WP

Wszystko zaczęło się od cmentarnego biznesu. Polski milioner, którego ścigał Interpol

Jego biografia mogłaby posłużyć za materiał na niejeden film sensacyjny. A wszystko zaczęło się od pracy w Afryce, gdzie budował platformę na miarę Amazona. Wyjeżdżając z kraju jeszcze nie wiedział, że wkrótce trafi na list gończy Interpolu.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Marek Zmysłowski opisał własną historię w książce, którą czyta się jak kryminał
Marek Zmysłowski opisał własną historię w książce, którą czyta się jak kryminał (fot. Chlistowska Foto Atelier)
WP

Zanim Marek Zmysłowski wylądował w Nigerii, zrobił błyskawiczną karierę i łatwą kasę w jednej z pierwszych w Polsce firm pośrednictwa finansowego, zbankrutował, stał za barem w ekskluzywnym nocnym klubie, a budując pierwszą ogólnopolską sieć usług pogrzebowych, zadarł z mafią stojącą za Aferą Łowców Skór.

Do Afryki wysłał go największy internetowy fundusz inwestycyjny na świecie, właściciel Zalando i Groupona. Polak nie tylko budował, doradzał i inwestował w wiele kluczowych dla rozwoju kontynentu przedsięwzięć, ale też narobił sobie wpływowych wrogów, którzy wraz ze skorumpowaną lokalną policją i rządem postanowili pozbyć się niewygodnego przedsiębiorcy.

Dzięki uprzejmości wydawnictwa Agora publikujemy fragmenty książki Marka Zmysłowskiego "Goniąc czarne jednorożce", która wyszła 27 lutego 2019 r.

WP

WSTĘP

Był 14 stycznia 2018 roku. Mój urlop dobiegał końca. Ostatnie pięć lat życia spędziłem głównie w samolotach i takich miastach jak Lagos, Akra, Johannesburg czy Nairobi. Byłem jednym z założycieli Jovago.com, największego w Afryce serwisu do rezerwacji hoteli, który w końcu połączył się z Jumia.com – nazywaną dziś Amazonem Afryki. Kolejne moje firmy, HotelOga i HotelOnline, tworzyły oprogramowanie dla hoteli i umożliwiły ekspansję na Czarnym Kontynencie takim graczom jak Expedia i Booking.com.

Byliśmy jedną z pierwszych firm w Afryce, z którą ci giganci zdecydowali się współpracować. Przez te wszystkie lata udało mi się unikać terrorystów, porywaczy, skorumpowanych polityków, urzędników wysokiego szczebla czy pozbawionej skrupułów konkurencji. Miałem dużo szczęścia, swoim przykładem poprawiałem statystyki dotyczące robienia biznesu w Afryce i rozbrajałem stereotypy na jej temat. Ale statystyka miała mnie dopiero dopaść.

14 stycznia leciałem z Warszawy do Londynu na spotkanie z funduszem inwestycyjnym. Miałem negocjować jego zaangażowanie w moje kolejne przedsięwzięcie. Mówiąc wprost, miałem prosić kilku bankierów w drogich garniturach o ich pieniądze. A w zasadzie nie ich pieniądze, tylko tych, którzy je w ich fundusz zainwestowali.

WP
fot. Wydawnictwo Agora
Podziel się

Faceci w drogich garniturach zawsze robili na mnie wrażenie, dopóki nie zrozumiałem, że tak naprawdę pracują dla gości w T-shirtach. Ot, piękno rynków finansowych.

Godzina 13.30. Uber wysadził nas pod lotniskiem dokładnie dwie godziny przed moim wylotem. Byłem ze swoją partnerką, Yaritzą. Jej samolot do Brukseli odlatywał chwilę wcześniej i zamierzałem odprowadzić ją do samej bramki. Odprawiliśmy się już online, jedyne, co mi pozostało, to przejść ze swoim bagażem podręcznym przez security check i odprawę paszportową. Uciszyłem więc na chwilę swoje romantyczne poglądy na temat równości wszystkich ludzi i użyłem służbowej karty nabitej do granic możliwości milami lotniczymi, by oszczędzić czas w kolejce priorytetowej. Czyli kolejce dla tych, którym wydaje się, że są ciut lepsi.

Godzina 14.45. Yaritza siedziała już bezpiecznie w samolocie, który osiągnął już pewnie pułap kilku tysięcy metrów. Bruksela, podobnie jak Warszawa, znajduje się w strefie Schengen, co niesamowicie ułatwia podróżowanie. Fakt, o którym coraz częściej zapominamy. Podróż do Londynu wymaga już kontroli dokumentów przez straż graniczną. Stanąłem więc grzecznie przed miło uśmiechniętą panią ze straży granicznej i podałem jej swój paszport.

