ycipk-2iwzbl

Spotkali się przez przypadek. To dzięki nim powstał "Przekrój"

Historia powstania "Przekroju” przypomina scenariusz filmu sensacyjnego. Zaczęło się od przypadkowego spotkania na ulicy dwóch mężczyzn. Dzięki uprzejmości wydawnictwa Muza publikujemy fragment książki "Paryż domowym sposobem".
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Tak wyglądała jedna z pierwszych okładek "Przekroju"
Tak wyglądała jedna z pierwszych okładek "Przekroju" (Materiały prasowe)
ycipk-2iwzbl

Początek roku 1945, Łódź, przypadkowe spotkanie na ulicy. Jerzy Borejsza, niegdysiejszy anarchista, a teraz współtwórca nowego ustroju w Polsce, natknął się na Mariana Eilego, artystę, sekretarza redakcji przedwojennych "Wiadomości Literackich”.

Trwają jeszcze działania wojenne, po kraju grasują tysiące radzieckich żołnierzy. Warszawa leży w gruzach. Skontaktowanie się z kimkolwiek graniczy z cudem – nie wiadomo, kto przeżył, kto zginął, a kto się zawieruszył. Nikogo nie sposób zastać pod przedwojennym adresem, ludzie szukają się nawzajem za pomocą ogłoszeń w gazetach. Jeśli chciało się zwerbować utalentowanego redaktora do nowo powstającego tygodnika, należało liczyć na szczęście. Los sprzyjał Borejszy i Eilemu, którzy wpadli na siebie na ulicy. Po tym spotkaniu, jak u Hitchcocka, napięcie zaczęło rosnąć.

Pismo chwilowo wydawane w Krakowie

ycipk-2iwzbl

Po latach Eile opowiadał Ludwikowi Jerzemu Kernowi: "Początkowo [Borejsza] powierzył mi robienie dla Putramenta w Krakowie, do wydawanego przez niego «Dziennika Polskiego», wkładki ilustrowanej rotograwiurowej  . Ale «Dziennik» nie był zbyt bogaty i numer z wkładką był dla redakcji za drogi. Postanowiono tę wkładkę wydawać i sprzedawać osobno. Jest to właśnie «Przekrój»!

Ponieważ wtedy, w lutym 1945, pociągi jeszcze nie chodziły, a Borejsza miał do dyspozycji kukuruźnika, wysłał mnie do Krakowa tym samolocikiem. (…) Nie masz pojęcia, jak zimno było w takim kukuruźniku. Siedziało się prawie na zewnątrz, a ja miałem w dodatku grypę i 39 stopni. Mróz kilkunastostopniowy, a ze mnie lał się pot. Krakowa nie znałem, byłem w nim drugi raz. Nie wiedziałem, jak trafić po ciemku (obowiązywało jeszcze zaciemnienie, ulice były zupełnie puste) do hotelu «Francuskiego», w którym zajęto parę pokoi dla prasy. (…) patrol strzelał do jakichś szabrowników, którzy uciekali z workami, a Putrament siedział w restauracji hotelu «Francuskiego» przy kolacji i kula przebiła wielką szybę, a potem jego rękę. Kiedy zgłosiłem się z konspektem tego ilustrowanego dodatku, to kazali mi iść do szpitala. Ale w szpitalu już go nie było, bo przestrzelony został tylko mięsień. Spotkaliśmy się wreszcie i wtedy powiedział mi: «Panie Marianie, niech mnie pan na razie zastąpi». Zastępowałem go prawie 25 lat”.

Materiały prasowe
Podziel się

Z relacji długoletniego współpracownika "Przekroju”, felietonisty Kazimierza Koźniewskiego, dowiadujemy się, że od początku myślano o samodzielnym magazynie – krakowscy dziennikarze z sympatią wspominali przedwojennego "Asa” i "Na Szerokim Świecie”. Naczelnym miał zostać ówczesny szef "Dziennika Polskiego”, najważniejsza postać krakowskiego światka dziennikarskiego, Jerzy Putrament, lecz – zaabsorbowany polityką i publicystyką – nie miał czasu zajmować się prowadzeniem pisma. Na szczęście znalazł się Marian Eile, "który ostatnie lata wojny przeżył gdzieś schowany między Radomiem a Piotrkowem jako technik w przedsiębiorstwie budującym drogi” . Sam Putrament zajął się publikowaniem w "Przekroju” artykułów i felietonów politycznych pod pseudonimami Wincenty Bednarczuk i Józef Cercha.

ycipk-2iwzbl

Redakcja nowego czasopisma została ulokowana w prawie niezniszczonym Krakowie – jedynym polskim mieście, w którym zachowało się jako takie wyposażenie drukarni nadające się do produkcji kolorowego, ilustrowanego magazynu. Większość członków redakcji, z Eilem na czele, nie była z Krakowa. Widać to po zawartości tygodnika, który był bardziej warszawski niż wiele pism wydawanych w stolicy. Jak zresztą wspomina "Przekrojowy” fotograf, Wojciech Plewiński, Eile nie poważał zbytnio krakowskiego klimatu intelektualnego.

