Trwa ładowanie...
d2qiqyk
Recenzje

Tak umiera miłość

Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Tak umiera miłość
("__wlasne)
d2qiqyk

„Tego wieczoru siedzą przy stoliku wystawionym na lato do restauracyjnego ogródka, Wokół są ludzie, mężczyźni i kobiety, pary. Piją wino”. Wymarzona sceneria, żeby cieszyć się życiem, piękną pogodą i sobą nawzajem. A oni są jeszcze młodzi – gdzieś w połowie między trzydziestką a czterdziestką – ładnie ubrani, niebrzydcy, choć ona może trochę za chuda (ale kogo dziś dziwi kobieta nosząca rozmiar XS?). Ileż pięknych scenariuszy mogłoby dla nich przygotować życie! Może dopiero się poznali? Albo niespodziewanie odnaleźli po latach? A może za chwilę on wyciągnie z kieszeni pudełeczko z pierścionkiem i wypowie słowa, które każda kobieta chciałaby usłyszeć ten jeden, jedyny raz w życiu? A jeśli są ze sobą dłużej, to może właśnie świętują rocznicę ślubu? Czy też po prostu poszli sobie do restauracji tak, bez okazji, żeby nie trzeba było gotować w domu, tylko nareszcie mieć trochę czasu dla siebie?

Ale popatrzmy na nich: czy aby jesteśmy pewni, że i oni, tak jak tamte pozostałe pary, przyszli tutaj dla przyjemności? Czy nie dostrzegamy tego spięcia, tych wymuszonych gestów, tego dziwnego chłodu w spojrzeniu? Rzeczywiście, słusznie podejrzewamy, że ani dla niej, ani dla niego nie będzie to wieczór, który pozostawi miłe wspomnienia. Nie, nie wydarzy się nic strasznego, jeśli nie liczyć jednego wybuchu Delii, w wyniku którego garderoba Gaetana zostanie nieco nadwyrężona. Bo tak naprawdę to, co najgorsze, już się stało. Była miłość – są pretensje, żale, wyrzuty sumienia. Była rodzina – jest dwoje sfrustrowanych, rozgoryczonych dorosłych, którym nie najlepiej jest bez siebie, ale ze sobą jeszcze gorzej, „i zagubione dzieci, które sikają do łóżek i skarżą się na głód o drugiej w nocy”. Były marzenia i ambicje – tymczasem zamiast pisarskiej kariery jest „świat oper mydlanych, filmów biograficznych o świętych i seriali kryminalnych”, zamiast ratowania nastolatków z zaburzeniami odżywiania „krzyżyki przy
produktach spożywczych wypisanych na gotowych formularzach”, a na dodatek „małe przykrości, rachunki do zapłacenia, przepełniona zamrażarka”. Jak właściwie do tego doszło? Kto zawinił: on, ona, oboje po równi czy może tylko tak zwane okoliczności zewnętrzne? Czy był taki moment, w którym dałoby się jeszcze uratować to, co najważniejsze, czy od początku byli skazani na klęskę? Podczas tej jednej kolacji Delia i Gaetano przenicują w myślach całe swoje życie, nie tylko historię związku, ale także bagaż, z którym w ten związek wchodzili (tu, jak zwykle, okaże się, że brak wiary we własne siły czy też obsesyjna potrzeba kontrolowania wszystkiego raczej nie bierze się znikąd…). Niczym pod szkłem powiększającym przyjrzą się rozmaitym drobnym i większym zaszłościom, które przed dziesięciu, ośmiu czy pięciu laty wydawały się bez znaczenia, lecz z perspektywy czasu odegrały w katastrofie taką samą rolę, jak w starożytnych kamieniołomach niepozorne drewienka, same w sobie mało do czego zdatne, za to po wciśnięciu w
skalną szczelinę i nasiąknięciu wodą zdolne rozsadzić kamienną ścianę.

