Trwa ładowanie...
d38m4wu

Za pomoc Żydom została skazana na śmierć. Ciągle nie brakuje głosów, że była antysemitką

Zofia Kossak to postać zasłużona i niejednoznaczna. Gdy żył Władysław Bartoszewski, zawsze stawał w jej obronie, mówiąc: "Ona nigdy nie była antysemitką. Ona była żarliwą katoliczką, bo tacy wtedy byli w Polsce katolicy".
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Zofia Kossak w 1942 r. napisała "Protest!" przeciw zbrodniom na Żydach (Domena publiczna)
d38m4wu

W 1939 r. Zofia Kossak przeniosła się do Warszawy i zaangażowała w działalność konspiracyjną. Działała w katolickich organizacjach podziemnych, była autorką głośnego "Protestu" przeciw zbrodniom na Żydach, powołała Tymczasowy Komitet Pomocy Żydom (późniejsza "Żegota"), trafiła w ręce gestapo i wywieziono ją do obozu w Oświęcimiu. Przeżyła, ale trafiła na Pawiak, gdzie została skazana na śmierć. Po wojnie została odznaczona medalem "Sprawiedliwy wśród Narodów Świata".

Mimo to, jak pisze Joanna Jurgała-Jureczka w swojej najnowszej książce "Kossakowie. Biały mazur", nawet 50 lat po śmieci Zofia bywa nazywana "pisarką drugorzędną, antysemitką pierwszorzędną". Dzięki uprzejmości wydawnictwa Zysk i S-ka publikujemy fragment tej książki, która trafiła do sprzedaży 29 października.

Inna Zofia

d38m4wu

(...)

Dziś Zofia Kossak jest ikoną dla wielu środowisk. Obserwowałam z bliska i tych, których fascynuje — i tych, których jej posągowość drażni.

Od początku roku 2018, w którym minęła pięćdziesiąta rocznica jej śmierci, szłam jej tropem, uczestnicząc w spotkaniach w wielu różnych miejscowościach, w różnych częściach Polski. Nie mogłam nie wspomnieć w te intensywne i piękne dni zapisków, które odkryłam kiedyś w jej szafce. Wśród zeszytów gęsto zapełnionych prawie nieczytelnym pismem był jeden bardzo szczególny. Dziennik, pamiętnik, notatnik z "ogromnej rajzy". Kiedy Zofia Kossak wróciła do Polski, Pax organizował spotkania autorskie — z zapałem i rozmachem.

Przychodziły na nie tłumy. A ona nazywała je wymądrzaniem się, udawaniem inteligentnej i z dystansem mówiła, że nadaje się do tego, jak krowa do walca. Kiedyś, jeszcze przed wojną, bardzo niechętnie się na nie zgadzała, tłumacząc, że — po pierwsze — nie ma czasu, a po drugie — nie wymawia "r".

d38m4wu

Od razu po powrocie z emigracji nadrabiała i to z nawiązką. Jeździła po całym kraju, wygłaszała prelekcje, odbierała kwiaty, składała autografy, odpowiadała na pytania. Uczestniczyła, choć wzdychała czasem: "pierońsko mi się nie chce!".

W zeszycie ołówkiem albo piórem, czasem długopisem, notowała swoje wrażenia z "rajzy" od kwietnia do czerwca 1957 roku. Żeby się nie powtarzać, stworzyła skrót: e.o.k.a. Oznaczał: entuzjazm, owacje, kwiaty, autografy. Bo tak się wszystko najczęściej kończyło.

Zofia Kossak z matką Anną Kisielnicką-Kossak 1892/domena publiczna

(…)

d38m4wu

Organizatorzy bardzo się starali, ale bywały też spotkania mniej udane. (Opole — błąd organizacji wieczoru; potworna historia — trzy odczyty na 9.00; Katowice — bałagan, tajemnicze nawalenie Zawiercia; bałagan w organizacji obiadu; ogólne zmęczenie; mówię chaotycznie i źle, brak reakcji, publiczność znudzona, ja też; długa kolacja z orkiestrą nad uszami [śmierć orkiestrom w restauracjach], zapowiedź innego tematu, niż ustalony; Tarnów słabiej niż w Krakowie [obustronnie]).

W końcu mogła zacząć pisać nową książkę. Męcząca i wzruszająca, uciążliwa i piękna podróż dobiegła końca. W zeszycie zanotowała: "Ulga z zakończenia objazdu. Odpocząć od e.o.k.a. i gadaniny".