Zobacz też: Zwariowana emerytka w roli detektywa. Kryminał, przy którym popłaczesz się ze śmiechu

Sam naczelny przyznawał, że był człowiekiem z Warszawy i jednym z osiągnięć "Przekroju” było to, że od samego początku powstawał nie jako tygodnik prowincjonalny – dlatego publikowano tam między innymi arcywarszawskie teksty Wiecha. Eile wspominał:

"«Przekrój» miał ambicje pisma ogólnopolskiego, które chwilowo tylko jest wydawane w Krakowie, bo tu ocalały maszyny” . Szybko jednak zaczął przeciwstawiać się zakusom przeprowadzenia redakcji do odbudowywanej Warszawy – zdawał sobie sprawę z tego, że fizyczne oddalenie od partyjnej centrali dawało mu pewien spokój i namiastkę swobody.

ycipk-2iwzbl
Materiały prasowe
Podziel się

"Przekrój” miał stać się częścią budowanego przez Borejszę imperium wydawniczego, spółdzielni "Czytelnik”. Długoletni sekretarz redakcji "Przekroju”, Andrzej Klominek, wspomina:

"Twórca «Czytelnika» kaperował wtedy na prawo i lewo zdolnych dziennikarzy do swoich redakcji. «Prawo» i «lewo» należy rozumieć dosłownie, bo w «czytelnikowskich» redakcjach spotkać można było zarówno ekspiłsudczyków czy endeków, jak i sympatyków szeroko rozumianej niekomunistycznej lewicy”.

Już samo to świadczy o tym, że Borejsza był postacią wielowymiarową i nieoczywistą. "Najbardziej międzynarodowy z polskich komunistów” – tak o nim mówił Czesław Miłosz. W latach 20. zwolennik anarchosyndykalizmu, następnie członek KPP, żołnierz, więzień polityczny, szef lwowskiego Ossolineum, po wojnie działacz partyjny i organizator Kongresu Intelektualistów w Obronie Pokoju we Wrocławiu w 1948 roku.

ycipk-2iwzbl

Podobno przyjaźnił się z Pablem Picassem, Pablem Nerudą i hiszpańskim anarchistą Buenaventurą Durrutim. Był tytanem pracy, może nawet wizjonerem. Próbował wybudować pomost między przedwojennym światem kultury a nową rzeczywistością, był otwarty na różnych twórców, pod warunkiem że w jakiś sposób skłonni oni byli zaakceptować nowy ustrój. W burzliwych latach powojennych stworzył wydawniczego giganta.

W 1947 roku "Czytelnik” zatrudniał 5 tysięcy osób, tworzył biblioteki i budował domy wypoczynkowe. Otwarta, pragmatyczna postawa Borejszy stała się niemile widziana w momencie nadejścia stalinizmu – sam Borejsza odsunięty od polityki i działalności wydawniczej zmarł zmarginalizowany w 1952 roku. Jego wielka kariera trwała krótko, lecz zdążył puścić w ruch machinę, której już nie zatrzymano. Stworzone przez niego "Przekrój”, "Przyjaciółka” czy "Kobieta i Życie” przetrwały stalinizm. Musiał mieć też niezłą intuicję, skoro tak szczęśliwie udało mu się wytypować redaktora naczelnego dla nowego tygodnika ilustrowanego.

Materiały prasowe
Podziel się

Jeśli mają mnie zdejmować, to bez mojego udziału

ycipk-2iwzbl

Eile też był chyba zadowolony. Mimo że jego marzeniem było bycie redaktorem naczelnym paryskiego przedwojennego magazynu, uważał, że w Polsce najwyższym stanowiskiem godnym jego osoby jest szefowanie "Przekrojowi”. Czyli to, co robił przez 25 lat. Marian Eile jest wspominany jako człowiek niezbyt waleczny, uwielbiający kontrolę perfekcjonista, osoba pruderyjna, niechluj w przydeptanych kapciach.

