WP

Świadek awarii w Czarnobylu: Pomyślałem, że to piękny widok

26 kwietnia 1986 r. to data, której nie da się zapomnieć, bo jej konsekwencje dźwigamy do dziś. To wtedy w Czarnobylu miała miejsce katastrofa elektrowni jądrowej. Mimo błyskawicznej akcji ratunkowej, nie wszystkich udało się uratować. Zatrucie kończyło się śmiercią trudną i bolesną.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Czarnobyl to miasto na Ukrainie niechlubnie rozsławione przez awarię elektrowni jądrowej
Czarnobyl to miasto na Ukrainie niechlubnie rozsławione przez awarię elektrowni jądrowej (PAP)
WP

Dzięki uprzejmości wydawnictwa Czarne prezentujemy fragment książki Kate Brown "Czarnobyl. Instrukcje przetrwania" (fragment pochodzi z rozdziału: "Likwidatorzy w Szpitalu numer 6").

Doktor Angielina Guśkowa sypiała nieopodal telefonu. Jego dzwonek rozbrzmiał o wpół do trzeciej w nocy 26 kwietnia. Dzwonili z Czarnobyla. Wśród trzasków i zaników sygnału dyżurny rozpaczliwie dopytywał się o pomoc w leczeniu strażaków, którzy z walki z piekielnym ogniem szalejącym w reaktorze wychodzili chorzy. Guśkowa kierowała kliniką medycyny radiacyjnej w tajnym Szpitalu numer 6 w Moskwie.

"Zadzwonili do mnie godzinę po wypadku. Byłam chyba pierwszą osobą w Moskwie, która o tym usłyszała” - opowiadała reporterowi w roku 2015. Sanitariusz z elektrowni w Czarnobylu opisywał pacjentów dręczonych mdłościami, osłabionych, z zaczerwienioną skórą, jeden już wymiotował.

WP

Zobacz też: "Czarnobyl" odc. 3: Szukając sensu w chaosie

Diagnoza przyszła Guśkowej łatwo: "Typowe objawy ostrej choroby popromiennej”. Guśkowa widywała już takie przypadki. Na całym świecie nikt nie leczył tylu pacjentów z chorobą popromienną, co ona. W wieku sześćdziesięciu dwóch lat osiągnęła szczyt udanej kariery, o której mało kto jednak wiedział, bo jej życiorys tkwił pod kluczem, utajniony. Jej biografia była typowa dla tamtego pokolenia.

Shutterstock.com
Podziel się

(...)

WP

Wykonując rutynowy eksperyment, wyłączyli oni system SCRAM reaktora numer 4, służący do wygaszania reakcji w sytuacji awaryjnej – i tak zadziałałby on zbyt wolno, by zapobiec wypadkowi. Po zakończeniu testu operatorzy zamierzali na kilka tygodni wypiąć reaktor z sieci energetycznej, by przeprowadzić planowe naprawy. Podczas zamykania reaktora reakcja w jego rdzeniu przeszła jednak w stan "krytyczny”, co oznacza, że obsługa przestała nad nią panować.

Gwałtownie skoczyła ilość energii produkowanej w reaktorze. Operatorzy pamiętają, że grube betonowe ściany zaczęły drżeć, posypał się tynk, zgasły światła. Usłyszeli coś, co brzmiało jak ludzki jęk, kiedy reaktor zagotował się, a w końcu trzasnął. Eksplozja wyrzuciła w powietrze betonowe wieko instalacji, wielkości statku wycieczkowego – opadło ono do góry dnem, odsłaniając stopiony, rozpalony rdzeń reaktora.

Kilka sekund później kolejny, silniejszy wybuch posłał w piękną ukraińską noc gejzer radioaktywnych gazów. Pracownik elektrowni Sasza Juwczenko czuł miażdżące wstrząsy. Uniósł wzrok w hali turbin i zobaczył nad sobą odkryte niebo. Patrzył, jak ku gwiazdom strzelił siny snop promieniowania jonizującego. "Pamiętam, że pomyślałem, że to piękny widok” – wspominał później.