WP

Godzina 14.49. Byłem zamyślony, więc nie zwróciłem uwagi, że przy okienku stoję już dobrych kilka minut. Kolejki na prawo i lewo ode mnie poruszają się sprawnie, a pani ze straży granicznej intensywnie wpatruje się w monitor i gdzieś dzwoni. Z jej twarzy zniknął uśmiech.

Zobacz też: Polak budował afrykańskiego Amazona. Trafił na listę ściganych przez Interpol

14.51. Nagle pojawiło się koło mnie dwóch oficerów straży granicznej, którzy każą mi wyjść z kolejki. Nie odpowiadają na żadne pytania. Prowadzą gdzieś na tyły terminalu. Odosobnione pomieszczenie, do którego trafiłem, ma mniej więcej cztery metry powierzchni, nie ma okien i klamek. Panowie ze straży granicznej nie zabrali mi jednak bagażu. To chyba dobry znak, myślę. Pewnie zaszło jakieś nieporozumienie, pewnie coś nie tak z moim paszportem. Te wydane poza granicami kraju często budzą wątpliwości. Strażnicy zostawili mnie z informacją, że ktoś niedługo do mnie przyjdzie. Poprosiłem ich o poinformowanie linii lotniczej, że mogę się spóźnić na samolot. Rozbawiła ich ta prośba. Na wszelki wypadek zadzwoniłem do prawnika i asystentki i zdałem im relację z tego, co się ze mną dzieje.

fot. Chlistowska Foto Atelier
Podziel się
WP

15.05. Przyszło po mnie trzech nowych strażników w mundurach. Większych i groźniejszych niż poprzedni. To był ostatni raz, kiedy mogłem sprawdzić z taką dokładnością chronologię wydarzeń. Zabrali mi zegarek razem ze wszystkimi rzeczami osobistymi. I poinformowali, że zostaję zatrzymany i przewieziony do aresztu na Rakowieckiej. Oblał mnie zimny pot. Od strażnika w końcu wyciągnąłem informację, że według jego wiedzy jestem poszukiwany przez rząd Nigerii, który oskarża mnie o "oszustwa finansowe na dużą skalę”. Zostałem zakuty w kajdanki i wyprowadzony przez terminal na zewnątrz, stając się po drodze niewątpliwie największą atrakcją dla pasażerów wylatujących tego dnia z Okęcia.

Styczniowe słońce już zachodziło, gdy przewieziono mnie do aresztu i zaprowadzono do celi. Dopiero następnego dnia miałem stawić się przed prokuratorem i dowiedzieć się czegokolwiek na temat mojego losu. Wiedziałem tylko tyle, że powodem mojego zatrzymania jest czerwony alert (ang. Red Notice), czyli najgroźniejsza wersja listu gończego używanego przez Interpol. Wydawany jest na wniosek państwa ścigającego przestępcę. Służy do ścigania terrorystów, morderców i baronów narkotykowych, ale również wrogów politycznych i biznesowych. Bo członkami Interpolu są również takie demokratyczne i nieskorumpowane państwa jak Chiny, Iran, Rosja czy Turcja.

Nie miałem zielonego pojęcia, co się ze mną stanie, ani żadnej wiedzy, jak w ogóle wyglądają procedury w takich sytuacjach. Dotychczas moim największym przestępstwem było przekroczenie prędkości na obszarze zabudowanym. Tej nocy, w areszcie śledczym na Rakowieckiej pomiędzy medytacjami, pompkami, modlitwą do kilku alternatywnych bogów i łażeniem w kółko zmierzyłem się z największym strachem, czy i kiedy znów zobaczę swoją rodzinę i ukochaną, i czy jestem w ogóle w stanie przeżyć w nigeryjskich więzieniach. Budowanych jeszcze w czasach kolonialnych, zatłoczonych dziesięć razy bardziej niż przewidywały projekty.

Bez prądu, bieżącej wody, ale za to ze szczurami, insektami i wewnętrzną hierarchią więzienną. Już sobie wyobrażałem, jak przywódcy grup plemiennych kłócą się ze sobą, czyją będę maskotką, dopóki nie zabije mnie jakaś choroba. Tej nocy nie zmrużyłem oka. Poniedziałek, 15 stycznia, godziny poranne. Byłem spocony, zmęczony, cuchnący, cały czas w szoku. Na spotkanie z prokuratorem jakimś cudem dotarł mój prawnik Krzysiek. Nigdy nie sądziłem, że można się tak ucieszyć na widok adwokata. Zaniepokojony ciszą po mojej ostatniej wiadomości zdołał ustalić, co się ze mną dzieje. W problemach życiowych możesz liczyć tylko na rodzinę i prawnika. O ile masz z czego mu zapłacić.

