w kierunku fałszywym, utwierdzając w nich złudzenia”. „Nowa wieś” donosiła zaś, iż „miejscowi znają doskonale wartości etyczne rodziny J., wiedzą, że tato chętnie zagląda do kieliszka, a mama nie odznacza się łagodnym usposobieniem, chętnie wdaje się w spory z sąsiadami”.

Na zdjęciu: mieszkańcy Zabłudowa, rok 1998

(img|586123|center)

d4lu2hj

Zresztą rodzinie Jakubowskich zarzucano nie tylko kłótliwość i lenistwo. Agenci SB, od których nagle zaroiło się w okolicy rozpuszczali plotki, iż rodzice Jadwigi przyjmowali od pielgrzymów pieniądze, które wcale nie zostały przeznaczone na miejscowy kościół. Oskarżeń tych nie rozwiewał miejscowy proboszcz – zastraszany przez milicję i SB. W ogóle bardzo niechętnie odnosił się do rzekomego cudu, bał się bowiem nie tylko wrogiej mu władzy, ale i sprzyjającym Jadwidze wiernym, którzy mogliby się „obrazić”, gdyby odciął się od objawień (jego obawy nie były pozbawione podstaw, w 1961 roku w diecezji sandomierskiej wierni siłą pozbyli się swojego proboszcza, a gdy to nie pomogło 500 parafian wybrało się 34 taksówkami, 2 autobusami i pociągiem do kurii i zaatakowało samego biskupa).

Zawiść i rozczarowanie

Ostatecznie to nie władza „zabiła cud”, a mieszkańcy Zabłudowa. Wokół cudu, Jadwigi i jej rodziców szybko zaczęły pojawiać się złe emocje. Narastały plotki i pomówienia. Jakubowskim zarzucano, że na cudzie się dorobili (Nesterowicz zauważa, iż ich sytuacja materialna rzeczywiście się poprawiła); że manipulowali pielgrzymami. Na zadane przez dziennikarkę "Wysokich Obcasów" pytanie: „O co ta zawiść?”, autor „Cudownej” odpowiada:

„Właściwie nie wiadomo. Częściowo na pewno o to, że niczym niewyróżniająca się dziewczynka i jej rodzina nagle znaleźli się na świeczniku. Pod jej domem co dnia stały setki pielgrzymów. Ale z czasem ludzie poczuli się rozczarowani, że nie mają świętej. Życie Jadwiga miała bardzo zwykłe, według wielu - bardzo nieudane. Cud się nie rozniósł. Inne objawienia owocowały tysiącami orędzi, stawiano kaplice i kościoły. Tutaj - marna kapliczka. Mieszkańcy miasteczka w dużej mierze przyczynili się swoim zachowaniem do tego, że cud zabili”.

d4lu2hj

Najciekawszy wydaje się wątek rozczarowania Jadwigą. Od dziewczynki, która po ukończeniu podstawówki, planowała iść do białostockiej szkoły gastronomicznej, a następnie pracować w ciastkarni, oczekiwano poświęcenia się Bogu. I rzeczywiście – świadkowa cudu wstąpiła do Zgromadzenia Sióstr Oblatek Serca Jezusa w Częstochowie. Przez pewien czas nawet jej się w nim podobało. Uczyła się francuskiego, chciała pojechać na misję do Konga. Jednak, chora na anemię, okazała się zbyt słaba, by w całości poświęcić się służbie. „Zamiast do Afryki trafiła do Trzebnicy, do klasztoru Sióstr Boromeuszek” – czytamy w „Cudownej”. Z powodu dalszych problemów zdrowotnych (przeszła nawet dwie operacje) musiała opuścić i ten zakon. Miała 23 lata.

