Susz kupiony u dilera to niewiadoma. Kupują i przemycają, bo to jedyny sposób, by przeżyć

- O tym, że jego matka zmarła, Dariusz Dołecki dowiedział się w dniu zakończenia aresztu. Wyszli z żoną prosto na pogrzeb matki. Nie zdążyli jej podać przemyconego dla niej ekstraktu, nie mogli się z nią nawet pożegnać - opowiada w rozmowie z WP Aleksandra Peza, autorka książki "Zdrowaś mario". Pokazuje, jak w Polsce wygląda rzeczywistość osób próbujących leczyć się marihuaną.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
"Dla wielu bohaterów moich reportaży marihuana jest jedynym lekiem"
"Dla wielu bohaterów moich reportaży marihuana jest jedynym lekiem" (iStock.com)
WP

Magda Drozdek, Wirtualna Polska: Medyczna marihuana ma mniej więcej za miesiąc pojawić się w aptekach. Mówi się, że to przełom, rewolucja. Nie wszyscy zdają sobie sprawę z tego, jak wielka.
Aleksandra Pezda: To jest rewolucja, ale nie możemy liczyć na to, że problem z medyczną marihuaną od razu się rozwiąże. Po pierwsze: jest tylko kilku lekarzy w całym kraju, którzy mają wiedzę i doświadczenie w terapii marihuaną. Potrzeba więc szkoleń, a do tego trzeba przełamać opór środowiska medycznego wobec terapii marihuaną. Drugi problem to cena. Producent, który jako pierwszy ma dostarczyć marihuanę do polskich aptek szacuje, że gram marihuany może kosztować około 65 złotych. Na czarnym rynku kosztuje 40 zł, to raczej nie zachęca do kupowania w aptece. Biorąc pod uwagę to, że chorzy nie potrzebują kilkudziesięciu gramów w miesiącu, to konopie będą kosztownym lekiem.

Bohaterowie pani książki do tej pory sprowadzali marihuanę nielegalnie albo półlegalnie. Mówią wprost, że nigdy nie chcieli łamać prawa, ale zostali zmuszeni. Teraz ten problem im odejdzie?
Dla wielu bohaterów moich reportaży marihuana jest jedynym lekiem. Dotąd rzeczywiście musieli popełniać przestępstwo, żeby ją zdobyć, żeby żyć. Choćby rodzice dzieci chorych na padaczkę lekooporną. Proszę sobie wyobrazić: nie dość, że musieli się skupiać na ratowaniu życia dziecka, męczonego kilkudziesięcioma atakami epilepsji dziennie, to jeszcze kombinowali, skąd wziąć jedyną substancję, która skutecznie redukowała liczbę tych ataków. Albo szli z tym do dilerów, albo przemycali z Holandii. Bo w aptekach holenderskich można realizować legalnie polskie recepty, ale przewieźć tak kupionej marihuany przez granicę już nie wolno, bo to po prostu przemyt narkotyków. Do tej pory wielu rodziców było do tego zmuszonych. To się po części zmieni. Pierwsza bariera - legalnego dostępu do marihuany dla chorych - została zniesiona. Ale to i tak dopiero początek drogi do upowszechnienia terapii marihuaną. Problemem są jeszcze - jak już mówiłam - brak doświadczenia i przychylności lekarzy oraz cena. Chorzy będą również potrzebowali wielu rodzajów suszu, z różnym składem substancji czynnych, a na na razie w aptekach ma być tylko jeden.

To pomówmy o opisanych w "Zdrowaś mario" historiach. Karol, jeden z bohaterów książki, ma taką, że mogłaby zainspirować niejednego filmowca do stworzenia thrillera.
Chory na Leśniowskiego-Crohna młody, 30-letni człowiek przerodził się w gangstera, bo postanowił sam uprawiać marihuanę. Z przyczyn ekonomicznych - wychodziło dużo taniej, niż gdyby kupował od dilerów. Ale nie tylko dlatego zdecydował się na własną uprawę. Susz kupiony u dilera to niewiadoma. Rośliny różnią się składem, jest wiele odmian, a dilerzy dodatkowo “doprawiają” susz, żeby to lepiej sprzedać. Karol jest przykładem człowieka uwikłanego w system. Zasadził roślinę, której nasiona mógł kupić legalnie. Uprawa nie jest bardzo wymagająca, każdy może się tego podjąć, roślinę wystarczy więc wyhodować i wysuszyć, żeby używać jako leku. Pech Karola i innych chorych polega na tym, że jest ona na liście narkotyków i legalnie nie można jej uprawiać. Nawet, jeśli używa się tego nie dla haju, ale po to, żeby przeżyć.

