Qaqwqwrqw
Informacja prasowa
W drodze

Przeczytaj fragment książki ''Wakacje'' Niny Majewskiej-Braun

"Wakacje" autorstwa Niny Majewskiej-Braun to historia rodzinnego wypadu do Hiszpanii, przesycona aromatami paelli i bąbelkami cavy. Gorący klimat, piękna Barcelona i czteroosobowa rodzina. Wyjazd to z jednej strony próba wzmocnienia więzi małżeńskich, a z drugiej wymarzone wakacje życia. Nawet nieprzewidziany przyjazd teściów nie zakłóca wakacyjnej przygody. Fragment książki publikujemy dzięki uprzejmości wydawcy, Domu Wydawniczego Rebis.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Przeczytaj fragment książki ''Wakacje'' Niny Majewskiej-Braun
( )
Qaqwqwrqw

* "Wakacje" autorstwa Niny Majewskiej-Braun to historia rodzinnego wypadu do Hiszpanii, przesycona aromatami paelli i bąbelkami cavy. Gorący klimat, piękna Barcelona i czteroosobowa rodzina. Wyjazd to z jednej strony próba wzmocnienia więzi małżeńskich, a z drugiej wymarzone wakacje życia. Nawet nieprzewidziany przyjazd teściów nie zakłóca wakacyjnej przygody. Fragment książki publikujemy dzięki uprzejmości wydawcy, Domu Wydawniczego Rebis.*


Pukanie do drzwi. Nie jestem pewna, czy mi się wydaje, czy rzeczywiście słyszę stukanie. Która godzina? Jezu, ja jeszcze śpię... Trącam Bartka i kategorycznie żądam, żeby wstał, ale dla mojego męża o tej porze nawet pożar nie byłby powodem do zerwania się z pościeli. Nie mam więc wyjścia, zwlekam się z łóżka, wykonuję z lekka nerwowe ruchy, chcąc uchronić dzieci przed zbyt wczesną pobudką, i przywalam nogą w stojące nieopodal krzesło. Ból przeszywa całe ciało, promieniując od palca przez łydkę, i mam wrażenie, że zaraz popuszczę… Teraz naprawdę jestem wściekła. Nie zważając na to, czy kogoś obudzę czy nie, krzyczę:

Qaqwqwrqw

– One moment! I’m coming!

Nawet się nie zastanawiam, kto to może być. Na bank to znowu ci durni imprezowicze. Trochę na oślep, ze łzami bólu w oczach, człapię do drzwi.

Stukanie się powtarza i teraz naprawdę mną trzęsie: de-bile obudzą dzieci! Energicznie otwieram i... kurwa, mam omamy... Na korytarzu stoją teść i teściowa. Aleksandra i Robert Braun. W zasadzie powinnam powiedzieć von Braun albo jeszcze lepiej: lady Aleksandra i sir Robert Braun, choć z uwagi na ich charaktery i ogromne pokłady miłości bliźniego nazwisko Schwarz bardziej by pasowało. Państwo mecenasostwo.

To nie dzieje się naprawdę, a błogi sen płata mi figle, układając największą życiową traumę w jeszcze bardziej dramatyczny i abstrakcyjny koszmar. Faktycznie wieczorem łyknęłam pigułkę nasenną, a po niej mam najdziwniejsze projekcje… to pewnie jedna z nich. Nic nie mówiąc, cicho zamykam drzwi i na palcach skradam się do dopiero opuszczonego łóżka. Ale jazda. Rodzice Bartka są dwa i pół tysiąca kilometrów stąd. Państwo Braun korzystają tylko ze zorganizowanych wyjazdów, najchętniej w znamienitym gronie prawników, a poza tym nie latają sami! Nigdy i nigdzie. Nie zdążam przykryć się kołdrą i zamknąć oczu, gdy pukanie staje się bardziej energiczne i przykra rzeczywistość poranka coraz mocniej łaskocze mnie pod brodą. To chyba naprawdę nie mara senna, tylko koszmar na jawie.

Qaqwqwrqw

Nie wierzę w to wszystko, choć Bartek nie wydaje się szczególnie zdenerwowany. Czuję się całkowicie osaczona w tym pseudomieszkanku. W dodatku stoję przed nimi w samej bieliźnie, bez makijażu i pomysłu, dokąd uciec. Bartek, bez większego entuzjazmu, ale – jak po chwili z przykrością konstatuję – również bez zaskoczenia, pod-chodzi i nie patrząc mi w oczy, wita się. Kurwa! Wiedział! Zabiję gada!

