Trwa ładowanie...
recenzja
26-04-2010 16:18

Uciec od siebie

Share
Uciec od siebieŹródło: "__wlasne
dk7x1mh

Napisać książkę o niczym potrafi każdy. Ale napisać książkę o niczym i zgarnąć za nią nagrodę Nike, to już prawdziwa sztuka. Bo czym jest właściwie Jadąc do Babadag Stasiuka? Historią pewnej podróży? Poszukiwaniem własnego miejsca na świecie? Może wszystkim, może niczym. Grunt, że zachwyca. Ta miejscami niezbyt ładna i niezbyt składna mozaika luźno posklejanych faktów ma swój rzeczywisty urok, którym obdarza czytelnika i przywiązuje go do siebie na tyle, aby wraz z głównym bohaterem chciał on odbyć podróż w nieznane. A komu jak komu, ale Stasiukowi czasem trudno się oprzeć. Podróż jest stosunkowo dobrym rodzajem narkotyku, pisze autor. I przez trzysta stron ćpa jak oszalały. Ćpa niemiłosiernie, nieobyczajnie, obrazoburczo wręcz. Niby gówno go obchodzi, dokąd zmierzamy, a jednak nie potrafi się zatrzymać. Sto sześćdziesiąt siedem stempli w paszporcie, sto sześćdziesiąt siedem przekroczonych granic, sto sześćdziesiąt siedem pytań bez odpowiedzi. Siedem lat zawieszonych w próżni, między zaciszną prowincją
a piekłem industrialu - ot cała historia Stasiukowego bohatera. Czasem przystaje przy płocie, żeby z sobieskim super lightem w gębie prawić o dyktaturze, innym razem podgląda kobiety nabierające wodę ze studni. Kontempluje błyszczące w słońcu karoserie starych aut, drepczące kozy, ceny skupu karpia i suma. Zachwyca go zarówno rozgardiasz podwórek, jak i uosabiająca martwotę i monotonię śmiałości jednocześnie latarnia morska. Jeśli przystaje, to nie po to, by zgłębiać historie monastyrów czy opactw.

Ta cała Stasiukowa pazerność na konkret w okamgnieniu pryska jak bańka mydlana, a w powietrzu pozostaje jedynie przyjemna woń znikającego cudu. Nagle dodatkowych znaczeń nabiera gdakanie kur, rąbanie drzewa, człapanie starych gospodyń czy poklepywanie krowich zadów. Bo wszędzie tkwią zadry znaczeń, o które myśl zaczepia się jak gacie o kolczasty drut. Ziemia, przemierzana przez autora, to nie ta swoista terra incognita, upragniona przez zdobywców i poszukiwaczy białych plam. To ziemia zbezczeszczona, wielokrotnie zgwałcona, przygnieciona nadmiarem interpretacji, na której czas nadciąga z daleka i przypomina obce powietrze, którym już ktoś oddychał. Sztuka wykreowanego w lekturze bohatera polega na doszukiwaniu się nowości, piękna i prawdy tam, gdzie pozornie ich nie ma. Bo w końcu świat zużyje się i wytrze jak stara mapa od nadmiaru spojrzeń, a wszystkie te przechodzone dróżki i wystawione na ciekawość ludzkich spojrzeń przedmioty stracą swoją wartość i znikną bezpowrotnie. Dlatego picie rozcieńczonego
denaturatu ze sfermentowanym sokiem z leśnych grzybów to przyjemność porównywalna z kolacją w Bristolu, a brodzenie w kilkucentymetrowym błocie -ze spacerem po hollywoodzkim czerwonym dywanie. Cała magia nie polega bowiem na tym, by czerpać przyjemność z utartych schematów. W życiu chodzi raczej o cud cierpliwości, o umiejętność nadawania wartości rzeczom pozornie ich pozbawionym. To sytuacja, w której śnią się red bulle i stacje benzynowe, to poczucie nieskończoności świata i pragnienie ciągłego przemierzenia go. Cała codzienność, wszystkie wtorki podobne do czwartków i maje dwa tysiące siedem do majów dwa tysiące osiem, to dziesiątki kocurów i kocic, wylegające na ulice i dopiero w świetle lamp nabierające setek kolorów i odcieni. Kobiety to nie chłopska nieśmiałość w rewiowych kostiumach ani misternie rzeźbione burdelowe makijaże, a natura i krzepkość przy wypłukiwaniu koszul z mydlin. Stasiukowy bohater nie kryje się ze swoją skłonnością do peryferii, pociągiem do prowincji, perwersyjną wręcz miłością do
wszystkiego, co zanika, przepada i niszczeje. To obywatel świata, w którym maszyny to zombie, a przemysł to zło. Swoją podróż odbywa w sposób nie tyle fizyczny, co duchowy. Traktuje ją jako mistyczne doznanie, dzięki któremu krainy geograficzne przenoszą go na kolejny stopień wtajemniczenia, wzbogacają o nowe doświadczenia i przemyślenia, pozwalają odkrywać na nowo sens własnego istnienia. Ale u Stasiuka nie tylko podróż się liczy. Ważny jest również moment zatrzymania, postoju. To czas swoistej kontemplacji, namacalnego przeżywania tego, co dotąd było nieprzyjemnie dzikie i obce.

Autor poprzez swoją książkę nie tylko kreuje rzeczywistość, ale także stopniowo ją oswaja. Dzięki wulgaryzacji języka i niepohamowaniu myśli tworzy obraz spójny, autentyczny, który potencjalny czytelnik może przyjąć na wiarę. Tworzy fabułę, której brak początku i końca, tak jak człowiekowi brak wiedzy na temat tego, skąd przyszedł i dokąd zmierza. Wprzęga swojego bohatera w machinę ruchu, nakazując mu odbywać niezwykłą podróż – nostalgiczną, refleksyjną, filozoficzną wręcz. A podsumowaniem historii Stasiukowego bohatera niech będą włożone mu w usta słowa: Powtarzam więc tę beznadziejną mantrę nazw i krajobrazów, bo przestrzeń umiera wolniej niż ja i jest czymś na kształt nieśmiertelności, mamroczę tę geograficzną modlitwę, topograficzne zdrowaśki, klepię kartograficzną litanię, żeby ten jarmark cudów, ten kalejdoskop choć na chwilę zastygł, zatrzymał się ze mną w środku.

dk7x1mh
Oceń jakość naszego artykułu:
Twoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.

Komentarze

Trwa ładowanie
.
.
.
dk7x1mh
dk7x1mh