Trwa ładowanie...
d2ncwzz

"Wędrowny Zakład Fotograficzny" Agnieszki Pajączkowskiej. Publikujemy fragment

W żółtym busie volkswagenie przemierza tereny przy wschodniej granicy Polski. Robi zdjęcia i wręcza je ich bohaterom. Za co? Za nocleg, za jedzenie, za opowieści o świecie, którego już nie ma. Agnieszka Pajączkowska spisała je, a my dzięki Wydawnictwu Czarne prezentujemy jedną z nich.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Agnieszka Pajączkowska i jej Wędrowny Zakład
Agnieszka Pajączkowska i jej Wędrowny Zakład (Materiały prasowe, Fot: Kamila Szuba)
d2ncwzz

Przejeżdżając przez miasteczko, dostrzegłam na jednej z fasad budynku zatarty, ale jeszcze widoczny napis. Zawróciłam. Niska szeregowa kamienica z klatką schodową i kilkoma mieszkaniami. Zapukałam w pierwsze drzwi.

 – Proszę pani, to ze dwadzieścia lat, jak ten zakład nie działa. Tylko szyld został. Ale pani pojedzie w górę wsi, za sklep popyta o żonę fotografa, bo on już nie żyje, ale ona jeszcze gdzieś tam w blokach mieszka.

Pojechałam na osiedle jednopiętrowych bloków socjalnych z mieszkaniami dla byłych górników. W pierwszym domu nikt nic nie wiedział. W drugim jedna pani skojarzyła, że sąsiadka z bloku trzeciego miała męża fotografa. Wyjaśniła, jak ją znaleźć, pojechałam, zapukałam.
Otworzył mi łysy, przysadzisty mężczyzna. Wytłumaczyłam, kim jestem i kogo szukam. On zawołał w głąb mieszkania. Wyszła starsza, elegancka kobieta w sukience, z włosami ułożonymi na wałki i pierścionkami na palcach. Przedstawiłam się jako wędrowna fotografka.

 – Więc pani jeździ? Ja robiłam zdjęcia tylko na miejscu. Najpierw zakład prowadziłam z mężem, a jak zmarł, to sama. Już raz ten napis zamalowałam, ale farba jakoś się nie czepiła ścian. Wszyscy wiedzą, że zakład od dawna nieczynny. Myśmy zdjęcia robili jeszcze starą techniką. Trzeba było mieć utrwalacz, wywoływacz. Zdjęcia robiłam nie na film, tylko na cięte klisze. Zakładało się kliszę do kasety, kasetę do aparatu, ustawiało klienta i się robiło: dowodowe, do legitymacji, wizytowe, pocztówkowe. Jak ustawiałam? To zależy, co chciał klient, stojące czy siedzące. Zawsze robiłam na tle. Potem retusz, ale nie zdjęcia, tylko kliszy. Twardym i miękkim ołówkiem. Jakieś cienie pod oczami, krostki, jak u pani, to wszystko trzeba było poprawić, żeby zdjęcie wyszło gładkie, bez usterek. Później odbijało się na papier i robiło w kuwetach: wywoływacz, utrwalacz, woda, potem suszyło się i cięło obcinarką. Ciemnię miałam w kuchni, pracowałam tylko przy zielonym, ciemnym świetle. Popsułam sobie od tego oczy. A do retuszu to trzeba mieć oczy dobre.
Nawet nie wiem, gdzie mąż się fotografii nauczył. Jak go poznałam, już miał świadectwo czeladnicze. Był z Krakowskiego, przyjechał tu w 1947 roku. Nie wiem, czy tu był fotograf przed wojną i mąż ten sprzęt po nim przejął, czy ze sobą przywiózł. Przy nim wszystkiego się nauczyłam. Jak zmarł, musiałam do Wrocławia na egzamin jechać do cechu, żebym miała papiery do wykonywania zawodu.
Kolorowe też robiłam, ale to było trudne i niezdrowe. Potrzebne były wysokie temperatury wywoływania i opary w ciemni bardzo szkodziły, gorzej jak czarno-białe. Teraz już są inne techniki, ale ja już się tym nie zajmowałam. Wyszłam drugi raz za mąż, dostałam rentę rodzinną i zamknęłam zakład.
Ślubne robiłam, ale tylko czarno-białe, takich portretów malowanych, o które pani pyta, to nie. Ale wiem, jak to robili. Brali zdjęcia, choćby legitymacyjne, robili z nich w zakładzie reprodukcje, powiększali i naświetlali na jednym dużym papierze, w większym formacie. Potem, jak kto umiał, to poprawiał, domalowywał jakieś welony, kwiaty. Na szablon to robili, nieraz ludzie wychodzili niepodobni do siebie, ale za to wszyscy z takimi samymi krawatami, wiankami. U nas były tylko oryginalne zdjęcia. Pokażę pani, jakie ja robiłam. – Weszła do mieszkania, wróciła z kilkoma fotografiami. – To moja córka, nie żyje już dawno. Jest podkolorowane, lubiłam tak pomazać. Wtedy trzeba było robić na siatkowym papierze, o, czuje pani pod palcem? Na gładkim by się kolorowanie nie złapało. Na tym jestem ja, mąż mi zrobił.
Mnie? Portret? Teraz? O nie! Ja nie wychodzę ładnie na zdjęciach, fotografowałam się, tylko jak musiałam do dowodu. Nie lubię bardzo. To nie od fotografa zależy, ja się sobie nigdy nie podobam. A pani ma taki aparat nowoczesny? Cyfrowy? I tylko taka mała drukarka? Fajnie, już ciemnia niepotrzebna. Ale dziękuję, naprawdę, to już nie dla mnie. My już starzy ludzie, młodych trzeba fotografować.

Wydawnictwo Czarne

ODWIEDŹ WĘDROWNY ZAKŁAD FOTOGRAFICZNY NA INSTAGRAMIE

d2ncwzz

Podziel się opinią

Share

d2ncwzz

d2ncwzz