WP
Agencja Gazeta
Podziel się

Gdy opisuje pani, jak antyterroryści weszli na teren jego domu, to sama miałam ciarki. Naprawdę jak w filmie. Karol zdawał sobie sprawę z konsekwencji uprawy?
Tak, nawet razem z żoną przygotowywał się do takiej ewentualności. Omawiali, co zrobią, gdy przyjdzie po niego policja. To nie jest naiwny człowiek. Wie, co jest zakazane prawem. Ale zdecydował się to prawo łamać dla własnego zdrowia.

WP

Tę świadomość konsekwencji miała także Agnieszka z mężem – rodzice ciężko chorych Filipa i Emilki. Robili masło z marihuany w łazience, zapach wydostawał się na klatkę schodową, a oni mieli przygotowane dokumenty, że nie są gangsterami.
To, co ich spotkało, może być przytłaczające. Dwoje chorych dzieci, trzeba się nimi intensywnie opiekować: leczenie, rehabilitacja, codzienna pielęgnacja. To ogrom pracy i czasu. A oni jeszcze wyrabiali po kryjomu olej z konopi, bo tylko on hamował ataki padaczki u dwójki ich dzieci.

Strach przed zatrzymaniem to jedno. Rozmawiała pani z Ewą Dołecką, która za przemyt marihuany trafiła do aresztu. Jak wyglądała jej historia?
Kilka dni temu zapadł wyrok w tej sprawie. Historia Ewy i Dariusza Dołeckich oraz Jakuba Gajewskiego to najgłośniejszy proces o marihuanę w naszym kraju. Dołeccy sprowadzali ekstrakt z marihuany dla matki chorej na nowotwór. Wybrali się po to do Holandii, a po przekroczeniu polskiej granicy i zostali zatrzymani jak gangsterzy. Prawo traktuje to jako przemyt dużej ilości narkotyków, można za to dostać nawet 15 lat więzienia. Ewa została uniewinniona, jej mąż wziął całą winę na siebie i dostał wyrok: rok więzienia w zawieszeniu na dwa lata. Podobna jest historia Jakuba Gajewskiego, działacza ruchu Wolne Konopie. Sprowadzał ekstrakt dla wielu chorych. Dostał wyrok: dwa lata więzienia w zawieszeniu na cztery lata. Możemy mówić, że dostali niskie wyroki, bo sąd wziął pod uwagę, że nie sprowadzali narkotyków jak dilerzy, ale z zamiarem leczenia i nadzwyczajnie złagodził karę. Ale jednak to nie gangsterzy, a dostali już łatkę kryminalistów i mają na koncie wyrok. Czy to sprawiedliwe?

WP

Kobieta, którą chcieli tą marihuaną ratować, zmarła?
Tak, to dramatyczna historia. O tym, że jego matka zmarła, Dariusz Dołecki dowiedział się w dniu zakończenia aresztu. Wyszli z żoną prosto na pogrzeb matki. Nie zdążyli jej podać przemyconego dla niej ekstraktu, nie mogli się z nią nawet pożegnać.

Jak wyglądają sprawy o medyczną marihuanę w polskich sądach? Więcej jest wyroków skazujących, czy sądy biorą pod uwagę okoliczności łagodzące – że to nie gangsterka, a próba ratowania siebie albo kogoś bliskiego?
Opisałam dwie takie sprawy. W obu bardziej drapieżne były policja i prokuratura - funkcjonariusze nie brali pod uwagę okoliczności, traktowali zatrzymanych jak gangsterów. Mimo że jeden z nich - Błażej - uprawiał raptem trzy rośliny i miał dowody na to, że się leczy. Prokurator może umorzyć takie postępowanie, kiedy chodzi o małą ilość narkotyków. Tylko że nigdzie nie jest określone, ile to jest mała ilość. Takie jest nasze prawo. Kwestia uprawy marihuany obwarowana jest zakazami, przepisami karnymi i uznawana za przestępstwo, a nawet za zbrodnię. Sąd jednak w obu tych przypadkach potraktował oskarżonych łagodnie. Zakończyło się wyrokami w zawieszeniu. Ale trzeba pamiętać: obaj bohaterowie książki mają wyrok w sprawie karnej na swoim koncie. To nie pozwoli uprawiać niektórych zawodów, a przede wszystkim - mają już opinię kryminalistów. To przecież stygmat na całe życie.

