Bastion to kolejna powieść autorstwa niejakiego Richarda Bachmana. Zwyczajowo, gdy pada to nazwisko, nie podnosi się las rąk, a sale nie rozbrzmiewają oklaskami, bo też, choć to prawie niemożliwe, okazuje się, iż niewielu wie o tym fascynującym epizodzie w życiu pewnego, ale za to na pewno znanego ogółowi, Stephena Kinga. Podobno niewtajemniczeni uważają nawet, iż ów Bachman, tworzący w latach 1977-1984, którego dzieła, to między innymi: Rage, Wielki marsz oraz Roadwork, Uciekinier i oczywiście genialny Chudszy jest o niebo lepszy od samego Kinga. Ale to już raczej kwestia gustu. Na pewno to wcielenie Mistrza Grozy, tchnie innością. Duży nacisk kładzie na aspekt psychologicznego oddziaływania innych, na wymyślonego przez niego bohatera. Taki jest Chudszy i w tym przypomina właśnie Ostatni bastion Barta Dawesa. Ale też i należy zwrócić uwagę na akcję rozwijającą się w niezbyt obszernej formie.
Wszystko zaczyna się w okresie kryzysu energetycznego w USA, a rozgrywa się między listopadem 1973 a styczniem 1974 roku. W małym miasteczku, jakich pewnie wiele na mapie tego kawałka świata, ma powstać szosa. Ot kolejny element wdzierającej się rzeczywistości technicznej. Ułatwienie dla wszystkich, pieniądze dla nielicznych. I gdyby nie mały problem, wszystko by się udało. Tylko, że jeden z mieszkańców się buntuje. Barton George Dawes, zamieszkały 124 Crestallen Street West. A może to raczej Fred? W końcu tak naprawdę nie wiemy, kto nam opowiada tę historię. Który, z nich, zagubionych w czasie, pragnie zachować ostatnie wspomnienia. Ostatnie szczątki, które pozostały z jego życia, z małżeństwa, dzieci, dorastania i dzieciństwa... wspomnienia. Ta ulica, na której zna wszystkich swoich sąsiadów, te drzewa, pralnia, sklepy, te zakupy „za grosik”.
„Ale kocham tę brudną wodę,
Ouuu, Boston to mój dom.”
To jego jedyne miejsce, gdzie wyobraża sobie życie. Nie mogą mu go odebrać. Nie pozwoli na to. Ale czy to Fred kupił broń? A może raczej George? Niby nic się nie dzieje. Nic w tej powieści z „prawdziwego” Kinga. Ani potworów, ani grozy, ani wyuzdanego seksu ani nawet jednego ducha, poza odblaskami przeszłości. Jest tylko protest. Jeden staje przeciwko wszystkim, przeciw przyszłości i rozwojowi. Jeden skomplikowany, ostro zarysowany bohater, wciąż tętniący trudną przeszłością. Mężczyzna „po przejściach”, który miał odwagę wypowiedzieć wojnę. Wojnę, która od początku była skazana na przegraną. Co najgorsze, on dobrze sobie z tego zdawał sprawę...
Ilu jest takich Bartów Dawesów w naszej rzeczywistości? Ile białych domków oraz wspaniałych wspomnień, pochłonęły bezduszne pragnienia większości? Bohater Bachmana to ich symbol. To pomnik wystawiony tym, którzy odważyli się powiedzieć: NIE!!! Ale też wspaniale uchwycona postać mężczyzny, rozdartego między przeszłością a teraźniejszością. Może przegranego, ale za to powiedzą o nim w Wiadomościach.