WP

Porwania były na porządku dziennym. Dokonywali ich nawet policjanci

Dziewczyna wyszła z domu tylko na chwilę, żeby wyprowadzić psa. Niespodziewanie dwóch zamaskowanych mężczyzn przyłożyło jej pręt do szyi i wciągnęło do samochodu. A wszystko przez znane nazwisko.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Krzysztof Wójcik czerpał inspirację z rzeczywistych wydarzeń
Krzysztof Wójcik czerpał inspirację z rzeczywistych wydarzeń (Materiały prasowe)
WP

Książka "Policjanci i gangsterzy. Kulisy śledztw i tajemnice CBŚ" jak w soczewce skupia brutalne poczynania półświatka przełomu wieków, brzemienne w skutki romanse i płynne przenikanie się struktur mafii i policji. Dzięki uprzejmości wydawnictwa Rebis publikujemy fragment najnowszej książki Krzysztofa Wójcika. Fragmenty pochodzą z rozdziałów: "Śpieszcie się, bo zimno" oraz "W ciemności słychać więcej".

"Śpieszcie się, bo zimno”

Maks Schutze nie spał trzecią noc z rzędu. Kawa i papierosy przestały już działać. Czuł, że lekko kręci mu się w głowie. Patrząc na protokół przesłuchania leżący na biurku, chwilami widział białe plamy. To ze zmęczenia. Wiedział, że jeszcze kilka godzin bez snu i może mieć halucynacje. Sprawa "Willy’ego” powoli posuwała się do przodu, ale tymczasem na tapetę wskoczyło porwanie piętnastoletniej Moniki Szewczak z Gdyni. Przy sprawie pracowało kilku funkcjonariuszy gdańskiego CBŚ. Rodzice dziewczyny prowadzili w Gdyni spółkę informatyczną TechnoComp.

WP

PRZECZYTAJ TEŻ: Krzysztof Wójcik: ''Niewinny człowiek przesiedział 12 lat, bo nie było woli dotarcia do prawdziwego zabójcy''

Kilka miesięcy wcześniej skończyli realizację portalu dla Prokomu wszechwładnego miliardera Ryszarda Krauzego. Informacja trafiła do ogólnego obiegu, bo obie spółki były na giełdzie. Znajomość panów z kortów tenisowych była wówczas w Gdyni tajemnicą poliszynela. Rodzice Moniki mieszkali w centrum przy ulicy Tetmajera. To willowa część miasta. Uliczka sąsiaduje bezpośrednio z kortami Klubu Tenisowego Arka i bulwarem nadmorskim. Dom Szewczaków wyróżniał się przysadzistym ogrodzeniem z kamieni, które chroniło prywatność właścicieli.

Materiały prasowe
Podziel się

Sąsiedzi i znajomi wiedzieli, że dysponują dużą gotówką. Dwudziestego pierwszego stycznia tuż przed dziewiętnastą dziewczyna wyszła na spacer z psem. Godzinę później do domu Szewczaków przyszła sąsiadka.

WP

– Słuchaj, Ewa, pod domem Woźniaków siedzi wasz pies. Nie chce się ruszyć.
– A Monika? Przecież wyszła z Leonem. Nie widziałaś jej?
– Nie, nigdzie jej nie było.

Ewa Szewczak natychmiast narzuciła na siebie płaszcz i pobiegła na koniec ulicy. Moniki nigdzie nie zobaczyła. Leon siedział na chodniku. Wydawał się oszołomiony. Kiedy głaskała psa, nie reagował tak jak zwykle. Był mocno wystraszony.

PRZECZYTAJ TEŻ: Od Indochin po Pakistan - polscy najemnicy na frontach świata. Wywiad z Krzysztofem Wójcikiem, autorem książki "Psy wojen"

– Monika! – krzyknęła Ewa. Nikt nie odpowiedział. Zdenerwowana kobieta zadzwoniła do męża.
– Słuchaj, Monia gdzieś zniknęła. Nie wzięła ze sobą telefonu. Wyszła na spacer z psem.
– Nie panikuj. Może poszła do którejś z koleżanek?
– Boże, ja zwariuję. Natychmiast przyjeżdżaj do domu. Monia tak by nie zostawiła Leona. Musiało się coś stać… Szewczakowa pobiegła do domu. Wsiadła do swojej hondy i przez pół godziny krążyła po pobliskich uliczkach. O córkę pytała sąsiadów. Nikt jej nie widział. Monika jakby zapadła się pod ziemię.
– Jadę na policję. To może być porwanie. Tyle o tym ostatnio piszą… Marek Szewczak nie protestował.