– Przepraszam, proszę chwilę poczekać, wrócę do pokoju i się ubiorę.

Teściowa wtacza się całą masą zasuszonych, na oko pięć-dziesięciu kilogramów do holu, zupełnie jakby nie słyszała, co mówię. Ma na sobie letni kostium, a może to garsonka, w waniliowo-białe prążki, na piersiach dumnie prezentuje się gruby złoty łańcuszek zwieńczony jeszcze dostojniejszym krucyfiksem, a w ręku trzyma duży słomkowy kapelusz i torebusię z pseudowężowej skóry. Na twarzy, oprócz makijażu, wdrukowała imponujące poczucie władzy i zadowolenia. Jej zazwyczaj rude włosy przybrały odcień blondu przetykanego beżowymi pasemkami i zostały pieczołowicie ułożone w rządki nerwowo skręconych, ale posłusznych loczków. Ładu na głowie pilnuje gruba warstwa lakieru, która sprawia, że fryzura przypomina mister-nie utkany hełm. Ciekawe, jak na to zareaguje kapelusz? Przy jej drobnej posturze tak ufryzowana głowa wydaje się groteskowo wielka i całkowicie zaburza proporcje tej jakże ważnej persony.

Ogarnia mnie panika. O rany, w co mam się ubrać? W mojej walizce nie ma nic równie eleganckiego, a tym samym niestosownego na trekking po mieście. W tym czasie teść władczo wita się z Bartkiem:

Qaqwqwrqw

– No, synu! Nareszcie jesteśmy. Podróż była okropna, ci wszyscy ludzie w samolocie… no nie, to nie dla nas. A wy co, jeszcze śpicie?

– Tak jakby. Jest dopiero ósma trzydzieści, a przecież jesteśmy na wakacjach. – Mój niemal sześćdziesięcioletni małżonek, w realnym świecie pan prezes, tłumaczy się przed ojcem jak niesforny chłoptaś w krótkich spodenkach przed dyrektorem szkoły.

– No właśnie! Szkoda każdej chwili! Budź dzieciaki, ubierajcie się, musicie nas oprowadzić po mieście.

Bartek nie podejmuje polemiki i nie przeciwstawia się tyranii ojca. Co oni mu zrobili? Przyglądam się tej rodzinnej scenie zza niedomkniętych drzwi i nadal nie mogę uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. Toczę walkę sama z sobą i niestety poczucie obowiązku, przyzwoitości czy jakkolwiek by to nazwać... kindersztuba wygrywa z chęcią podrzemania jeszcze przez chwilę i olania całej tej sytuacji. Zresztą dzieciaki też już pewnie zostały obudzone, więc trzeba będzie przyjść im z odsieczą. Ale obiecuję sobie solennie, że kiedy tylko – oby nie jeśli – teściowie opuszczą nasz apartament i nasze wakacje, odbędę poważną rozmowę z Bartkiem. Myślę jednak o wnukach państwa Braun i robi mi się ich żal. Na myśl o ich minach, gdy zobaczą dziadków, chce mi się i śmiać, i płakać jednocześnie! Jasiek będzie przerażony, bo dziadkowie od blisko dwóch lat nie zamienili z nim słowa, a Klara po dziecięcemu przez chwilę będzie w euforii, a po godzinie zacznie się skarżyć na dziwne zasady i ograniczenia stawiane jej przez babcię,
której w sukurs zawsze przychodzi dziadek.

Qaqwqwrqw

Pani Aleksandra całą niechęć, którą obdarzyła mnie na początku znajomości, systematycznie i niezmiennie przelewa na najstarszego wnuka. Postanowiła go nie za-uważać, nie rozmawiać z nim i traktować jak powietrze. Ich relacje, z trudem wypracowane przez teściową, są tak toksyczne i pozbawione jakiejkolwiek czułości, która powinna łączyć babcię z wnuczkiem, że są dla siebie bar-dziej jak obcy ludzie, a nie choćby daleka rodzina. Jasiek – spokojny, poukładany i pełen empatii – przez długi czas zupełnie nie mógł zaakceptować takiego obrotu spraw. W końcu pogodził się z tym i mam wrażenie, że w jego emocjonalnym świecie ludzi bliskich i życzliwych babcia przestała istnieć. Teściowa bowiem większą atencją obdarza pełną energii, dynamiczną i ekstrawertyczną Klarę, choć ta charakterem przypomina znienawidzoną synową. Mała jednak intuicyjnie wyczuwa nieustanne piętnowanie jej zachowań i wyglądu przez babcię i jakoś do niej nie lgnie.