Co zobaczą? Bo przecież na początku się kochali i (chyba) rozumieli, „chcieli się rozwijać i robić to razem”Tak, owszem, każde z nich w jakimś stopniu poświęciło swoje aspiracje zawodowe na rzecz rodziny; ale czy gdyby Delia mimo wszystko postanowiła dojeżdżać do pracy kawał drogi od Rzymu i wracała do domu późnym wieczorem, właściwie nocą, a Gaetano w tym czasie, zamiast konstruować intrygi dla mało wybrednych telewidzów, pracował nad własną prozą, nie zarabiając chwilowo żadnych pieniędzy, łatwiej by im się dźwigało ciężar codzienności? Nie oszukujmy się, to by niczego nie uratowało, zgrzyty pojawiłyby się jeszcze szybciej, gdyby zamrażarka była pusta, a nie przepełniona…
Więc chyba klucza należy szukać gdzie indziej. Może w tej smutnej scenie, gdy Gaetano, zamiast wytłumaczyć kilkuletniemu synkowi, że jego ukochane zwierzątko dobiega już kresu swojego chomiczego żywota i nikt nic na to nie poradzi, spróbował błysnąć dowcipem i zarazem zademonstrować, że ekonomia nie jest mu obca („wizyta u weterynarza kosztuje pięćdziesiąt euro, nowy chomik osiem”)? Lub wcześniej, kiedy w trakcie intymnej sceny rzucił się odbierać telefon („w sprawie pracy”), zostawiając nagą żonę na łóżku? Albo wtedy, gdy Delia zaczęła krytykować jego zamiłowanie do horrorów i fotografii przedstawiających wszelką brzydotę natury? Czy też, kiedy odgradzała się od niego, ubrana w sprany T-shirt, nieumalowana, zatapiając się w lekturze książek, które „były lepsze od innych tylko dlatego, że to ona je wybrała”? A może jeszcze dawniej? W czasach, kiedy jeszcze nawet się nie znali? Kiedy Delia jako kilkuletnie dziecko nabrała przekonania, że „rodzice nie wytrzymali szoku spowodowanego jej przyjściem na świat” i
przez nią nie potrafili zostać razem? Kiedy marzyła o tym, by zniknąć, a jeśli nie zniknąć, to odgrodzić się od świata, „jego barów i restauracji”, aż z ciała zostanie „biały woal, za którym widać tylko duszę”? I kiedy Gaetano każdego dnia miał ten sam wybór-nie-wybór: jeśli mu się coś nie uda, „ojciec go wyśmieje, zarzuci obelgami”, a jeśli się uda, usłyszy „ale lepsze to niż nic”?...Co i jak mogą skleić teraz, kiedy już mają „języki twarde od złości, dwa średniowieczne miecze”? Jak mają sprawić, żeby ich dzieci, które „już wiedzą, że przestały być racją istnienia, że przestały być czymkolwiek”, nie zrobiły tego samego swoim dzieciom?Czy krótka rozmowa z parą starszych ludzi, spotkanych w restauracji, doprowadzi ich … nie, nie do natychmiastowego padnięcia sobie w ramiona i naprawienia wszystkich krzywd, bądźmy poważni, to przecież nie amerykańskie kino familijne!... ale chociaż do tego, żeby potrafili o sobie pomyśleć bez wstrętu i wściekłości?

d2qiqyk

Temat miłości, która umiera – z jednej strony zatruwana toksycznymi impregnatami, jakimi nieświadomie nasączyli osobowość swoich dzieci rodzice (zbyt egoistyczni, zbyt nadopiekuńczy, zbyt gruboskórni… długo by jeszcze można wyliczać, ale efekt zawsze będzie ten sam, nikt nie wyjdzie całkiem zdrowy na duszy z domu, w którym stale panuje niezdrowa atmosfera), a z drugiej nadwątlana przez przyziemne drobiazgi, same w sobie wcale nie zabójcze, lecz dotkliwe niczym pęcherze i otarcia na stopach, będące w stanie uprzykrzyć najpiękniejszy spacer czy bal – podejmował już niejeden autor. Sytuację podobną jak tutaj mamy w „Po rozstaniu” Shalev czy też w „Między nami niebotyczne góry” Ostrowskiej, a to tylko dwa pierwsze przykłady, które przyszły mi na myśl. Mazzantini nie trafiła więc na literacką ziemię niczyją – a jednak wtórność to jedna z ostatnich rzeczy, które można by tej powieści zarzucić. Jeśli w ogóle można jej cokolwiek zarzucić, bo „Nikt nie ocali się sam” to proza perfekcyjnie dopracowana, zachwycająca
zwięzłością i koncentracją emocji, stanowiąca jeden z niewielu w dzisiejszych czasach okazów literatury psychologiczno-obyczajowej, nieociekającej dosadnymi scenami erotycznymi i wulgaryzmami. Owszem, Gaetanowi tu i ówdzie wymyka się mniej wytworne słowo, i bez zmysłowych wspomnień również się nie obchodzi, a jednak jest to wszystko jakieś stonowane, niestwarzające dysonansu poznawczego, jaki czytelnika męczy przy lekturze co poniektórych, zwłaszcza polskich i amerykańskich (może zresztą i z innych krajów też, a tylko ja akurat do literatury tych dwóch miałam szczególnego pecha?) powieści psychologiczno-obyczajowych, których bohaterowie – ludzie wykształceni, żeby nie powiedzieć: elita kulturalna i intelektualna! – w odniesieniu do spraw intymnych posługują się słownictwem rodem z podrzędnego lupanaru. Nie, nic z tych rzeczy, zresztą w ogóle język jest jednym z dwóch – obok portretów psychologicznych – atutów tej powieści: kształtny, wyrazisty językiem, ani nadmiernie uproszczony, ani nazbyt wysublimowany
(te umiejętności zresztą autorka zademonstrowała już w „Powtórnie narodzonym”). Po taką prozę chce się sięgać i jeśli po zakończeniu odkłada się ją z uczuciem zawodu czy niedosytu, to tylko dlatego, że już po wszystkim, a kolejnego utworu autorki nie ma się pod ręką…

d2qiqyk

Podziel się opinią

Share
d2qiqyk
d2qiqyk