WP
Materiały prasowe
Podziel się

– Zaraz wsiadam w samochód.
– Od razu zadzwonił do sekretarza miasta Gdyni Jerzego Zająca.
– Słuchaj, coś się stało z moją córką. Żona jedzie na policję. Spowoduj, żeby przyjęli zgłoszenie, a nie potraktowali tego jako wybryku nastolatki. Monice coś się stało. To nie są nastoletnie wygłupy…

Zając skontaktował się z szefami policji. Prosił o poważne potraktowanie żony biznesmena. Szewczakowa w pięć minut dojechała na komisariat policji na Wzgórzu św. Maksymiliana. Kiedy rozmawiała z policjantami, zadzwonił ktoś z zastrzeżonego numeru. Wyraźnie było słychać, że mężczyzna nagrał swoją wypowiedź wcześniej na dyktafon i jedynie ją odtwarzał.

– Mamy twoją córkę. Już od dawna was obserwowaliśmy. Jeśli będziesz z nami współpracować, dziewczyna wróci do domu. Chcemy dwieście pięćdziesiąt tysięcy dolarów. Jeśli będziecie robić kłopoty, cena wzrośnie. Nie zawiadamiajcie policji. Miejcie na uwadze bezpieczeństwo swojej córki. Jeśli dostaniemy gotówkę, dziewczyna cała i zdrowa wróci do domu. Później się odezwiemy - mężczyzna się rozłączył.

WP

Szewczakowa od razu zadzwoniła do męża.
– To porwanie! Dzwonili do mnie i chcą kasy za życie Moniki!
– Rób, co każą. Rozmowie przysłuchiwali się dwaj funkcjonariusze pionu kryminalnego. Następnego dnia porywacze zadzwonili na telefon Szewczaka.
– Podjedziesz na granicę Gdyni i Rumi. Na głównej trasie, Morskiej, odbierzesz paczkę. Wkrótce dostaniesz instrukcje.

Gdy Szewczak jechał do Rumi, ponownie zadzwonił ten sam mężczyzna. Powiedział, że paczka z informacją, w charakterystycznej reklamówce, będzie w śmietniku przy Morskiej w pobliżu tablicy granicznej Gdyni. Szewczak od razu ją rozerwał. Porywacze schowali w środku bluzkę Moniki i dwa listy. Jeden napisany był charakterystycznymi drukowanymi literami. Widać, że porywacze używali szkolnego szablonu do pisania drukowanych liter, tak by nie można było poznać charakteru pisma:

WIEMY, ŻE JUŻ WCZORAJ POWIADOMILIŚCIE POLICJĘ, WIĘC ZGODNIE Z NASZYMI ŻĄDANIAMI CENA WZRASTA DO 350 TYS. DOL. MACIE TEŻ JAK NAJSZYBCIEJ POZBYĆ SIĘ POLICJI! WASZ PROBLEM, JAK TO ZROBICIE! JAK BĘDZIECIE GOTOWI, TO ZOSTAWCIE HONDĘ NA STACJI STATOIL NA GRABÓWKU I CZEKAJCIE NA INSTRUKCJE W DOMU. OKUP MA SKŁADAĆ MAMA MONIKI. W INNYM WYPADKU NIE ZOSTANIE ON PODJĘTY. NIE BĘDZIEMY NEGOCJOWAĆ! ŚPIESZCIE SIĘ, BO ZIMNO!!!

Szewczakowi napłynęły łzy do oczu. Drugi list napisała odręcznie córka: Mamusiu, Tatusiu. Nie wiem, gdzie jestem. Było tak szybko, że nie wiem, kiedy to się stało. Nic mi się nie stało. Powiedzieli mi, że nic mi nie zrobią. Proszę tylko was o jedno. Dajcie im te pieniądze jak najszybciej, to wtedy się szybciej zobaczymy. Kocham Was. Monia. Trzęsły mu się ręce, gdy czytał. Wsiadł do samochodu i wrócił do domu.