Usiłuję narzucić coś na siebie, ale mając gdzieś z tyłu głowy elegancką panią Olę, nie mogę się na nic zdecydować. W końcu wskakuję w ulubioną luźną szarą sukienkę, włosy spinam w koński ogon, nakładam dyskretny makijaż i... nadal nie jestem gotowa na taki poranek. Co ja tu robię? Co ONI tu robią?

Wybudzona jowialnym głosem teścia w progu, mrużąc oczka i zasłaniając je rączką, pojawia się Klara w sza-rej piżamce w małe różowe króliczki. Mruga kilka razy i mam wrażenie, że ona też nie wierzy w to, co widzi. Za nią w drzwiach staje rozczochrany, nieco bardziej przytomny Jasiek i skonfundowany mówi:

– O! Dzień dobry... Coś się stało?

Qaqwqwrqw

Podobnie jak ja kilka minut temu nie przyjmuje do wiadomości zastanej sytuacji.

– Dzień dobry. Nic się nie dzieje, a co ma się dziać? A ty co? Taki duży facet i jeszcze śpi? – atakuje go teść. – Przecież dochodzi dziewiąta. Zbierajcie się, musicie pokazać nam miasto!

Cholera, myślę sobie, jedyne, co muszę zrobić, to umrzeć, a resztę najwyżej mogę, i to jak mnie ktoś ładnie poprosi. Wkuta patrzę na Bartka. Wzrokiem usiłuję przebić się przez jego plecy i zmusić do zajęcia jakiegoś stanowiska. Tymczasem włącza się mała:

– Mamo, a mamuty? Mieliśmy iść z Angelą do mamutów!

O poranku jest z reguły trochę nadwrażliwa, więc na brodzie pojawia się zgrupowanie małych dołeczków, które zwiastują płacz.

– Oczywiście, że pójdziemy! Przecież tak się umówiliśmy.

Jak niewiele trzeba, by diametralnie zmienić nastrój.

– Dlaczego nam nie powiedzieliście, że przyjeżdżają dziadkowie?

Jachu nie może otrząsnąć się z szoku.

– Ja nic o tym nie wiedziałam, ale to dobre pytanie, na które tatuś na pewno odpowie z przyjemnością. – Halo! – usiłuję krzyczeć do Bartka, zrób coś wreszcie! Głośno zaś dodaję: – Przepraszam, ale dzieci nie jadły śniadania i potrzebujemy trochę czasu...

– A co? Nie macie nic do jedzenia? To wy się zbierajcie, a ja przygotuję dzieciom kanapki. – Jak zwykle usłużna teściowa nie przepuszcza okazji do zorganizowania działań. Zadowolona rozsiada się obok teścia na kanapie.

– My też musimy coś zjeść. – Czuję, że ciśnienie pręży się we mnie i rozpycha. – To po pierwsze. Po drugie, nie wiem, dlaczego teściowie się tu znaleźli... – Nie dane jest mi dokończyć.

– Jak to? – włącza się oburzony teść. – Przecież nas zaprosiliście!

Cholera, czy to oznacza, że również zapłaciliśmy?

– Nic o tym nie wiem. Myślę, że to Bartek zaprosił teściów, więc...

Znowu nie udaje mi się dokończyć zdania, teściowa przecież wie lepiej albo nie słyszy, co mówię.

– Nieważne, śniadanie i w miasto! – wpada mi w słowo. Panika w oczach dzieci przywraca mi odwagę.

– Moment! – Odzyskuję pewność siebie i o dziwo, nawet nie drży mi ze zdenerwowania głos. – Jesteśmy na wakacjach i jeszcze do wczoraj mieliśmy zaplanowany ten i kolejne dni. Jeśli mamy wspólnie spędzić czas, to w po-rządku, ale umówmy się na przykład na jedenastą. My się pozbieramy, a teściowie odpoczną po podróży.

– No nie wiem. – Teść nie daje za wygraną. – Szkoda dnia, a poza tym co niby mamy robić do jedenastej? Może tu posiedzimy i poczekamy?

– Szczerze mówiąc, wolałabym nie. Musimy wziąć prysznic, ubrać się, no i to byłoby nieco krępujące.

– Nie przesadzaj, przecież jesteśmy rodziną. Ale skoro nas wyganiasz...

Następuje teatralne zawieszenie głosu i moje nieustające oczekiwanie na pomoc męża wreszcie zostaje nagrodzone. Odzywa się w zasadzie po raz pierwszy tego poranka i o dziwo przychodzi mi z odsieczą:

– Nina ma rację. Potrzebujemy kilku chwil dla siebie, o jedenastej będziemy do waszej dyspozycji i albo spotkamy się tu, albo na mieście.

