Purpurowa linia

Obraz
Źródło zdjęć: © Inne

Wczoraj widziałem ponownie jej obraz.
Zatopiona w półmroku rozjaśnionym matowym światłem sali muzealnej, patrzyła, omijając mnie wzrokiem, w przestrzeń rozpościerającą się za mną.
Stała po mojej prawej stronie, jeszcze bardziej nieruchoma niż sam obraz, w którym wszystko zastygło w bezruchu. Głowę trzymała uniesioną wysoko ponad swoje obnażone, kredowobiałe ciało, oświetlone silnym bocznym światłem. Jej twarz pod wysoką, podobną do peruki fryzurą, wyrażała zdziwienie i odnosiło się wrażenie, że w najbliższej chwili pojawi się na niej jakieś uczucie. Ale malarz nie chciał nam go pokazać.
Małe usta, jak gdyby uformowane do pocałunku – ale również to wrażenie było wynikiem gry wyobraźni – miały tę samą czerwień, co ciężkie, w obfite fałdy ułożone zasłony na skraju obrazu, sprawiające wrażenie otwartej sceny teatralnej. Złoty kolczyk w jej uchu zdobiła perła w kształcie łzy, a stamtąd wydłużony cień przechodził przez łopatkę i ramię do lewej dłoni. Przedramię, zagięte na wysokości pępka, spoczywało na okrytej krawędzi marmurowej wanny, w której kobieta stała. Jej lewa ręka wykonywała pozornie obronny gest, gdyż w dłoni coś pokazywała: pomiędzy kciukiem, a palcem wskazującym tkwił złoty pierścionek z szafirem. Ale jak ona go trzymała? Wydawało się, że wcale nie dotyka go opuszkami palców i trzyma go ostrożnie w paznokciach, jak gdyby złoto ją parzyło, albo szafir był zatruty. Można było poszukać wyjaśnienia – może w prawej dłoni – ale ta zwisała bezwładnie poprzez krawędź wanny, z dziwnie odstającym małym palcem. Bezpośrednio nad palcami trzymającymi pierścionek widać było brodawkę piersiową
kobiety w kąpieli. Teraz wydawało mi się, że zaczynam rozumieć wyraz jej twarzy, przypominającej twarz sfinksa. Zaczynały przenikać mnie pierwsze błyski zrozumienia, ponieważ kciuk i palec wskazujący drugiej dłoni sięgały do brodawki tej piersi, aby ją pociągnąć niczym kolec. To były długie, delikatne palce, przedstawione w tonacji brunatnej czerwieni, nieporównanie cieplejszej, niż kredowobiałe członki kobiety, trzymającej pierścionek. Ponownie pojawiało się przeczucie, które podnosiło się we mnie niczym myśl, wymykająca się słowom. A może to było tylko przewidzenie?
Tam były dwie kobiety. Gdyby pominąć twarze, to te dwie postacie były całkowicie do siebie podobne, dwa nagie ciała, stojące w wannie, powiązane grą dłoni; prawymi, spoczywającymi na krawędzi wanny, podczas gdy lewe trzymały w wyprostowanych palcach pierścionek i brodawkę piersiową. Ale twarz kobiety po prawej stronie miała triumfujący i podstępny wyraz. Jej ciało promieniowało odcieniem żywego różu.
Teraz powoli otwierało się wnętrze, wymowny drugi plan obrazu, a przez rozsunięte do połowy ciemnoczerwone zasłony można było dostrzec jeszcze jedną kobietę, być może pokojówkę, siedzącą w głębi obok kominka. Siedziała pochylona nad robótką, białą szarfą, zwisającą po obu stronach jej łona. Na ścianie za nią wisiało lustro, nie połyskujące jednak srebrem, lecz czernią, ujęte w złotą ramę. Obok niej, we właściwym centrum obrazu, dominował stół pokryty ciemnozielonym aksamitem, unoszący się nad zagadkową grą dłoni. Widziałem podłużne fałdy na zielonej tkaninie, która – to się niemal fizycznie wyczuwało – została dopiero co narzucona na stół. To zaczynało mi nagle przypominać o przemijaniu. Powolne wygładzanie się tkaniny na stole, który był być może katafalkiem, słaby blask gasnącego kominka w głębi, czyniły z pokojówki parkę przędącą i przecinającą nić życia pod lustrem, w którym mieszka śmierć. Ale dlaczego? Dlaczego tak wcześnie? Czy odpowiedź na to pytanie zna może ten mężczyzna, którego ledwie co
przesłonięte lędźwie możemy rozpoznać nad kominkiem? Ale również on jest jedynie obrazem, obrazem w obrazie, zdającym się wyrastać z właściwego malowidła w rzeczywistość. Nie wiadomo, kim on jest. Malarz nie dał mu twarzy. Siedzi tam, powyżej, jakby wyczerpany miłosną nocą, okryty wspaniałą purpurową tkaniną, otaczającą jego lędźwie. Nieznany mężczyzna tronuje nad całą scenerią, nad gasnącym ogniem, stołem pokrytym zieloną tkaniną, parką, dwiema kobietami na pierwszym planie i ich tajemniczymi gestami.
