ycipk-43u9hk

Zapasy z K2. Czy uda się dokonać niemożliwego?

Nazywana jest górą mordercą, wciąż niezdobyta zimą. K2, to marzenie himalaistów - czy ulegnie Polakom? W Karakorum rusza właśnie wyprawa narodowa, której kierownikiem został Krzysztof Wielicki. O tym, jakim jest przywódcą i o dramatycznych szczegółach letniej wyprawy na ten ośmiotysięcznik przed laty, opowiada Piotr Pustelnik. Przeczytaj fragment książki.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Ogromna stromizna. Piotr Pustelnik przyklejony do ściany, trawersuje, 2006 r.
Ogromna stromizna. Piotr Pustelnik przyklejony do ściany, trawersuje, 2006 r. (Archiwum prywatne)
ycipk-43u9hk

Fragment pochodzi z książki: ”Ja, pustelnik. Autobiografia”, Piotr Pustelnik, Piotr Trybalski , Wydawnictwo Literackie

Telefon od Wielickiego. Zapasy z K2 (1996)

Telefon od Krzysztofa Wielickiego mocno łechce próżność Piotra Pustelnika. Wielicki, walcząc o zaszczytny tytuł drugiego po Kukuczce Polaka – zdobywcy Korony Himalajów i Karakorum, ma przed sobą tylko dwa wyzwania. Tylko lub aż, bo jednym z niezdobytych szczytów jest K2 (8611 metrów n.p.m.), nazywana popularnie górą mordercą – ma z nią porachunki, odkąd w 1994 roku musiał zawrócić kilkadziesiąt metrów od wierzchołka. W połowie lat osiemdziesiątych przypada tragiczny 1986 rok, gdy na stokach K2 zginęło trzynastu wspinaczy. Rok 1995 zabrał aż siedmiu. Piotr ma świadomość, że góra jest wymagająca, a największe wspinaczkowe trudności pojawiają się tam powyżej 8000 metrów. Jeszcze lepiej zdaje sobie sprawę z tego, że na K2 śmierć spotyka się najczęściej podczas zejścia, z sukcesem pozornie w kieszeni.

ycipk-43u9hk

Wyprawa pod kierownictwem Krzysztofa Wielickiego rozpocznie się dokładnie dziesięć lat po udanym wejściu na K2 pierwszej kobiety – Wandy Rutkiewicz. W tym samym, 1986 roku nową, nigdy później niepowtórzoną, tak zwaną drogę polską na południowej ścianie wytyczyli Jerzy Kukuczka i Tadeusz Piotrowski. Piotrowski zginął, podnosząc tym samym tragiczne już wówczas statystyki. Kukuczka powiedział, że trzydzieści metrów na nowej drodze to był najtrudniejszy wspinaczkowy odcinek, jaki kiedykolwiek pokonał na tak dużej wysokości.

Mimo lęku i obaw Piotr jest uradowany. Dołącza do wyprawy, na którą Wielicki zbiera grupę najmocniejszych polskich wspinaczy. Perspektywa wyjazdu kusi tym bardziej, że eskapada jest planowana dopiero na koniec 1996 roku, Piotr ma więc czas na uporządkowanie spraw zawodowych i zatroszczenie się o finanse. Najbardziej jednak kuszą plany pokonania drogi, którą do tej pory zdobyły tylko trzy zespoły. Po raz pierwszy jego wejście będzie miało historyczny wymiar. Niestety nie wie wówczas, że w drodze na szczyt będzie musiał dokonać jednego z najtrudniejszych moralnych wyborów w swojej himalajskiej karierze. Jak się okaże później – nie jedynego takiego.