– Jak ty to sobie wyobrażasz? Przecież nie znamy Barcelony!

– Jasiek się ubierze i zaprowadzi was do uroczej knajpki tuż obok, mają tam znakomitą kawę i tapas, a my zaraz do was dołączymy. OK?

– No, chyba że tak. Ale pospieszcie się!

– Oczywiście.

Udaje nam się wypchnąć ich z mieszkania i mam wrażenie, że cała para, która dotąd tylko usiłowała, teraz na-prawdę eksploduje w mojej głowie i wydobywa się białymi obłokami z nosa i uszu. Byk na rodeo to kociątko.

– Kurwa, Bartek, o co tu chodzi? Dzięki za niespodziankę! Zafundowałeś mi właśnie emocjonalnego plaskacza. Zawsze wiesz, jak spieprzyć to, na czym mi zależy! To miały być wakacje marzeń, a nie sanatoryjny wyjazd z twoimi, TWOIMI rodzicami! – wydzieram się niekontrolowanie, nie zważając na to, czy słychać mnie za drzwiami i czy państwo Braun będą mieli przyjemność odnieść się do mojego zachowania. – Nie pomyślałeś, że mamy prawo o czymś takim wiedzieć? Kompletnie ci odbiło. Ja pieprzę! Nie mam ochoty na tydzień z nimi! A tak swoją drogą, na jak długo przyjechali?

Jestem wściekła, dzieciaki zwiały do sypialni i podsłuchując za drzwiami, udają, że ich nie ma.

– Na trzy dni. – Obecność dzieci zdradza głuchy jęk dochodzący zza ściany. – Nina, posłuchaj...

– Chyba nie jestem zainteresowana. – Złość trzęsie moim ciałem jak niemowlak grzechotką.

– Miałem ci powiedzieć o rodzicach...

– Kiedy? Jutro?

– Rano! Nie spodziewałem się ich nalotu o tak wczesnej porze.

– A nie przyszło ci na myśl, żeby nas uprzedzić miesiąc wcześniej?

– Wtedy byście nie pojechali.

– No właśnie!

– I dlatego pomyślałem, że tak będzie lepiej.

– Dla kogo? Dla ciebie czy dla nich? Bo na pewno nie dla mnie i dzieci.

– Dla nas.

– Zwariowałeś? Co to za kretyński pomysł?

– Wiesz doskonale, że nam się z nimi nie układa, wszyscy wielokrotnie przerabialiśmy ten temat. Starzy są jak dwa kawały betonu, ale to jednak moi rodzice i chciałbym mieć z nimi przynajmniej jakieś, nie wiem, czy dobre, ale JAKIEŚ relacje.

– Nigdy nie będziesz miał z nimi dobrych relacji, dopóki nie sprawisz, że po kilkunastu latach wreszcie zaakceptują albo choćby zaczną tolerować synową i wnuki.

– Wiem. I dlatego pomyślałem, że takie wspólne wakacje trochę nas do siebie zbliżą i pozwolą tak naprawdę poznać się lepiej.

– No, ja już chyba poznałam ich dostatecznie dobrze. Powiedzieli mi w zasadzie wszystko, czego nie powinno się mówić drugiej osobie, zwłaszcza gdy ma się o sobie tak znakomite mniemanie, i zrobili wszystko, czego nie powinno się zrobić nikomu, bliskiemu czy nie...

– Wiem, bo mi też pokazali się od jak najgorszej strony, ale czasu na naprawienie naszych relacji mamy coraz mniej i mam przeczucie, że nie zdążę...

Schylam głowę, by nie widział wyrazu moich oczu. Wiem, że ma rację, i niestety też żyję w nieustannym po-czuciu emocjonalnej straty zarówno własnej, co jest naj-mniej ważne, jak i przede wszystkim dzieci, które nie ma-ją kontaktu z dziadkami. I pomyśleć, że moglibyśmy być szczęśliwą i kochającą się rodziną, pełną wzajemnego wsparcia i zrozumienia, ze wspólnymi świętami i zwykłymi wieczorami przy kieliszku wina w ogrodzie.