Zrobiło mi się lżej na duchu, bo już nie byłem w tym wszystkim sam. Nigdy na swojej drodze nie spotkałem żadnego prokuratora. Nie wiedziałem, jacy są tacy ludzie. Spodziewałem się kogoś w stylu starego policyjnego wygi, zblazowanego i zmęczonego życiem, odpalającego kolejnego papierosa od poprzedniego. Przyszedł facet młodszy, w dobrze skrojonym garniturze, sprawiający wrażenie profesjonalisty. To podniosło mnie jeszcze bardziej na duchu. Może komuś takiemu łatwiej będzie dostrzec horrendalność tej całej sytuacji?

WP
Materiały prasowe
Podziel się

Zaczęła tlić się iskierka nadziei, że zaraz nam powie, że to jedno wielkie nieporozumienie i że nas za wszystko przeprasza. Prokurator oblał jednak moją iskierkę kubłem zimnej wody. Poza czerwonym alertem wysłanym przez Interpol prokuratura dostała faksem dokumenty z ministerstwa sprawiedliwości Nigerii domagającego się mojej ekstradycji. Zamarłem na kilka sekund przerwanych zdaniem, które najmniej się już spodziewałem usłyszeć: "Jest pan wolny”.

Okazało się, że dokumenty z Nigerii były niekompletne, a to, co można było w nich przeczytać, nie przekonało prokuratora. Puścił mnie wolno, ale zalecił nie opuszczać kraju do czasu następnego przesłuchania. Ponieważ moje dane są już w systemie Interpolu – wyjaśnił – mogę być zatrzymany podczas kontroli granicznej w każdym kraju na świecie, a tam decyzcja o mojej ekstradycjii może być zgoła inna. Jeszcze trochę pożyję, pomyślałem. To był jednak koniec dobrych wiadomości tego dnia.

Moje problemy miały się dopiero zacząć. Informacje napływające od moich współpracowników w Nigerii wskazywały, że moje zatrzymanie było jedynie częścią akcji o wiele bardziej złożonej i dobrze zaplanowanej. Ktoś wiedział o moim niedzielnym locie i spodziewał się, kiedy zostanę zatrzymany. W poniedziałek o świcie, gdy byłem jeszcze w areszcie, do mojego mieszkania w Lagos wtargnęła nigeryjska policja. Ani ochrona, ani sprzątaczka nie zapytały oczywiście o nakaz rewizji, bo po pierwsze, życie im miłe, a po drugie, uzyskanie takiego papierka nie było problemem dla kogokolwiek, kto stał za tym wszystkim. Policjanci nie znaleźli mnie, czym nie byli jakoś specjalnie zdziwieni, i skierowali się prosto do mojego gabinetu, zabrali laptopa, dokumenty z szuflad oraz dysk, na którym zapisywane były na bieżąco nagrania z kamer monitoringu. Dokładnie wiedzieli, gdzie wszystkiego szukać.

Zobacz też: Całe życie pracuje w zakładzie pogrzebowym. Ręce śmierci nie zawsze są zimne i kościste

Tego dnia odebrałem jeszcze jeden telefon. Od reprezentanta pewnego biznesmena z Afryki. Kogoś, kto dość dobrze orientował się w moich przedsięwzięciach. Kogoś, kto zaoferował, że wszystkie moje problemy znikną tak szybko, jak się pojawiły, o ile wesprę jego "chęć pomocy” drobną kwotą miliona złotych. Jeśli tego nie zrobię, wyląduję w Nigerii. A wtedy już na pewno zdecyduję się sobie pomóc i podpisać każdy dokument, jaki zostanie mi podłożony, bo podobno współwięźniowie i strażnicy mają dar przekonywania do wszystkiego.

Wszystko stało się dla mnie jasne. To był szantaż! Wyrafinowany, przemyślany, zuchwały! Być może naoglądałem się za dużo filmów z Hollywood, ale zadecydowałem, że nie zapłacę i będę walczył. Z terrorystami się nie negocjuje, z szantażystami – można, jeśli służy to zebraniu dowodów przeciwko nim. I jeśli chce się napisać o tym książkę.

Marek Zmysłowski - Milioner, celebryta, partner Wicemiss Świata, self-made-biznesmen Marek Zmysłowski zbudował Amazona Afryki i stał się jedną z najbardziej znanych postaci afrykańskiej branży IT. Pewnego dnia okazało się jednak, że jest też poszukiwanym przez Interpol międzynarodowym zbiegiem.

Polub WP Książki
WP
WP
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Wow!
0
Ważne
0
Słabe
0
Straszne
Trwa ładowanie
.
.
.
WP