I zanotowała też zdania, które ucieszyłyby Władysława Bartoszewskiego. Minie jeszcze sporo czasu, zanim przyzna mu we wszystkim rację i zanim zrozumie racje kardynała Wyszyńskiego. Jednak wie już, że "pisarz katolicki nie może wiązać się z żadną grupą polityczną". Wie też, że z Paxem jako organizacją się nie zwiąże, będzie jednak wdzięczna za wydawanie jej książek i "osobiste przyjaźnie".

Trzeba o tym nadmienić i oddać sprawiedliwość, bo Pax jako wydawca spowodował zmartwychwstanie Zofii Kossak, którą skazano na śmierć jako pisarkę, wycofując jej książki z bibliotek. Teraz znów mogła tworzyć. A ja mogłam mówić o tym podczas rocznicowych spotkań, które nie były wprawdzie tak „ogromną rajzą” jak jej peregrynacja po Polsce, ale znów, po tylu latach, jej nazwisko przyciągało. Także i tych, którzy widzieli ją stereotypowo.

d38m4wu

(…)

Zofia Kossak po powrocie do Polski w 1957 r./PAP

— Świat zupełnie zwariował, nie liczy się ze słowami, obrzuca się obelgami drugiego człowieka, żywego lub martwego, jakby się grało w tenisa.

Rozmawiamy o zdaniu, które "Tygodnik Powszechny" zamieścił w rocznicowym roku. Bo rocznica śmierci Zofii Kossak to także zmartwychwstanie i odrodzenie nieśmiertelnego tematu jej stosunku do Żydów.

d38m4wu

"Pisarka drugorzędna, antysemitka pierwszorzędna" — przeczytałam w "Tygodniku" i 9 lutego wysłałam mail do Szwajcarii. O wszystkim zawiadomiłam Franciszka Rosseta — wnuka pisarki.

Po co? Ponieważ trzeba się po raz kolejny zastanowić, czy i jak reagować na tego rodzaju zdania. Znowu uproszczenia i łatka antysemityzmu. Co robić? Prostować? Uparcie tłumaczyć, że ani pierwsza, ani druga część wyroku nie jest prawdziwa? Dopóki żył Władysław Bartoszewski, był instancją, do której można się było w takich razach odwołać. Jego autorytet i jednoznaczne, emocjonalne protesty robiły swoje. Nie miał wątpliwości. Mówił i pisał: "Ona nigdy nie była antysemitką. Ona była żarliwą katoliczką, fundamentalną, bo tacy wtedy byli w Polsce katolicy przedsoborowi. Pochodziła z liberalnej, artystycznej rodziny Kossaków".

Pamiętam wizytę włoskiej profesorki w muzeum w Górkach Wielkich. Pisała książkę o Zofii Kossak. Mówiła, że to będzie biografia. Przyjechała zbadać archiwum — kilka tysięcy listów.
Spędziła w muzeum jeden dzień. Mało. Ale to i tak bez znaczenia. Miała już gotową tezę. Zofia Kossak była antysemitką, która ratowała Żydów. Po co? Żeby oczyścić własne sumienie za antyżydowskie wypowiedzi sprzed wojny i żeby ochrzcić żydowskie dzieci. Po to założyła Żegotę. Po jej wyjściu pani Anna była smutna. Włoska pani profesor, która potem książkę napisała i w świat, zwłaszcza zachodni, wysłała swoje przesłanie o Zofii Kossak antysemitce — wtedy, w 2003 roku, w Górkach, przywitała nas oskarżająco. Powiedziała coś w rodzaju:

— Należycie do narodu, który mordował Żydów w Jedwabnem.

Tablica pamiątkowa na domu, w którym mieszkała Zofia Kossak-Szczucka, w Warszawie przy ul. Radnej/fot. Patryk Korzeniecki/CC BY 4.0

Jak skomentować? Pani Anna nie komentowała. A ja wiedziałam, że jej matka — Zofia Kossak nie tylko dzięki Żegocie, organizacji, którą założyła razem z Wandą Krahelską-Filipowiczową, uratowała setki ludzi, ale także sama wyprowadzała z getta Żydów. Właściwie nie sama. Jej dzieci też. Za to groziła śmierć. Natychmiastowa. Nie wahała się? Nie bała? O siebie? O Annę i Witolda?

d38m4wu

Niejeden raz pytałam o to jej córkę. Pamiętała dziewczynę, swoją rówieśnicę, skamieniałą z przerażenia, sparaliżowaną ze strachu. Trzeba było zmusić ją, żeby szła spokojnie, zająć rozmową o błahostkach, ukryć własny niepokój i uratować. Uratować. To było najważniejsze. Strach i wahanie należało uciszyć.