Niezdolny przyjąć do wiadomości faktu, że doszło do eksplozji rdzenia, Anatolij Diatłow, zastępca głównego inżyniera, posłał dwóch podwładnych z sali kontrolnej do hali reaktora (a więc niechcący na śmierć). Na alarm zareagowały jednostki straży pożarnej z pobliskiego atomowego miasta Prypeć. Samochody pomknęły ku ogarniętemu płomieniami blokowi, który roztaczał dziwny, lazurowy blask, i znalazły się na upiornie cichym miejscu katastrofy. Nie działały dzwonki alarmowe ani telefony. Rozsiane grudy płonącego grafitu były niczym konstelacje nieszczęścia.

WP
Agencja Gazeta
Podziel się

Wszędzie ciekła woda. Liczniki promieniowania doszły do końca skali, ale strażacy ruszyli do walki mimo braku respiratorów czy nawet sprzętu do gaszenia radioaktywnych pożarów z większej odległości. Sześciu strażaków wspięło się na dach wciąż działającego bloku numer 3. Wśród rozżarzonych kawałków grafitu i gruzu z rozniesionej hali turbin przeciągnęli węże, by lać wodę na języki ognia, strzelające na setki metrów w górę z miejsca po reaktorze numer 410. Mieli za zadanie dopilnować, by ogień nie rozprzestrzenił się na reaktor numer 3, powodując stopienie kolejnego rdzenia.

Strażacy walczyli z pożogą do utraty przytomności, wtedy koledzy znieśli ich na dół. Ich miejsce zajęli następni. Karetka z Prypeci odwoziła strażaków i operatorów reaktora, u których zaczęły się wymioty. Lekarze z Prypeci, postawieni przed zadaniem wykraczającym poza ich umiejętności, bez specjalnych szkoleń z ratowania ofiar promieniowania, zadzwonili do Moskwy i zyskali połączenie z Guśkową. Ta oświadczyła lekarzom z Ukrainy, że będzie leczyć ich pacjentów w Moskwie, w swojej klinice. Kazała personelowi zwolnić wszystkie łóżka.

Zobacz też: ”Czarnobyl” – pełny zwiastun serialu. Przerażająca wizja po katastrofie jądrowej

WP

Wieczorem w tę sobotę dowieziono tam 148 mężczyzn, drżących z zimna w szpitalnych szlafrokach, bo ich ubrania traktowano już jako odpady radioaktywne. Pacjentów przydzielano do pokoi zależnie od przyjętej dawki promieniowania. Najbardziej radioaktywnych kładziono na najwyższym piętrze, pod plastikowymi namiotami, by chronić ich od zakażeń. Personel kliniki wiedział, że nie wolno przebywać zbyt długo w towarzystwie ludzi, których ciała zostały skażone niebezpiecznie wysokimi dawkami promieniowania.

Shutterstock.com
Podziel się

W ciągu następnych paru tygodni władze sowieckie oficjalnie naliczyły 207 pacjentów przyjętych do kliniki Guśkowej. Większość z nich z początku czuła się nieźle. Byli zmęczeni, ale mogli przechadzać się po korytarzach, palili papierosy, rozmawiali o katastrofie z kolegami. Ci młodzi mężczyźni właśnie zaczęli wierzyć w to, że niedługo będą mogli wrócić do domów, gdy choroba powaliła ich do łóżek, i tam już zostali. Dręczyły ich infekcje, mdłości, utrata włosów, ostry kaszel, biegunka, gorączki, a potem także krwawienie z przewodu pokarmowego.

W ich płucach zbierał się płyn. Podrażniona skóra pokrywała się pęcherzami, wrzodami, czerniała niczym przypalony tost, by w końcu odchodzić od ciała. Likwidatorom coraz trudniej przychodziło myślenie, porozumiewanie się. Niektórzy mieli epizody utraty przytomności. To były objawy zewnętrzne. Guśkowa wiedziała, że w ciałach jej pacjentów dzieje się jeszcze więcej. Energia radiacyjna buszująca w organizmie, jak to ujął radiolog doktor Karl Morgan, jest jak "szaleniec w bibliotece”. Promieniowanie jonizujące zniekształca i zabija komórki.