Lecz teraz zaczynałem się domyślać, że wzrok kobiety po prawej stronie nie widzi już świata. Nieomal fizycznie wyczuwałem małe drewniane rusztowanie, utrzymujące ją w wannie w pozycji pionowej, aby nadawać jej pozory osoby żywej. Światło jej oczu zgasło, ciało pod bladą skórą było bez życia, gesty dłoni i palców, w które ktoś, jakby dla szyderstwa, włożył pierścionek, były sztuczne.
Podstępnie i triumfująco spoglądała na mnie druga kobieta. W jej dłoniach krew pulsowała, w niej była wola życia, podczas gdy w pierwszej żarzyła się ostatnia iskra, mały świetlny punkcik na perle w kształcie łzy, zdobiącej jej ucho, ostatnia, jak się wydaje próba wyjścia do świata przed obraz, do atelier znajdującego się w nędznej szopie, w której pewnej bezdźwięcznej nocy 1600 roku zapach dymiących świec mieszał się z ostrym zapachem werniksu. I wydawało mi się, że słyszę cichy odgłos ostatnich pociągnięć pędzla, którymi malarz troskliwie retuszował malowaną postać, aby na zawsze zamknąć tajemnicę jej śmierci.

Rozdział I

Oczywiście, wtedy jeszcze nie przypuszczałem, że odkrycie Koszyńskiego zawiera w sobie klucz do tajemnicy obrazu. On sam w najmniejszym stopniu nie domyślał się znaczenia znaleziska, gdyż inaczej jego głos przez telefon nie miałby tak spokojnego brzmienia. Mimochodem przekazana informacją, że w wypadku, gdybym przed moim odlotem zechciał złożyć mu wizytę, to może miałby dla mnie interesującą nowinkę, rozpłynęła się w opisie drogi i prośbie, abym zechciał zabrać dla niego pewne anglojęzyczne gazety, których nie mógł dostać w swoim hotelu.
Od naszego ostatniego spotkania upłynęły ponad trzy lata. Ale długie okresy niewidzenia się, w których utrzymywaliśmy jedynie kontakt listowny, nie nadwerężyły naszej znajomości. Pielęgnowanie innego rodzaju przyjaźni było dla mnie prawie niemożliwe, bo jako docent kontraktowy literatury amerykańskiej prowadziłem koczowniczy tryb życia i większą część ostatnich piętnastu lat spędziłem w Kanadzie i Stanach Zjednoczonych, gdzie ostatnio przyznano mi pełne obywatelstwo, co się wyraziło zewnętrznie poprzez zmianę paszportu i zmianę nazwiska z Andreas na Andrew Michelis. Na początku lat osiemdziesiątych stypendium doktoranckie przywiodło mnie do Chicago. Tam wkrótce potem uległem kuszącym możliwościom amerykańskich warunków pracy badawczej i dydaktycznej tak, że zamierzony rok studiów zamienił się w ośmioletni pobyt. O powrocie do Niemiec nie było potem już mowy. Tutejsza nudna praca dydaktyczna była na dalszą metę nie do zniesienia, abstrahując od tego, że po tak długiej nieobecności niezbędne kontakty naukowe
zostały już dawno zerwane. Podczas coraz rzadszych wykładów, jakie sprowadzały mnie do Niemiec, coraz częściej dochodziłem do wniosku, że wraz z upływem lat stałem się gościem we własnym kraju. Wspólna przeszłość, jaka wiązała mnie z przyjaciółmi, już się zużyła, a teraźniejszość stała się tak rozbieżna, że z trudem udawało się łączyć nasze tak różniące się życiorysy.