WP
iStock.com
Podziel się

To mamy dwie rzeczywistości. Jedną można oglądać na filmach policyjnych, gdzie funkcjonariusze pokazują, jak odnaleźli uprawy marihuany. Sukces policji, sprawiedliwość dla kryminalistów. A druga: codzienna walka z chorobą, która prowadzi do łamania prawa…
Chciałam pokazać w "Zdrowaś mario" tę hipokryzję. Uznajemy jakąś roślinę za niebezpieczną, tymczasem ona pomaga w wielu chorobach. Tych chorych, którzy walczą o życie, nie powinny obchodzić nasze uprzedzenia, nasza narkofobia. Powinni mieć do tego, co ich leczy, łatwy i szybki dostęp.

Jedna z bohaterek książki mówi coś, co jest bardzo dobrym komentarzem do tego: "Powinnam móc iść do apteki, kupić marihuanę dobrej jakości, przebadaną na potrzeby medyczne, a kupuję na czarnym rynku i nie ma nawet możliwości, żeby sprawdzić, co tak naprawdę jest w tej marihuanie".
I to mówiła mi lekarka - Marzena, która zdecydowała się na terapię ekstraktem z marihuany, zamiast konwencjonalnego leczenia. Susz, a zwłaszcza ekstrakty, które chorzy kupują na czarnym rynku, nie są oczywiście sprawdzane. Nie można ich przebadać w laboratorium, bo to nielegalne. Mimo to część osób, z którymi rozmawiałam, oddawało próbki do zbadania “na lewo”. Odkrywali często, że kupiony ekstrakt z konopi zamiast 80 proc. czynnej substancji, czyli CBD, zawierał tylko 10 proc. Chorzy są więc cały czas oszukiwani.

WP

Teraz będą mogli kupić w aptece susz, sprawdzonej jakości - i to jest przełom. Miejmy nadzieję, że wystarczy tego surowca dla wszystkich potrzebujących - bo np. w Czechach importerzy nie nadążali z dostarczeniem suszu do aptek, a dopiero kiedy zezwolono na uprawy rodzime, chorzy zyskali dostęp na bieżąco. Pewnie najlepiej byłoby, gdyby pewną ilość marihuany chorzy sami mogli uprawiać.

To chyba wizja, która najbardziej przeraża polityków, lekarzy i prawników?
Marihuana ma bardzo złą sławę i jakoś nie może się jej pozbyć. Uważa się, że to niemal pierwszy krok do piekła, że od niej łatwiej przejść do innych, ciężkich narkotyków, choć badania tego nie potwierdzają. Podobnie jak mówi się, że marihuana silnie i szybko uzależnia, choć badania mówią co innego. Nie uzależnia fizycznie - tak, jak np. alkohol czy papierosy. Może uzależniać psychicznie, ale po latach zażywania. Nikt nie ukrywa, że jest to roślina, która ma działanie psychoaktywne, ale nie jest tak niebezpieczna, jak się ją widzi. A wszyscy się jej boją, również chorzy. Są tacy, którzy chcieliby spróbować takiej terapii, ale boją się narkotycznego haju. Boją się też, że zostaną narkomanami. To jednak zaskakuje, kiedy weźmiemy pod uwagę, że nasze społeczeństwo bije rekordy w zażywaniu silnych tabletek przeciwbólowych.

Domyślny opis zdjęcia na stronę główną Shutterstock.com
Podziel się

Myśli pani, że większą narkofobią cechują się polscy politycy czy lekarze?
To dobre pytanie i ja by je zostawiła tak otwartym. Są takie badania i spostrzeżenia, że lekarze niechętnie przepisują silne opioidalne leki przeciwbólowe. Tak jakby woleli skazywać pacjentów na cierpienie, niż ryzykować kontakt z narkotycznymi substancjami, nawet wobec umierających.