WP

Nawet te bezpośrednio nietknięte promieniowaniem zostają uszkodzone tak, że zaburzona zostaje komunikacja wewnątrzkomórkowa, regulująca ich namnażanie się i funkcjonowanie. Promieniotwórczość sprawia, że rozdzielają się łańcuchy DNA, co dodatkowo komplikuje odbudowę komórek. Uszkodzenia neuronów powodują, że rwą się połączenia synaptyczne. Krótko mówiąc, promieniowanie wywołuje wieloaspektowe załamanie czynności organizmu, wewnątrz i na zewnątrz.

Podobnie jak w przeszłości, funkcjonariusze KGB nie pozwolili Guśkowej i jej podwładnym dowiedzieć się, jak silnie napromieniowani zostali jej pacjenci. Szacowała wielkość dawek na podstawie objawów i badania krwi, personelowi kliniki zleciła, by tym cierpiącym na ostrą postać choroby popromiennej przetaczali krew i płytki krwi, podawali odżywki, witaminy, antybiotyki, związki chelatujące, które wiążą toksyczne jony metalu, dzięki czemu mogą one być wydalone z organizmu, oraz gammaglobuliny, wspierające system odpornościowy pacjentów.

Materiały prasowe
Podziel się

Ciężko napromieniowani strażacy, którzy przyjęli dozy ponad 6 siwertów, doznawali rozległej martwicy komórkowej powodującej, że funkcjonowanie różnych narządów jest zakłócone albo w ogóle ustaje. Namnażające się szybko komórki gruczołów jelitowych w układzie pokarmowym nie zastępowały komórek kosmków, tych małych, pędzelkowatych tworów w jelicie cienkim, które wchłaniają składniki odżywcze i stanowią barierę, dzięki której masa kałowa nie cofa się do innych narządów.

Gdy starzejące się kosmki zaprzestawały działania, likwidatorzy cierpieli z niedożywienia. Bakterie mnożyły się w ich narządach, powodując sepsę. Promieniowanie niszczyło komórki szpiku, normalnie wytwarzające codziennie miliardy komórek krwi. Bez nich pacjenci zapadali na ciężką anemię, doświadczali samoistnych krwotoków, byli bezbronni wobec panoszących się zakażeń.

Po dwóch tygodniach najciężej napromieniowani pacjenci, ci o dozach przekraczających 9 siwertów, umierali wskutek poparzeń, uszkodzeń układu pokarmowego i ośrodkowego układu nerwowego, niewydolność wątroby. To nie była łatwa śmierć. Ciężkie napromieniowanie całego ciała sprawia, że przestają działać wszystkie narządy jednocześnie, jak na komendę.

O autorce:

Kate Brown spędziła lata, wertując dokumenty w archiwach, przeprowadziła setki wywiadów z mieszkańcami Strefy Wykluczenia, z politykami, radzieckimi i zagranicznymi specjalistami od atomu. W efekcie szczegółowo opisała wydarzenia, które nastąpiły po katastrofie, ale przede wszystkim przygotowała wstrząsającą relację z tego, jak (i dlaczego) rządzący, ludzie nauki i media całego świata wspólnie wykreowali tę opowieść o Czarnobylu, którą znamy do dziś. Autorka wkrótce pojawi się w Polsce. W swojej trasie promującej książkę odwiedzi Warszawę, Kraków i Lublin.

Warszawa – 21 czerwca, godz.18:00, Centrum Kultury Łowicka – spotkanie w ramach Big Book Festiwal
Kraków – 23 czerwca, godz. 19:00, Spółdzielnia "Ogniwo”
Lublin – 25 czerwca, godz. 18:00, Dom Słów

Polub WP Książki
WP
WP
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Wow!
0
Ważne
0
Słabe
0
Straszne
Trwa ładowanie
.
.
.
WP