Gdy zadzwonił Wielicki, stwierdziłem, że nie mam pojęcia, co to za droga, nie znałem jej. W końcu jednak zacząłem szukać i natrafiłem na artykuł ”Czterech na K2”. Internet był jeszcze słabo rozwinięty, znalezienie informacji o tym, jakie są drogi, kto, gdzie, w jaki sposób je zdobywał, sprawiało o wiele więcej kłopotów niż teraz. Nie byłem jeszcze wtedy członkiem American Alpine Club, w związku z tym nie dostawałem co roku ”American Alpine Club Journal”. Nie miałem też dostępu do bazy danych miss Elizabeth Hawley, amerykańskiej dziennikarki, która od lat sześćdziesiątych mieszka w Katmandu i prowadzi kronikę wszystkich wejść na najwyższe szczyty Himalajów. Dogrzebałem się do informacji, że jako pierwsi w 1982 roku północnym filarem weszli Japończycy, potem było wejście ekipy włosko-czeskiej – Agostino Da Polenza z Josefem Rakoncajem, jedynym człowiekiem na świecie, który zdobył K2 z obu stron. I w końcu trzecie – wyprawa australijsko-amerykańska z Gregiem Childem i Steve’em Swensonem na czele. Widziałem zdjęcie, filar wyglądał imponująco. Zrozumiałem, że nie bez powodu czterech znakomitych alpinistów z ostatniej wyprawy, naprawdę bardzo wysokiej klasy, mordowało się z tą górą. Pomyślałem, że to trudne, niebezpieczne i pewnie bardzo, bardzo wymagające. Ale w tej samej chwili doszedłem do wniosku, że byłoby to czwarte przejście drogi, i to po takich tuzach... Warto! (…)

Autosave-File vom d-lab2/3 der AgfaPhoto GmbH Archiwum prywatne
Podziel się
ycipk-43u9hk

_Muztagh Tower w Karakorum, Pakistan. _

Krzysiek Wielicki zebrał bardzo dużą ekipę. Wśród uczestników znaleźli się: Amerykanin Carlos Buhler, znowu Włosi – Christian Kuntner i Marco Bianchi, a z Polski – Rysiek Pawłowski, Piotr Snopczyński, Marek Grochowski, Marek Rożniecki. W grudniu 1995 roku spotkałem się w USA z R.D. Caughronem; dzięki niemu poznałem Steve’a Swensona, członka trzeciej wyprawy, która pokonała północny filar K2. Opowiadał o wspinaczce, bagatelizował: to łatwe, tamto łatwe... A ja dałem się nabrać. Nie wiedziałem, z jakiego kalibru zawodnikiem mam do czynienia, że to jeden z najlepszych alpinistów na świecie... Wróciłem podbudowany, myślałem: no, będzie trochę poręczowania, ale da się wytrzymać.(…)

Niepokój wzbudzała we mnie niepewność, w jakim zespole będę się wspinał. Rysiek Pawłowski i Krzysiek Wielicki to była pewna dwójka, podobnie Carlos Buhler, postać wybitna, przez jakiś czas prezes American Alpine Club, świetny wspinacz. Natomiast jeśli chodzi o mnie i Marka Grochowskiego, to miałem różne myśli, nie byłem też pewien, czy R.D. fizycznie da radę, był najstarszy. Podświadomie starałem się dołączyć do tej najmocniejszej ekipy. Wiedziałem, że będzie długi domarsz, trudne warunki w bazie, ciężka robota. Bo jeśli podstawa ściany jest mniej więcej na 5800 metrach, a szczyt ma 8611 i w zasadzie dopiero pod wierzchołkiem robi się płasko, to cały czas będzie stromo, będziemy musieli rozpinać mnóstwo lin. Okazało się potem, że w sumie zużyliśmy ich około pięciu i pół kilometra – bardzo dużo. (…)

Pod K2 zobaczyłem bardzo specyficzne przywództwo Krzyśka. W czasie wypraw na Sziszapangmę i Czo Oju nie ingerował w działanie zespołów, pozwalał ludziom robić to, co sami uważali za dobre i skuteczne. Na K2 pokazał twarz kogoś, kto zarządza, a jednocześnie... zawłaszcza zadania, które zleca. Wtedy zobaczyłem wodza, który chce być jednocześnie i frontmanem, i egzekutorem, i liderem.