Lekarzy blokuje wizja tego, że mogliby stracić pracę czy kulturowa otoczka wokół marihuany?
Pewnie jedno i drugie. Jest jeszcze trzecia kwestia: że mają małą wiedzę i doświadczenie, i nie wiedzą, jak marihuanę stosować. Lekarze, którzy leczą marihuaną w Izraelu – gdzie jest zwyczajnym lekiem w terapii konwencjonalnej – opowiadali mi, że długo musieli się przestawiać. Pacjentom trzeba dobrać indywidualnie odpowiedni szczep rośliny, odpowiednią dawkę, obserwować reakcje. To nie jest tradycyjna terapia, do której jesteśmy przyzwyczajeni w rodzaju: weź jedną tabletkę rano i wieczorem.

Wspomniała pani Izrael. Marihuaną leczy się tam 34 tys. pacjentów. A ile to będzie pacjentów w Polsce?
Firma, która teraz będzie importować pierwszy susz szacuje, że na marihuanę czeka około 300 tys. pacjentów. Wiemy jednak, że około miliona Polaków leczy się z chorób nowotworowych, a marihuana redukuje skutki uboczne chemio- i radioterapii. Można więc sobie wyobrazić, ile osób tak naprawdę potrzebowałoby marihuany do leczenia. Pacjenci z padaczką, depresją, Alzheimerem, Parkinsonem, z nowotworami... W Izraelu robi się też próby terapii marihuaną dla osób z demencją. Wyobraża sobie pani reakcję na pomysł, żeby w Polsce podawać marihuanę seniorom w Domach Pomocy Społecznej?

Ludzie mogliby się bać, że mamy pół społeczeństwa na haju.
A są sposoby na to, żeby ten haj po zażyciu marihuany ograniczyć. Wystarczy przyjmować więcej CBD - drugiej czynnej substancji w marihuanie, która hamuje psychoaktywne działanie głównego czynnika, czyli THC. Chorzy, którzy sięgają po marihuanę, nie chcą być przecież na haju, chcą się leczyć i normalnie funkcjonować.

Pisze pani, jak rodzice robią olej z marihuany w garnkach do gotowania ryżu, jak wytwarzają masło w specjalnych urządzeniach sprowadzanych ze Stanów. Taka chałupnicza praca rodziców skończy się teraz?
Nie, bo w aptece kupią susz, a dziecku go nie podadzą, bo a jaki sposób? Mogą zaaplikować go w czopkach albo w ekstrakcie, a tego przecież nadal legalnie nie mogą robić. W znowelizowanej ustawie jest zapisane, że to właściwie farmaceuci powinni wytwarzać lek na bazie suszu - również więc czopki albo ekstrakty. Ale nie ma przepisów wykonawczych, więc farmaceuci nie będą mogli tego na razie robić. Rodzice nadal będą w kropce.

Czyli ten przełom to przez małe "p", a nie duże?
Nie, to duży przełom. Po pierwsze przyznaliśmy, że marihuana ma działanie lecznicze. Po drugie: jednak sprowadziliśmy ją do kraju i będziemy oferować pacjentom legalnie. Przełom więc jest, tylko długa droga nas jeszcze czeka, żeby to była powszechnie dostępna terapia.

Książka "Zdrowaś mario" została wydana przez Dowody Istnienia. Aleksandra Pezda dociera do chorych, do ich bliskich, do lekarzy w Polsce i za granicą. Przygląda się mechanizmom, które sprawiają, że zdesperowani rodzice stają się przemytnikami i że ciężko chorzy ludzie są wyprowadzani z domu w kajdankach i sądzeni jak zbrodniarze. To niezwykle aktualny reportaż interwencyjny na temat, który dotyczy milionów z nas - choć na co dzień nie zdajemy sobie z tego sprawy.

Materiały prasowe
Podziel się
WP
WP
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Wow!
0
Ważne
0
Słabe
0
Straszne
Trwa ładowanie
.
.
.
WP