    *

Kiedy piszę te słowa, rocznicowe obchody z rozmachem organizowane w 2018 roku powoli wygasają. Ale planowane są kolejne spotkania, bo kolejny rok to kolejne wspomnienie — tym razem 130. rocznica urodzin pisarki. Choć mówi się o niej zdania pełne sprzeczności i uproszczeń — wciąż się o niej mówi. Odbyły się uroczystości w senacie, sesje naukowe, spotkania. Jej nazwisko spowodowało, że opowieści o Zofii Kossak słuchali monarchiści, narodowcy, biskupi, księża, patrioci — prawdziwi i tacy, którzy uważają się za prawdziwych; ludzie młodzi — nieraz przyprowadzeni na spotkania przez nauczycieli, zmuszeni, ale potem zainteresowani, pytający, dociekliwi. Byli ludzie mądrzy, inteligentni, oczytani. Wykształceni i tacy, którzy po prostu pokochali pisarkę od pierwszej książki, która im wpadła w ręce. Byli dziennikarze i burmistrzowie miast i miasteczek, którzy uważali, że Zofię Kossak przywitać wypada. Byli znawcy Kossaków, kossakolodzy, fani, miłośnicy rodziny — którzy stali się też moimi przewodnikami.

Wyzwolenie Auschwitz-Birkenau

Nawiązywali ze mną kontakt, kiedy byłam jeszcze w drodze, kierowali moimi krokami, pokazywali miejsca im bliskie i bliskie Kossakom — Emilia, ksiądz Janusz, pani Jadwiga… I byli ludzie anonimowi, których imion nie znam, ale wzruszyli mnie tak, że nigdy ich twarzy nie zapomnę. Kiedy 7 maja w Oświęcimiu razem z Teresą Wontor-Cichy (Teresa pracuje w Państwowym Muzeum Auschwitz-Birkenau) mówiłyśmy o Zofii Kossak i jej pobycie w obozie koncentracyjnym, opowiedziałam o jej pierwszej relacji. Dopiero co uwolniona, zapytana o piekło, które widziała na własne oczy, wycieńczona i wymizerowana — relacjonowała. Na pozór bez emocji. Nie szlochała.
Zdania były coraz krótsze, przerwy pomiędzy zdaniami coraz dłuższe. Twarz spokojna. Tylko łzy. Kapiące z oczu łzy…
— Mówiła, płacząc… — Skończyłam. Na sali cisza. Między nami Zofia Kossak, która to wszystko przeżyła, a przeżywszy — opowiedziała.

Nagle jakiś ruch. Z drugiego czy trzeciego rzędu słuchaczy nieporadnie, poprawiając zsuwającą się torebkę, zaczęła wychodzić starsza pani. Podeszła do mnie. Powoli. Utykała. Wzięła mnie za ramię. Patrzyła w oczy. Oczy miała pełne łez. Nie wiedziałam, o co chodzi. Podsunęłam jej mikrofon.

— Ja to wszystko widziałam… Widziałam, jak psy rozszarpywały te kobiety… Żywcem… Powiesili kobiety na płocie… Widziałam… Owrzodzone ciała, śmierć… Leżeli jeden na drugim… Trupy… Tym, co jeszcze żyli, próbowałam dać wody, zabraniali… Zabijali za to…

Mówiła, płacząc. Skończyła. Wyszła.

Cisza była jeszcze bardziej przejmująca niż przedtem. Nigdy tego nie zapomnę. Nie zapomnę tej, która widziała na własne oczy. Widziała wszystko, o czym my opowiadamy, znając relacje, zdjęcia, wspomnienia. Mieszkała tu — w Oświęcimiu, blisko obozu. Usłyszawszy o tym, jak o obozie opowiadała Zofia Kossak, wstała — dała nam swoje świadectwo i swoje łzy.

Powyższy fragment pochodzi z książki "Kossakowie. Biały mazur", która ukazała się nakładem wydawnictwa Zysk i S-ka.

d38m4wu

Podziel się opinią

Share

d38m4wu

d38m4wu