ycipk-43u9hk

Krzysztof miał ogromny autorytet, ale też słuchał autorytetów. W wyprawie uczestniczył Marek Grochowski, który jeździł w góry wysokie, gdy Krzysiek był jeszcze małym chłopcem. Z Markiem Wielicki rozmawiał inaczej niż z nami. My byliśmy szczawiami, mimo że prawie w tym samym wieku co Krzysiek. Traktował nas jako niższych, ale nie było w tym nic negatywnego. W końcu miał za sobą dwanaście ośmiotysięczników i Everest zimą. Do Marka natomiast zawsze odnosił się z atencją i wysłuchiwał jego zdania. A przecież Marek kierował wyprawami w sposób całkowicie odmienny od Krzyśka. Przeprowadzał rozmowy, negocjował, rozdzielał zadania w sposób spokojny, stonowany, nie podnosił głosu. Wszelkie niesnaski bardzo szybko rozpływały się w powietrzu – za tym również stały spokojne, odbywające się gdzieś w tle, działania Marka. Miałem kolejny przykład skutecznego zarządzania, potem często czerpałem z tego wzory.

Krzysiek ma ogromnie ważną cechę – nieprawdopodobne parcie na góry, jest zafiksowany na celu. To wielkie wsparcie, jeśli widzisz, że lider pcha wyprawę do przodu. Nie siedzi w bazie, tylko sam daje przykład, że trzeba włożyć wysiłek. Czasami pomimo strasznej pogody budził nas w nocy i pytał: ”No co, nie wychodzicie?”. Pamiętam taką scenę: wyszliśmy w złą pogodę, zaporęczowaliśmy ze dwieście, trzysta metrów w warunkach tak lawiniastych, że włos mi się jeżył pod czapką. R.D., który miał dwa metry wzrostu, stanął w tym śniegu po pas i mówi: ”No, I’m coming back, we are not kamikaze!”. A Krzysiek się tylko uśmiechnął.

Najbardziej ociągali się Włosi. Znów stosowali znaną mi z Dhaulagiri i Everestu metodę, tyle że wtedy mi to nie przeszkadzało, a tutaj potrzebne były każde ręce. Buhler próbował im przemówić do rozsądku, nadaremnie. Ciągle im nie odpowiadała pogoda, rzadko wychodzili do góry, może ze dwa razy, żeby się zaaklimatyzować, ale nie powiesili ani centymetra liny. Wieszał Carlos Buhler, chociaż był najlepszym alpinistą i wcale nie miał na to ochoty, wieszali również Krzysiek, Rysiek Pawłowski, Piotrek Snopczyński, R.D. i ja. Potem przyjechała wyprawa z Nowosybirska, i to było dla nas ogromne wsparcie. Na Rosjan w górach zawsze można liczyć. Kiedy się pojawili, mieliśmy już założony obóz drugi, potem pociągnęliśmy poręcze do 7000 metrów. Gdy zobaczyli, że już pół drogi jest zrobione, spakowali plecaki – od samego patrzenia na nie robiło się słabo, takie były wielkie i ciężkie – i dawaj do góry! To było potężne wsparcie, robota ruszyła z kopyta. Nie wiem, jak by się to skończyło, gdybyśmy sami musieli do końca poręczować ten filar.

Archiwum prywatne
Podziel się
ycipk-43u9hk

Pierwszy raz wspinałem się ”na żywca” w tak stromym terenie. Trawers kuluaru na K2, rok 1996.