WP
Materiały prasowe
Podziel się

"W ciemności słychać więcej"

Monika czuła się jak w sennym koszmarze. Nie mogła uwierzyć, że to wszystko dzieje się naprawdę. Jeszcze kilkanaście godzin wcześniej myślała o swoich imieninach, które planowała obchodzić z chłopakiem. Swoją pierwszą sympatię poznała w liceum. Z marzeń wyrwali ją trzej zamaskowani mężczyźni. Jak co wieczór wyszła z psem na spacer. Zawsze pokonywała tę samą trasę – w stronę ulicy Redłowskiej, gdzie przystawała na polance, a pies przez piętnaście minut obwąchiwał każdy zakamarek spokojnej części Redłowa położonej tuż nad Szpitalem im. PCK. Już chciała wracać do domu, gdy podjechał do niej pomarańczowy polonez.

– Przepraszam – powiedział do niej kierowca w kominiarce. Dziewczyna cofnęła się przerażona. Zauważyła, że wszyscy w samochodzie mają kominiarki. Chciała rzucić się do ucieczki, ale wysoki pasażer poloneza był szybszy. Wyskoczył z auta i złapał ją wpół. Zaczęła krzyczeć.

– Zamknij się, kur...o, bo cię zabiję! [cenzura pochodzi od redakcji] – krzyknął dryblas i przyłożył jej do szyi metalowy pręt. Wepchnął ją do samochodu. W środku siedzieli dwaj inni mężczyźni. Potem błyskawicznie nacisnął jej na głowę czapkę i owinął taśmą klejącą, tak by nie mogła jej zsunąć. Ręce skuł kajdankami.

– Jak się nazywasz?
– Monika Szewczak.
– Twój ojciec jest prezesem TechnoCompu?
– Tak.
– Tylko nie krzycz. Jak będziesz grzeczna, to nic ci się nie stanie. Zaraz wrócisz do domu – mówił cichym głosem.
– Masz gdzieś nadajnik GPS?
– Nie. Nic takiego nie mam.
– A co masz na zębach?
– To aparat ortodontyczny. Przysięgam. Nic nie mam… – dziewczyna błagalnym tonem zwracała się do siedzącego obok mężczyzny.
– Słuchaj, jesteśmy z Pruszkowa i z nami nie będzie żartów. Pewnie słyszałaś, czym zajmuje się Pruszków.

Monika pamiętała każdą sekundę. Kiedy jechali samochodem, mężczyźni przykryli ją kocem. Słyszała, że wspominali o rozbiciu drugiego auta przez wspólnika. Nie wiedziała, o co chodzi, ale utkwiło jej to w pamięci. Podczas wpychania do auta dziewczyna zgubiła trampek – gdy wysiadła, czuła, że idzie po zamarzniętej trawie. Porywacze najpierw wprowadzili ją do jakiegoś pomieszczenia, a potem po schodach weszła na piętro. Choć minęło już sporo czasu, ciągle płakała. Porywacze przykuli ją kajdankami do ramy polowego łóżka. Na głowę naciągnęli kominiarkę.

Przez moment zdążyła jedynie podejrzeć, że pomieszczenie ma spadzisty sufit i chyba jest na poddaszu. Naciągnęli na nią śpiwór i przykryli kocem. Dziwnie czuje się człowiek, który nagle zostaje pozbawiony swojego najważniejszego zmysłu. Dziewczyna tylko słuchała. Godziny piekielnie się dłużyły, gdy całymi dniami leżała przykuta do łóżka. Przez dziurki w czarnej czapce widziała, że trzymają ją w niewielkim pomieszczeniu. O ile zdołała dojrzeć, miało niespełna dwa na dwa metry.

Materiały prasowe
Podziel się

Miała wrażenie, że trzymają ją w domku na działce. W środku wiało zimowym chłodem, a w nos uderzał charakterystyczny zapach wilgoci nieogrzewanego pomieszczenia. W pokoju mogło być około dziesięciu stopni powyżej zera. Zapamiętała, że na ścianie wisiały charakterystyczne niebieskie szafki. Porywacze byli wobec niej grzeczni. Jeden wydawał się nawet miły. Wręczył jej rankiem śniadanie.