Na zdjęciu: plebania w Zabłudowie spłonęła w 2006 roku

(img|586124|center)

Do Zabłudowa nie wróciła od razu. Obawiała się reakcji mieszkańców miasteczka. Wszak ich rozczarowała – nie okazała się taka „święta”, jak się po niej spodziewano. „Ukamienują cię” – miała przekonywać dziewczynę matka, która sama miała coraz więcej konfliktów z sąsiadami. Ostatecznie Jadwiga zamieszkała w Warszawie. Tutaj zakochała się w Tadeuszu, urodziła dziecko, zaszła w drugą ciążę. Jednak wybranek jej serca pił. Obawiająca się go Jadwiga wróciła więc do Zabłudowa. Z dzieckiem, w ciąży, bez ślubu. To ostatecznie zniechęciło do niej mieszkańców.

„Na początku ludzie spodziewali się czegoś wielkiego. Mówili, że mnie to wszystko przerosło” – mówi sama Jadwiga w rozmowie, na jaką udało się ją namówić Piotrowi Nesterowiczowi. „Ale co mnie miało przerosnąć? Może ludzie oczekiwali czegoś szczególnego, a ja tych oczekiwań nie spełniłam? Ale przecież niczego nikomu nie obiecywałam. Miałam tylko przekazać słowa Matki Boskiej. I to zrobiłam. (...) Starałam się żyć, jak umiałam najlepiej. (...) Przecież objawienie nie uczyniło mnie świętą. (...) Widzę w tym też palec Boży, że Bóg dopuścil do tego, bym uległa słabości przed ślubem. A potem dał mi krzyż, bym tę słabość odkupiła tu, na ziemi.”

Prawdziwość cudu

Nesterowicz ani słowem nie pisze o prawdziwości lub fałszywości cudu. Nie ocenia, jedynie relacjonuje. Paradoksalnie, kryje się w tym zarówno największa słabość, jak i siła tego reportażu. Słabość, bo „Cudowna” napisana jest oschłym, dokumentalnym językiem. To książka, która nikogo nie porwie. Do bólu obiektywna, drobiazgowa, świetnie udokumentowana (w pewnym momencie pojawiają się nawet wyliczenia cen butów, które kupili Jakubowscy). Przypominająca raczej oficjalny raport niż najwybitniejsze osiągnięcia polskiego reportażu literackiego. Siła, bo ocenę Jadwigi i tego, co wydarzyło się w Zabłudowie, Nesterowicz pozostawia czytelnikowi. Wierzy w jego empatię i inteligencję. Sam wycofuje się, ustawia w roli bezstronnego sprawozdawcy.

Jeżeli już staje po czyjejś stronie, to nie jest to strona wierzących, ani sceptyków, ale strona Jadwigi – 14-latki przekonanej o tym, iż spotkała Matkę Boską; doświadczonej przez los kobiety, którą rozczarowali się jej wyznawcy, tylko dlatego, że jej życie potoczyło się inaczej, niż oczekiwali; starszej pani mieszkającej w Zabłudowie, którego wielu mieszkańców wciąż jest jej nieprzychylnych.

Zwiastun sztuki "Wszyscy święci. Zabłudowski cud" wystawianym przez Teatr Wierszalin

(video|https://www.youtube.com/watch?v=otnpRVn0ZwU|620|350)

„Wobec samego cudu jestem sceptyczny. Ale Jadwidze wierzę” – mówi Nesterowicz w przywoływanym już wywiadzie. „Życie ciężko ją doświadczyło. 14-letnie dziecko, wrażliwe, zamknięte w sobie, które nagle jest w samym centrum uwagi, co musiało być ogromnym obciążeniem psychicznym. Mimo to ona nie straciła wiary i wierzy bardzo żarliwie. Na pewno nie jest święta, ma konflikty z sąsiadami, ale jak z nią rozmawiałem, byłem pod wrażeniem. Jakościowo to była rozmowa inna niż pozostałe. Sposób, w jaki opowiadała o problemach, o sąsiadach, o tym, co ją spotkało, był inny - była w nim refleksja, zastanowienie. Wierzę, że była szczera. Jestem przekonany, że ona sobie tej Matki Boskiej nie wymyśliła”.

Tomasz Pstrągowski

d4lu2hj

Podziel się opinią

Share

d4lu2hj

d4lu2hj