Filar wyglądał przerażająco. Śnieg, mniej więcej pięćdziesiąt stopni nachylenia, skała. Ekspozycja robiąca wrażenie. Pod nogami dużo powietrza. W dolnej części są bardzo lawiniaste stoki, jak człowiek poleci, to koniec. Wyżej znów stromizny, ale górna część jest łatwiejsza, tylko niewielkie lawiny. Parę lawin zwaliłem na siebie liną poręczową wyrywaną spod śniegu. Potem, gdy już wiedziałem, że tak się dzieje, miałem specjalną technikę: stawałem na kamieniu, wyrywałem linę i lawina zasypywała mnie do kolan. Gdybym stał pod kamieniem, zasypałaby mnie do pasa. (…)

Te włoskie „metody” pracy były już wcześniej znane pod nazwą ”dacheryzm” – od Michela Dachera, który dostał kiedyś bęcki za to, że się leni i nie chce pracować na wyprawach. Później to się nazywało ”na Hinkesa”, bo Alan Hinkes też był miłośnikiem korzystania z cudzych śladów i cudzych lin. Teraz przyszedł czas na ”kuntneryzm”. Z jednej strony szlag nas trafiał w związku z ich taktyką, ale z drugiej podziwiałem ich konsekwencję w trzymaniu się własnego sposobu, bo założę się, że widzieli aż za dobrze nasze wściekłe spojrzenia i kąśliwe, wypowiadane po polsku uwagi. Kiedy teraz, z perspektywy dwudziestu lat, o tym myślę, to chyba ich lepiej rozumiem. Gdyby harowali tak jak niektórzy z nas, pod koniec wyprawy Marco słaniałby się na nogach już w bazie, a co dopiero wyżej. Ich taktyka była jedyną szansą na zdobycie góry.

Mieliśmy już trzy obozy, brakowało czwartego. Założyli go Rosjanie w czasie pierwszego ataku szczytowego, zresztą nieudanego. Rosjanie nas dogonili i przegonili. Założyli obóz czwarty i zeszli. Nie było pogody do ataku. W obozie czwartym zostały ich namioty. Krzysiek z Włochami wynieśli własny namiot, my z Ryśkiem – bo okazało się, że będziemy się wspinać razem – skorzystaliśmy z namiotu Rosjan. Wyszliśmy z czwórki na wierzchołek w pięć osób. Wspinaczka przebiegała powoli i w pewnym momencie, gdy już skręciliśmy z grzędy i weszliśmy w podszczytowy kuluar, zrobiło się dosyć późno – było około drugiej po południu. Za późno. Trójka z Wielickim szła powoli, wybijali ślady, asekurowali się. Pomyślałem, że to pachnie biwakiem na ponad 8000 metrów. Popatrzyłem na Ryśka, Rysiek na mnie i postanowiliśmy zawrócić. W kuluarze pierwszy raz wspinałem się na żywca w tak stromym terenie i czułem się nieswojo. Wróciliśmy do obozu czwartego. Do rana Krzysiek i Włosi nie pojawili się z powrotem w czwórce, czyli po drodze musieli złapać biwak. Porozumieliśmy się z bazą i powiedziano nam, że połączyli się koło ósmej wieczorem z wierzchołka, byli tam bardzo późno. Biwakowali potem w samym środku kuluaru, na stojąco albo na siedząco, przypięci do czekanów... Podobnie jak wiele lat później Gerlinde Kaltenbrunner, co widać na świetnym filmie Darka Załuskiego ”Dwoje na K2”. Tyle że ekipa Gerlinde miała lepiej – wyrąbali sobie półeczkę i postawili namiot.

