Trwa ładowanie...
recenzja
21-07-2015 09:36

Z Kossakówki na Dziedzinkę

Share
Z Kossakówki na DziedzinkęŹródło: Inne
d2elonk

Gdyby dzieci mogły sobie wybierać rodziców, ta książka zapewne by nie powstała. Bo czy ktoś chciałby z własnej woli przyjść na świat w takiej rodzinie?

On – syn i wnuk sławnych i wielbionych artystów malarzy, niedorównujący żadnemu z nich ani talentem, ani charyzmą, ani nawet aparycją (podobieństwo do Wojciecha na zdjęciach jest oczywiste, ale nie widać na nich, że Jerzy jest niższy i tęższy), za to dziedziczący po ojcu wysokie mniemanie o sobie, rozrzutność, sybarytyzm i skłonność do skoków w bok. Ona – podobno zakochana do szaleństwa w swoim wcześniejszym pracodawcy (była jego asystentką), ale może bardziej w sobie – może postać znanego malarza miała być, obok zgrabnych sukien, kołnierzy z lisa, perfum, kolejną ozdobą chłodnej i wytwornej blondynki, dodać splendoru jej nazwisku, wprawdzie też szlacheckiemu, ale bez jakichś wybitnych konotacji (bo trudno za takie uznać spowinowacenie, przez siostrę babki, z… kanclerzem Bismarckiem)? Ich romans kwitł w najlepsze, kiedy umierała pierwsza żona Jerzego, już kilka lat wcześniej faktycznie (choć nie prawnie) przezeń porzucona, a ledwie się nad nią zamknęło wieko trumny, szczęśliwa para stanęła na ślubnym
kobiercu. A potem miał się narodzić czwarty Kossak, dziedzic sławnego nazwiska i podupadłego majątku, a może i – choćby mniejszego – talentu. Zamiast niego niebiosa zesłały Jerzemu i Elżbiecie trzy dziewczynki. Dwie pierwsze nawet nie odczuły tego, że przyszły na świat w czasie okupacji – skończyła się, zanim były na tyle duże, by cokolwiek z niej zapamiętać, zresztą w Kossakówce echa wojny były zgoła nikłe – odczuły za to solidnie brak rodzicielskiej miłości, ba, żeby tylko miłości, nawet najbanalniejszych czułych gestów; trzeciej udało się uniknąć tego przykrego doświadczenia, zmarła bowiem w kilka dni po urodzeniu. Glorię i Simonę rodzice zaczęli zauważać, gdy przyszła pora na wychowanie, albo raczej tresurę, i to w pejoratywnym tego słowa znaczeniu; psom państwa Kossaków pewnie rzadziej obrywało się pejczem, a i mniej je obowiązywało zasad, za których umyślne czy przypadkowe naruszenie można było dostać lanie… Azylem dziewczynek był stary, zapuszczony ogród, w którym mała Simona spędzała całe godziny na
obserwowaniu ptaków i owadów. Cisza i bliskość przyrody – oto to, co się stało jej sposobem na życie…

Zanim jednak mogła świadomie ten sposób zrealizować, czekała ją jeszcze długa i wyboista droga. Jeszcze za życia ojca wyraźnie pogorszyła się sytuacja materialna rodziny – przełom lat 40 i 50 nie był to czas popularności portretów konnych i scenek z polowań – a po jego śmierci Elżbieta z córkami żyły w ubóstwie, nie chcąc wyprzedawać wartościowych pamiątek po dziadkach i pradziadkach. Zabiedzona i zaniedbana Simona orłem naukowym też nie była – patrząc na trójkę z biologii na świadectwie maturalnym i na oceny z dwóch pierwszych lat studiów biologicznych (podjętych po nieudanych egzaminach do szkoły teatralnej i na historię sztuki, po roku studiów na polonistyce i dwóch latach pracy w Instytucie Zootechniki) trudno uwierzyć, że to ta sama osoba, która trzydzieści parę lat później otrzyma tytuł profesora… Skrzydła rozwijała stopniowo: najpierw coraz lepsze oceny z kolejnych, już specjalistycznych przedmiotów na studiach, potem oryginalna praca magisterska i wreszcie ucieczka z domu pełnego przykrych wspomnień
do miejsca, gdzie była tylko ona i surowa, dzika przyroda (i jeszcze ktoś, kto dopiero z czasem stał się dla niej ważny). A potem to już była ta Simona Kossak, którą znali wszyscy polscy pasjonaci przyrody, jeśli nie osobiście, to z wywiadów w prasie czy radiowych pogadanek – zapalona badaczka zwierzęcych obyczajów i zachowań, popularyzatorka wiedzy biologicznej i niestrudzona obrończyni przyrody.

Anna Kamińska przedstawiła tę arcyciekawą postać z dużym obiektywizmem, nie ukrywając słabostek i przywar swojej bohaterki, ale też nie dążąc za wszelką cenę do wyszukiwania związanych z jej osobą niedopowiedzeń i sensacji. Simona Kossak jawi się w tym ujęciu jako ktoś równie godzien szacunku i pamięci, jak jej utalentowani plastycznie lub literacko krewni. A podziwu nawet bardziej, bo przecież przez całe lata nie miała nikogo, kto by ją wspierał materialnie (porównajmy tylko jej młodość z młodością pradziadka, dziadka i ciotek, którym majątki rodziców pozwalały na kształcące podróże!) ani emocjonalnie (wróćmy chociażby do tak pięknie opisanego w „Marii i Magdalenie” Samozwaniec dzieciństwa tychże ciotek, które co prawda też poddawane były wychowawczej musztrze, ale równocześnie obdarzane przez „Tatkę” i „Mamidło” niezmierną czułością i obsypywane pochwałami za każdą próbę artystycznego wyrażenia swojej indywidualności) – a jednak zdołała znaleźć swoją drogę do szczęścia i samorealizacji. Doskonale się czyta
tego rodzaju biografie, a dodatkowej przyjemności dostarcza bardzo udana szata graficzna z masą archiwalnych zdjęć (z których najpiękniejszym i najbardziej wyrazistym jest to na okładce). Uważny czytelnik wyłapie wprawdzie w trakcie lektury garstkę literówek (z których trzy warto tu wypunktować, by zmienione brzmienie wyrazów nie wprowadzało czytelnika w błąd: elementy staropolskiej odzieży, w jakie przebierali się studenci na juwenaliach, to nie „germaki i topieniaki”[97], lecz giermaki i kopieniaki, a ptaki, które padały ofiarą łowieckich zapędów Jerzego Kossaka, to nie „krzyki”[211], tylko kszyki), nie jest ona jednak w stanie zepsuć wrażenia profesjonalizmu, towarzyszącego każdemu etapowi przygotowywania biografii. A kiedy przeczytamy zamieszczony na końcu, zaadresowany w zaświaty list autorki, to i łza się w oku zakręci…

d2elonk
Oceń jakość naszego artykułu:
Twoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.

Komentarze

Trwa ładowanie
.
.
.
d2elonk
d2elonk