W zasadzie, gdy poznałam teściową, byłam pod wrażeniem jej uroku, dzięki któremu oczarowywała klientów kancelarii. Zachwycała mnie jej troskliwość i chęć zadowolenia każdego, zwłaszcza zaś tych osób, które wykazywały się pewną nieporadnością i życiowym zagubieniem. Niestety, ja nigdy nie stałam się adresatką jej ciepłych uczuć i namiętnie wypiekanych ciast, przy której to czynności starsza pani wyraźnie się odpręża i relaksuje. Wina niewątpliwie leży też po mojej stronie, zapewne drażniłam ją swoim przekonaniem, że poradzę sobie ze wszystkim, a także umiejętnością organizowania przestrzeni. Nie byłam bez-radną istotką obdarzaną jej troską i nigdy nie pozwoliłam sobie przy niej na słabość. Właściwie sama nie wiem, dla-czego tak się stało i co przyczyniło się do tej sytuacji, ale w końcu okazało się, że latami wypracowywałyśmy podobną relację, jaka łączyła starą królową ze Śnieżką, a zatrutym jabłkiem żonglujemy do dziś. Szkoda.

Dla odmiany teść sprawiający wrażenie niedostępnego po bliższym poznaniu okazał się miłym starszym panem, zapalonym myśliwym i wędkarzem. Jego pasja i zamiłowanie do ukatrupiania wszystkiego, co się rusza i daje zjeść, przesłaniają mu potrzebę rodzinnej integracji. Początkowo Jaśkowi bardzo imponował dziadek z pukawką i jego opowieści o polowaniach, nagonkach i rykowiskach. Ubrany w bieliznę narciarską i polary, chętnie wyruszał z dziadkiem do lasu. Jednak fascynacja knieją szybko minęła, gdy okazało się, że przyczajony w krzakach czy na ambonie nie może głośniej się odezwać ani gwałtowniej poruszyć, by nie spłoszyć zwierzyny. Chłopak wracał do domu znudzony, przemarznięty i od czasu do czasu z kleszczem oraz postanowieniem, że już nigdy z dziadkiem się nie wybierze. Oczywiście owo „nigdy” umierało śmiercią naturalną kolejnej wiosny, gdy dziadek ponownie z zapałem kreślił przed małym obraz polowania, i rodziło na nowo po pierwszej wyprawie.

Może Jachu był za mały, by dać się porwać hobby dziadka i docenić jego wysiłek, w czym nie pomagała też niechęć Bartka do polowań, wyniesiona z domu po kilku wyprawach z ojcem do lasu. Jaśka bardziej od zabijania interesowało dokarmianie zwierząt i budowanie paśników, co z kolei nie było najmocniejszą stroną pana Roberta.

– Bartek, ja to wszystko rozumiem, ale mam nadzieję, że pamiętasz, ile razy próbowaliśmy wyciągać do nich rękę i z nimi rozmawiać. To nigdy nie przyniosło rezultatu!

– Nina. – Obejmuje mnie i przytula do siebie. – Spróbujmy po raz ostatni, dobrze? Jak nie wyjdzie, damy sobie spokój, ale miałbym wyrzuty sumienia, gdybym nie dał im tej szansy.

– OK. – Poddaję się całkowicie. – Mogę im wybaczyć bardzo wiele, ale nie oczekuj, że zapomnę o tym, co się już wydarzyło, i wystawię dzieci albo siebie na kolejny strzał.

– Dziękuję. Wiedziałem, że zrozumiesz. Ojciec jest co-raz słabszy i boję się, że kogoś z tego grona może niebawem zabraknąć.

– No, z pewnością nie twojej matki, nic tak nie konserwuje jak złość, więc kto jak kto, ale ona przeżyje nas wszystkich. Pamiętaj tylko, że to obie strony muszą chcieć coś zmienić. A raczej nie wydaje mi się, żeby twoi rodzice przyjechali tu rewolucjonizować swoje poglądy.

I tak, od szoku przez histerię po czułe pitu-pitu, wchodzimy w drugą fazę wakacji. Wolałabym, żeby jej nie było.

* "Wakacje" autorstwa Niny Majewskiej-Braun to historia rodzinnego wypadu do Hiszpanii, przesycona aromatami paelli i bąbelkami cavy. Gorący klimat, piękna Barcelona i czteroosobowa rodzina. Wyjazd to z jednej strony próba wzmocnienia więzi małżeńskich, a z drugiej wymarzone wakacje życia. Nawet nieprzewidziany przyjazd teściów nie zakłóca wakacyjnej przygody. Fragment książki publikujemy dzięki uprzejmości wydawcy, Domu Wydawniczego Rebis.*

Polub WP Książki
Qaqwqwrqw
Qaqwqwrqw
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Wow!
0
Ważne
0
Słabe
0
Straszne
Trwa ładowanie
.
.
.

Qaqwqwrqw