ycipk-43u9hk

Pomyślałem, że musimy zejść do obozu niżej, bo Wielicki z Włochami, schodząc po tym biwaku, być może zechce się zatrzymać w namiocie i odpocząć, więc nie chcieliśmy ich blokować. Dotarliśmy do trójki i okazało się, że sytuacja jest niedobra. Christian i Krzysiek, którzy zeszli do czwórki, przekazali przez radiotelefon, że Marco Bianchi gdzieś tam się słania, nie może zejść sam i ktoś musi wyjść mu pomóc. Padło na mnie. No to wyszedłem do góry. Znalazłem Marca, był nieco poniżej czwórki, totalnie wyczerpany. Toczyłem z nim bój przez parę godzin, żeby go sprowadzić do obozu trzeciego. Próbowałem go przekonać, trochę za pomocą herbaty, trochę za pomocą perswazji. I w końcu, nieco się asekurując, pokolebaliśmy się w dół. Ale to był dopiero początek zabawy. W trójce Marco położył się przed namiotem, wykończony. Tlen by mu pomógł, ale nie mieliśmy tlenu. Dostał trochę deksametazonu, miał płytki oddech, dokładnie te same objawy co na Evereście. Sytuacja nieciekawa, bo Krzysiek i Kuntner też byli zmęczeni, a tu trzeba pomóc Marcowi zejść jeszcze niżej. W tym czasie Rosjanie szli do góry i wyglądało na to, że jeśli poczekamy, to możemy się z nimi zabrać na wierzchołek. Umówiliśmy się z Ryśkiem, że ja schodzę w dół z Markiem, a on będzie na mnie czekał dwa dni. Jak nie pojawię się z powrotem w ciągu dwóch dni, to pójdzie z Rosjanami na wierzchołek. Rysiek został w trójce. To była ryzykowna decyzja, miałem pełną świadomość, że może się to dla mnie skończyć utratą szansy na szczyt. Ale nie wahałem się. Marco był w złym stanie, należało szybko coś z nim zrobić. A zostawić go z Krzyśkiem i Christianem też nie wypadało. To mogłoby się źle skończyć dla całej trójki.

Do zejścia miałem sporo. Poniżej był przejściowy obóz, który należał do Rosjan; stał tam namiot, a w nim trochę leków, jedzenia, picia. Obóz drugi był na wysokości 6200 metrów – wielka wykopana przez Rosjan pieczara śnieżna. Zaczęliśmy do niego schodzić, Marco słabł, wskoczyłem do namiotu Rosjan, wyciągnąłem stamtąd zastrzyki. Przez radio ustaliliśmy z rosyjską lekarką, co można zaaplikować i w jaki sposób. Podałem mu deksametazon i kofeinę w zastrzykach. Trochę go to podbudowało, ale było wiadomo, że do obozu drugiego nie dojdzie szybko. Krzysiek powiedział: ”Leć do dwójki, Rosjanie mają tlen”. W pieczarze spotkałem Rosjanina i ten zaproponował, że podejdzie do góry, do Marca, i zaniesie mu tlen.

Ja w tym czasie przygotowałem herbatę. Kiedy dotarli do pieczary, Marco był totalnie wyczerpany. Dziwiłem się trochę… Co się okazało? Rosjanin założył mu maskę, reduktor, wsadził butlę do plecaka, ale zwyczajnie tego tlenu nie odkręcił! Marcowi zatem oddychało się jeszcze gorzej, wszystko się oblodziło. Być może gdyby obóz był dwieście metrów niżej, Marco umarłby z butlą tlenu na plecach i to by była najbardziej kuriozalna śmierć w górach. Skończyło się dobrze, szybko się zorientowałem i odkręciłem butlę. Po nocy z tlenem jego stan nieco się poprawił, choć cierpiał, bo jednym ciągiem musiał być sprowadzony z dwójki do podstawy ściany. Na dole czekał już lekarz Marek Rożniecki z Markiem Grochowskim i Piotrkiem Snopczyńskim. Wyciągnęli go z tego. Ale gdyby nie ten rosyjski tlen, to nie wiem, czyby przeżył.