– Trzymaj, czekolada, lody i banany. Nie masz się czego bać. Jak twoi starzy zapłacą, będziesz miała co wspominać… Monikę dusił kaszel. Łapały ją dreszcze.
– Lodów nie chcę. Jestem chora.
– Dostaniesz coś na grypę. Wkrótce dogadamy się z twoimi rodzicami i wrócisz do domu. Jak będziesz czegoś potrzebować, to stukaj kajdankami w ramę łóżka. Wtedy przyjdziemy do ciebie. Możesz ściągać kominiarkę, gdy siedzisz ze mną, ale jak będą wchodzić chłopaki, masz ją ponownie wkładać. Bała się jedynie mężczyzny o przepitym głosie. Gdy spytała, jak mogą porywać dzieci, rzucił tylko, że nie lubi bachorów.

Starał się jak najmniej odzywać. Kiedy tak leżała na metalowym łóżku, łowiła każdy dźwięk. Nie wiedziała, gdzie jest, ale miała świadomość, że nie może być daleko od domu, choć porywacze podczas drogi wspominali, że jadą do Elbląga. Że stoją w korkach. Czuła, że kłamią. Pamiętała, że jechali płynnie. Po samym porwaniu raczej się nie zatrzymywali. Sądziła, że jechali około półgodziny. Monika liczyła w myślach minuty. Musieli być gdzieś blisko Trójmiasta.

Materiały prasowe
Podziel się

Drugiego dnia zapamiętała, że nad domkiem przelatywał helikopter. Kilka godzin później słyszała samolot. Przez cały dzień zza okien docierał też dźwięk przejeżdżających pociągów. Powtarzał się co piętnaście minut. W nocy cichł. Monika domyślała się, że to musi być Szybka Kolejka Miejska, która łączy Wejherowo z Gdańskiem. Chwilami zza okien dobiegały też syreny policyjne bądź karetek.

Godzinami nasłuchiwała i płakała. Ciszę przerywało także ujadanie psa. Jak się domyślała, musiał siedzieć niedaleko. Szczekanie słyszała z prawej strony. Po lewej, dużo dalej, musiał być kościół – co kilka godzin biły dzwony. Najgorsze były noce. Wtedy wszystkie dźwięki cichły. Kiedy zasypiała, śniła, że wybiega ze swojego pokoju wprost na plażę, a potem wskakuje do ciepłego morza. Budziła się i znowu było zimno. Tak zimno, że w nocy para leciała jej z ust. Porywacze co prawda postawili w sąsiednim pokoiku przenośną kozę, ale przy styczniowych mrozach niewiele dawała. Trzeciego dnia "Miły” wręczył jej małe, różowe tabletki.

– To relanium. Po nich będziesz lepiej spać. Nie będziesz się tak denerwować.
Wcześniej kupił coldrex i rozpuścił w wodzie. Nie wiedziała, czemu ktoś taki ją porwał.

Kiedy przynosił jedzenie i zagadywał, zachowywał się, jakby się wstydził tego, co zrobił.
– Wkrótce wyjdziesz. Dogadujemy się z rodzicami. Nic ci się nie stanie – zapewniał.
– Skąd wiesz? Znasz mojego tatę? – zapytała dziewczyna.

Na chwilę zapadła cisza. Monika czuła, że "Miły” się waha.
– Nie – rzucił po kilku sekundach, z wyraźnym opóźnieniem. Tak przynajmniej ona to odczytała.

Drugi z porywaczy, "Przepity Głos”, najwyraźniej starał się, żeby go po nim nie rozpoznała. Kiedy wypytywał o rodziców, zasłaniał usta szalikiem i jeszcze bardziej chrypiał. Nienaturalny, łamiący się głos przypominał stukot kamieni w metalowym wiadrze. Monika dotąd nie zdawała sobie sprawy, że można tak wiele usłyszeć i notować gdzieś głęboko w głowie, gdy człowiek nic nie widzi i panicznie boi się innych ludzi. Cały czas nie wiedziała, co z nią zrobią, choć zapewniali, że wkrótce wróci do domu.

Materiały prasowe
Podziel się

O autorze:

Krzysztof Wójcik - reporter, dwukrotny zdobywca nagrody Grand Press, autor "Psów Wojen", w których soczyście opisał ciężką służbę najemników - tworzy odrażający, a zarazem fascynujący portret rozkwitającego po upadku PRL-u polskiego "podziemia".

Polub WP Książki
WP
WP
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Wow!
0
Ważne
0
Słabe
0
Straszne
Trwa ładowanie
.
.
.
WP