Pod tym względem Nikolas Koszyński był wyjątkiem. Wprawdzie był on – w przeciwieństwie do mnie – człowiekiem osiadłym i mieszkał od wielu lat w Sztutgarcie, gdzie był archiwistą w bibliotece krajowej, ale w głębi duszy był on również niespokojnym i niestrudzonym mieszkańcem świata druków z dziwną skłonnością do oficjalności, co spowodowało, że mimo długoletniej znajomości, nie byliśmy jeszcze z sobą na „ty”.
O wykładach we Freiburgu wspomniałem w jednym z moich ostatnich listów. W telefonie Koszyńskiego niezwyczajne było właściwie jedynie to, że zgłosił się on tak późno. Jego zaproszenie było dla mnie miłą rozrywką przed wyjazdem do następnego tymczasowego miejsca zamieszkania i przyjąłem je bez wahania. Oczywiście, mogłem spędzić także lato na odświeżaniu starych znajomości. Interesująco zapowiadała się konferencja w Amsterdamie, a chyba liczono na mnie również na spotkaniu amerykanistów w Zurychu, mimo iż się tam jeszcze nie zapowiedziałem. Może miałem w głębi duszy nadzieję, że uda mi się z tych zobowiązań wymigać? Na myśl o tym jeżyłem się wewnętrznie, ale oznaki były tak wyraźne, że dawno już powinienem sobie powiedzieć: „fascynacja literaturą już dawno w tobie wygasła”. I nie tylko dlatego zacząłem unikać konferencji fachowych, również moje seminaria nabrały z biegiem lat mechanicznego charakteru i stały się bardziej abstrakcyjne. Moich studentów zmuszałem do dokładnych, formalnych badań, a sam rzuciłem
się w wir tak wówczas rozpowszechnionych zażartych dyskusji teoretycznych. W końcu dotarło do mnie, że chyba tylko miałem nadzieję, iż w wyniku tych wszystkich mikroskopowych analiz, uda mi się odkryć ostatni cień tajemnicy, która mnie kiedyś skłoniła do zawodowego poświecenia się literaturoznawstwu. Ale w momencie, w którym sobie to uświadomiłem, frapująca technika analizy tekstu, której mechanizmy znałem prawie że na pamięć, była mi już dawno obojętna. Mechanicznie wykładałem o ostatnich osiągnięciach mojego kierunku, przyjmowałem je do wiadomości i przekazywałem rutynowo moim studentom, jak lekarz, który przepisuje nowe medykamenty. Zajmowałem się wszystkim, ale nic mnie już nie mogło zaskoczyć.
Czy dlatego zabrakło mi tego niewzruszonego przekonania do dokonanego wyboru, które najczęściej jest wynagradzane profesurą? Za wcześnie popadłem w zwątpienie, zająłem się muzyką, której prawa pozostałym mi jednak obce. Przez pewien czas zwróciłem się ku malarstwu, ale również ono pozostało jedynie przerywnikiem, bo tematy malarskie wydawały mi się zbyt bliskie temu, co chciałem zostawić za sobą. Studiowałem starych mistrzów i natrafiałem na znane mi materiały i motywy – antyczne legendy, historyczne przekazy, oklepane wydarzenia z historii chrześcijaństwa. Moje spojrzenie błądziło po aż za dobrze znanym mi świecie i tylko raz zawisło na malowidle, którego intrygująca obcość nie pozwoliła mi przejść obok niego obojętnie i ożywiła we mnie fascynację, która, jak mi się wydawało, już we mnie wygasła.
Nie pamiętam już, gdzie po raz pierwszy ujrzałem te dwie kobiety w kąpieli. Z upływem lat ich widok w podręcznikach historii sztuki, katalogach, na okładkach książek, nawet na dekoracjach studiów, czy w jednej z audycji telewizyjnych, tak mi spowszedniał, że stał się dla mnie stałym, choć niezidentyfikowanym składnikiem zalewającej mnie powodzi obrazów. Zawsze, ilekroć na to malowidło natrafiałem, usiłowałem się dowiedzieć czegoś o pochodzeniu obrazu. Kto go namalował i co skłoniło jakiegoś malarza do wystawienia na pokaz dwóch szlachetnych dam w wannie? Mimo wszystko obraz był dość znany, lecz moje wyprawy w głąb historii sztuki wykazały, że w ciągu czterystu lat jego istnienia, nie udało się dotychczas nikomu go zinterpretować.