Marek Rożniecki tak wspomina akcję ratowniczą: ”Dopadamy Marca. Boże, jak on wygląda... Jedyne, co jest mi w stanie powiedzieć, to to, że chyba już wie, jak jest po tamtej stronie. Obiecuje złote góry, aby go tylko uratować. Doprowadzamy go do namiotu, wsuwamy w śpiwór i rozpoczynam intensywne leczenie. Marco bez słowa skargi nadstawia pośladki, brzuch i zapadnięte żyły. Do pomocy mam dwie znakomite pielęgniarki w osobach Marka i Karima Hayata, który był naszym pakistańskim pomocnikiem. Działalność lekarska jest zawsze frapująca dla niemedyków. Włoch rano ma się lepiej. Można mu oznaczyć ciśnienie, a jego tętno i oddech przyjmują jakieś ludzkie wartości”.

Podczas gdy ratowano Marca, ja zacząłem wędrówkę do góry; spieszyłem się, żeby zdążyć przed upływem dwóch dni. Szedłem na lekko, miałem tylko śpiwór. Rysiek czekał na mnie w obozie trzecim. Podeszliśmy do czwórki i nad ranem wyszliśmy do góry. Z Rosjanami szedł Carlos Buhler, było ich czterech. (Na początku wyprawy Carlos pokłócił się z Krzyśkiem Wielickim i gdy tylko zjawili się Rosjanie, przyłączył się do nich – można powiedzieć, że opuścił nasz zespół). Pogoda, dotąd nie najlepsza, poprawiała się – w nagrodę Bóg dał nam ładny dzień. Dotarliśmy do miejsca, gdzie już było łatwiej, i na sześć czy siedem godzin zapanowała absolutna lampa, było niemal bezwietrznie. Do tego stopnia, że jakieś pięćdziesiąt metrów pod wierzchołkiem zrobiłem herbatę; część zostawiliśmy dla idących za nami Rosjan, którzy widząc maszynkę do gotowania i napar, mieli oczy jak spodki! Stanęliśmy na wierzchołku i się uściskaliśmy. Był 14 lipca 1996 roku. (…)

infomax 11.tif Archiwum prywatne/R. Pawłowski
Podziel się

Piotr Pustelnik z Ryszardem Pawłowskim (po lewej) na szczycie K2, 14 lipca 1996 r.

Na szczycie jeden z Rosjan, Igor, wpadł w dziwny stan psychiczny. Mówił: ”Co ja tu robię, po co tu jestem, o co tu chodzi...”. Mógł mieć już obrzęk mózgu. Cóż, ruszyliśmy w dół, o szóstej wieczorem byliśmy z powrotem w czwórce. Czekaliśmy na Rosjan. O północy zszedł pierwszy, potem drugi. Dosyć długo im to wszystko zajęło, bo z Igorem coś było nie tak... Carlos Buhler szedł przedostatni i gdy Igor w pewnym momencie zawrócił do góry, ten ostatnim wysiłkiem usiłował go złapać za nogę, ale Igor się wyrwał i zaczął się wspinać. Powiedział, że nie będzie schodził, że idzie biwakować do szczeliny. To były jego ostatnie słowa. Zaczęło sypać śniegiem, wiało potężnie. O drugiej w nocy Rosjanie nas obudzili: ”Igor nie wrócił, wyjdźmy go szukać”. Wyruszyliśmy, ale bez większych szans, szliśmy z godzinę, warunki były bardzo złe i zgodziliśmy się w końcu, że nie można dalej ryzykować. Rano Igora wciąż nie było. Rosjanie kazali nam schodzić, a sami postanowili poczekać jeszcze trochę. Podsłuchiwaliśmy radiotelefonem rosyjskie częstotliwości. Nie znaleźli go. (…)

Po takim fantastycznym sukcesie – tragedia. W końcu to było czwarte i piąte wejście północnym filarem, weszły dwa zespoły, z naszej ósemki – pięć osób na szczycie! Sukces tym większy, że od dziesięciu lat żaden Polak nie stanął na K2.