Jednocześnie wielki miłośnik sztuki awangardowej, jazzu, motoryzacji, człowiek obdarzony znakomitym gustem, tolerancyjny, ze świetnym nosem do nowinek. Legenda, cudotwórca, symbol. Jerzy Waldorff mówił o nim:

"Cały «Przekrój», my wszyscy, właściwie każdy z nas, był jego [Eilego] pomysłem w jakiś sposób” . Wojciech Plewiński: "Był on człowiekiem, który lubi narzucać swoją wizję. Odbierano to jako lekki kabotynizm, ale to była taka forma. Na co dzień był zgrymaszony, niezadowolony. Potrafił też być czarujący, jednak nie w kontaktach służbowych w «Przekroju», tylko przy różnych okazjach towarzyskich: ślubach jazzmanów, imprezach na Kalatówkach, kempingach. W ramach tych prywatnych kontaktów nawiązywał zupełnie inne relacje, ale w redakcji nigdy nie było wiadomo, czy coś mu się podoba, czy nie” .

Zobacz też: "Ucieknie im albo się utopi. Ale nie wróci!" Fragment książki "Po dolary i wolność"

Naczelny "Przekroju” unikał wikłania się w polityczne układy, stronił od towarzystwa lokalnych elit. Nie brał udziału w społecznych debatach, jego tygodnik poświęcony był przede wszystkim rozrywce, co nie znaczy, że nie miał misji. Zarzucano mu bezideowość. On jednak brzydził się tematami politycznymi, na które rezerwował pierwsze strony tygodnika, niejako spłacając trybut władzom komunistycznym. Nigdy nie miał ambicji bycia kontestatorem. Być może była to kwestia temperamentu.

W rozmowie z Kernem Eile wspominał ucieczkę z redakcji na wieść o tym, że prezes Borejsza przyjechał z awanturą z Warszawy do Krakowa. Naczelny skrył się w zaprzyjaźnionym Teatrze Słowackiego. "Jeśli mają mnie zdejmować – opowiadał Eile – to mówi się: trudno, ale lepiej bez mojego udziału. Po co w dodatku jeszcze wysłuchiwać?”

Bezskutecznie szukano go kilka godzin po całym mieście. W końcu Borejsza musiał wracać, więc ustalił, że na razie konsekwencji nie będzie, ale zobowiązał przełożonego Eilego, Putramenta, żeby ten dał mu "nauczkę i wcirę”. Od walki z systemem Eile wolał strategię wybiegów. Zdaje się, że interesował go bardziej święty spokój i możliwość tworzenia autorskiego magazynu niż opór przeciwko władzy.

Materiały prasowe
Podziel się

Był jednak świadomy, że w każdej chwili może zostać zwolniony, dlatego dbał o to, żeby mieć zapasowy fach w ręku: "Ważne też, że gdy się ma inną możliwość w zanadrzu, człowiek nie tak bardzo boi się i dba o aktualny stołek”. Dlatego równolegle z pracą w redakcji zajmował się tworzeniem scenografii dla krakowskich teatrów.

Eile słynął z dziwactw i nietuzinkowych zachowań. Miał słabość do psów, zwłaszcza swojego wieloletniego przyjaciela, teriera Fafika, który funkcjonował jako równoprawny członek redakcji, autor błyskotliwych bon motów publikowanych w rubryce "Myśli ludzi wielkich, mniejszych i psa Fafika”.

Naczelny nie lubił, gdy mu przeszkadzano w pracy, dlatego kazał sobie zamontować czerwoną lampkę nad drzwiami gabinetu, która informowała, kiedy nie należy do niego pukać. Wstęp o każdej porze dnia i nocy miał tylko mechanik samochodowy, pan Sobek – motoryzacja była ogromną pasją Eilego, choć podobno prowadził fatalnie. Legendarny był też jego niedbały strój, który z trudem tolerowała pochodząca z "dobrego domu” sekretarzująca redakcji Merka Ziemiańska. Była ona w "Przekroju” jeszcze przed Eilem, organizowała pracę redakcji. Redaktor naczelny zrobił na niej złe wrażenie – szef czasopisma według niej powinien budzić respekt. Klominek wspomina, że nieraz wstydziła się, kiedy przychodzący do redakcji goście zastawali naczelnego w starych, workowatych, opadających spodniach i przydeptanych kapciach.

Materiały prasowe
Podziel się
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Wow!
0
Ważne
0
Słabe
0
Straszne
Trwa ładowanie
.
.
.

ycipk-2iwzbl

ycipk-2iwzbl
ycipk-2iwzbl