Obraz powstał około 1590 roku w manierze szkoły Fontaineblau, a jeśli chodzi o kobiety, to jedna z nich była kochanką Henryka IV – poza tym nic więcej nie było wiadomo. Nie udało się zidentyfikować malarza, a badaczom nie udało się w przekonywujący sposób wyjaśnić gry gestów dwóch dam w wannie. W dotknięciu czubka piersi jednej damy dopatrywano się nienaturalnego gestu, symbolicznej informacji o odmiennym stanie, zgodnej ze smakiem i manierą malarską epoki, jaką można w podobnej formie spotkać również na innych malowidłach. W tym symbolicznym dotyku brodawki piersiowej nie było niczego nadzwyczajnego, czy tajemniczo nieprzyzwoitego. Mimo wszystko stanowi wielką różnicę, czy jakaś postać na malowidle trzyma w wyprostowanych palcach pierścień, goździk, okulary, czy jedna szlachetna dama dotyka w podobny sposób piersi innej damy. Lecz na podobne pytania koryfeusze historii sztuki nie znajdowali odpowiedzi. Panowało przekonanie, że z powodu braku jednoznacznych źródeł, obraz pozostanie na zawsze tajemnicą.
Czy dlatego tak mnie poruszył? Czy zafascynowała mnie jego osobliwa kompozycja, coś, czego mi w moich zawodowych studiach coraz bardziej brakowało? Opowiedziałem o tym przyjaciołom i przez pewien czas nosiłem przy sobie zminiaturyzowaną reprodukcję tego obrazu, gdyż miałem nadzieję w końcu spotkać kogoś, kto wiedziałby o nim coś więcej. Pokazałem ją przed kilku laty chyba również Koszyńskiemu, i otrzymałem tę samą odpowiedź, co od wielu innych: owszem zna ten obraz, jest dość osobliwy, jak wiele innych z tej epoki.

Wybrane dla Ciebie
Po "Harrym Potterze" zaczęła pisać kryminały. Nie chciała, żeby ktoś się dowiedział
Po "Harrym Potterze" zaczęła pisać kryminały. Nie chciała, żeby ktoś się dowiedział
Wspomnienia sekretarki Hitlera. "Do końca będę czuła się współwinna"
Wspomnienia sekretarki Hitlera. "Do końca będę czuła się współwinna"
Kożuchowska czyta arcydzieło. "Wymagało to ode mnie pokory"
Kożuchowska czyta arcydzieło. "Wymagało to ode mnie pokory"
Stała się hitem 40 lat po premierze. Wśród jej fanów jest Tom Hanks
Stała się hitem 40 lat po premierze. Wśród jej fanów jest Tom Hanks
PRL, Wojsko i Jarocin. Fani kryminałów będą zachwyceni
PRL, Wojsko i Jarocin. Fani kryminałów będą zachwyceni
Zmarł w samotności. Opisuje, co działo się przed śmiercią aktora
Zmarł w samotności. Opisuje, co działo się przed śmiercią aktora
Jeden z hitowych audioseriali powraca. Drugi sezon "Symbiozy" już dostępny w Audiotece
Jeden z hitowych audioseriali powraca. Drugi sezon "Symbiozy" już dostępny w Audiotece
Rozkochał, zabił i okradł trzy kobiety. Napisała o nim książkę
Rozkochał, zabił i okradł trzy kobiety. Napisała o nim książkę
Wydawnictwo oficjalnie przeprasza synów Kory za jej biografię
Wydawnictwo oficjalnie przeprasza synów Kory za jej biografię
Planował zamach na cara, skazano go na 15 lat katorgi. Wrócił do Polski bez syna i ciężarnej żony
Planował zamach na cara, skazano go na 15 lat katorgi. Wrócił do Polski bez syna i ciężarnej żony
Rząd Tuska ignoruje apel. Chce przyjąć prawo niekorzystne dla Polski
Rząd Tuska ignoruje apel. Chce przyjąć prawo niekorzystne dla Polski
"Czarolina – 6. Tajemnice wyspy": Niebezpieczne eksperymenty [RECENZJA]
"Czarolina – 6. Tajemnice wyspy": Niebezpieczne eksperymenty [RECENZJA]
NIE WYCHODŹ JESZCZE! MAMY COŚ SPECJALNIE DLA CIEBIE 🎯