Niestety skończyła nam się żywność i musieliśmy trochę wyprosić u Rosjan. Włosi się z nami nie podzielili. Jedli osobno. Wtedy rzeczywiście pod ich adresem leciały niewybredne słowa i wiedzieliśmy, że nasza przyjaźń górska z Włochami się kończy. Byliśmy wściekli.

Na koniec załamał mnie Marco: był wkurzony, że podaliśmy mu tlen! Chciał, żeby jego wejście było w całości beztlenowe. Tłumaczyłem mu: ”Marco, przegiąłeś z wydolnością i taką cenę zapłaciłeś”. O mało się to nie skończyło bijatyką. Pokłócił się też z R.D., który ostatecznie nie zdobył szczytu, bo zachorował. Bardzo mnie zasmuciło, że tak nieprawdopodobny wyczyn został na samym końcu podkopany przez niesnaski między członkami wyprawy. Przyjaźnie górskie zostały podważone.

Ja też wziąłem tlen. Miałem taki epizod. Po akcji ratowniczej Marca została nam jedna butla, ze sto atmosfer, na jakieś dwie, trzy godziny oddychania. Użyłem jej ostatniego dnia, od wyjścia z obozu do początku kuluaru. Tam wbiłem butlę w śnieg i dalej, na szczyt, poszedłem już bez tlenu. Jego użycie było błędem. Ale zadziałał mój stary ”przyjaciel”, strach. (…)

Materiały prasowe
Podziel się

”Ja, pustelnik. Autobiografia”, Piotr Pustelnik, Piotr Trybalski , Wydawnictwo Literackie

O autorach
Piotr Pustelnik to wybitny alpinista i himalaista, zdobywca Korony Himalajów i Karakorum. Z zawodu inżynier chemii, doktor Politechniki Łódzkiej. Wychowanek, wieloletni członek i kilkukrotny prezes Akademickiego Klubu Górskiego w Łodzi. Do 2007 roku był redaktorem naczelnym miesięcznika górskiego „n.p.m”. W 2007 roku został nagrodzony nagrodą Explorera, przyznawaną co roku, podczas Explorers Festival w Łodzi, światowym indywidualnościom w dziedzinie eksploracji oraz nagrodą Fair Play za całokształt kariery sportowej. W maju 2016 roku został prezesem Polskiego Związku Alpinizmu. Jego starsi synowie, Adam i Paweł, również się wspinają.

Piotr Trybalski to dziennikarz, podróżnik, wielokrotnie nagradzany fotograf absolwent geografii Uniwersytetu Jagiellońskiego. Autor wielu podróżniczych Książek, prowadzi warsztaty i wyprawy fotograficzne. Uwielbia trekkingi, rowerowe eskapady i nurkowanie we wrakach.

Polacy na K2
1986 Wanda Rutkiewicz – pierwsza kobieta na K2, wejście drogą pierwszych zdobywców.

1986 Jerzy Kukuczka, Tadeusz Piotrowski – nowa droga na południowej ścianie.

1986 Przemysław Piasecki, Wojciech Wróż, Peter Božik - Magic Line - pierwszy trawers góry – wyprawa kierowana przez Janusza Majera.

1996 Krzysztof Wielicki, Ryszard Pawłowski, Piotr Pustelnik – Filar Północny.

29 grudnia rusza Narodowa Zimowa Wyprawa na K2 - Droga Cesena (Basków). Baza, z której ruszą himalaiści jest położona na wysokości 5150 m.

Pierwsza wyprawa na K2 odbyła się w 1842 roku, od tego straciło na niej życie 49 wspinaczy. Do dnia dzisiejszego nikt nie zdobył K2 zimą.

Obejrzyj też: Polscy himalaiści chcą dokonać niemożliwego

ycipk-43u9hk
ycipk-43u9hk
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Wow!
0
Ważne
0
Słabe
0
Straszne
Trwa ładowanie
.
.
.

ycipk-43u9hk