Piotr Pustelnik: Góry wyciągają z człowieka to, co dobre, i to, co złe

Jest trzecim Polakiem, który zdobył Koronę Himalajów i Karakorum, czternaście ośmiotysięczników. O najwyższych szczytach, pasji i sukcesach, ale też o tym, co w drodze na szczyt poświęcił. Osobistych porażkach i przyjaciołach, którzy zostali w górach - legendarny himalaista Piotr Pustelnik rozmawia z Rachelą Berkowską.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Debiut w górach najwyższych. W obozie czwartym pod Gasherbrum II, 1990.
Debiut w górach najwyższych. W obozie czwartym pod Gasherbrum II, 1990. (Materiały prasowe)

Rachela Berkowska: Pamiętasz swój pierwszy szczyt w Tatrach?

Piotr Pustelnik: Kozie Czuby od strony Koziej Dolinki.

Mówi się, że góry kształtują człowieka. Cóż, to nieprawda. Góry wyciągają z człowieka to, co dobre, i to, co złe - twoje słowa. Co z ciebie wyciągnęły?

W górach miałem szczęście iść po prostych drogach. Dość prostych. Zdarzały się sytuacje, które sprawdzały moje człowieczeństwo. Kiedy musiałem zaryzykować dla kogoś, albo ktoś dla mnie. To sytuacje, w których człowiek ociera się o…

Nie chcesz wymówić słowa: śmierć

Może nie o śmierć, ale o zagrożenie, które może implikować to najgorsze. Otarłem się o tę nieprzekraczalną granicę, za którą człowiek nie respektuje już praw świadomości. Zawsze chciałem uniknąć tego, żeby decydowały za mnie jakieś podkorowe instynkty. Odkryłem, że jedyna możliwa droga, to zrezygnować. Nie dopuścić do sytuacji, w której będziesz zmuszony do odkrycia kart i sprawdzenia - masz tam asa, czy blotkę.

Autosave-File vom d-lab2/3 der AgfaPhoto GmbH Archiwum prywatne
Podziel się

Pierwszy ośmiotysięcznik i pierwsze zetknięcie ze śmiercią na wyprawie. Baza pod Gaszerbrumami, 1990. Od lewej: Wanda Rutkiewicz, Ewa Panejko-Pankiewicz, Piotr Pustelnik. Wanda Rutkiewicz straciła wtedy partnera. Po śmierci Kurta Lyncke-Krügera powie Pustelnikowi: ”No widzisz a tak sobie chciałam życie ułożyć”.

Wpadłeś kiedyś w 20 metrową szczelinę na lodowcu. Miałeś szczęście, że wyszedłeś cało, już traciłeś przytomność. Wpakowałeś się kłopoty na własne życzenie.

Tak, to była moja głupota. Byłem o krok od zahibernowania na amen.

Nie byłeś wcale żółtodziobem. Co się wtedy stało?

Nie byłem, miałem 50 lat. Co się stało? To się zawsze bierze z trzech czynników. Pośpiech - narzucasz sobie jakiś limit czasowy. Do tego dokładają się niesprzyjające okoliczności. Na przykład brak dobrej pogody. I trzeci czynnik - nonszalancja. Wtedy u mnie to wszystko razem zagrało. Bo góra niska, łatwa. Lodowiec w miarę czysty. W lutym na lodowcach alpejskich jest przeważnie mało śniegu, więc szczeliny dobrze widać. I ja, doświadczony alpinista z wieloletnim stażem. Idealny scenariusz na wypadek. Była zła pogoda, kiepska widoczność i chciałem zaimponować partnerowi. Pokazać że jestem od niego szybszy. No i zaimponowałem mu, na całe życie. Szedłem swoim tempem, zagalopowałem się, nie miałem świadomości, że został daleko z tyłu. Chwilę przed wypadkiem widziałem go kątem oka, ale nie dotarło do mnie, że kiedy wyjdę na wypłaszczenie, straci mnie pola widzenia. Parłem przed siebie, gogle na twarzy, kaptur naciągnięty na głowę, bo zawiewało śniegiem. Miałem ograniczoną widoczność i percepcję. Mówi się, mokry i przemrożony alpinista, to zły i głupi alpinista. Wpadłem. I wiedziałem, że nikt mi nie pomoże. Mimo całej elektroniki, którą mieliśmy ze sobą, w tej szczelinie mogłem liczyć tylko na siebie. Powiem ci, że człowiek walczy dziko, jak zwierzę złapane w pułapkę. Wyszedłem. Miałem szczęście. Sam na wyprawie straciłem jednego człowieka, tylko jednego. Do dziś siedzi mi to w głowie. Nie daje zapomnieć. Uwiera, jak kamień w bucie. I często myślę, czy zrobiłem wszystko, żeby tego uniknąć? Bo takie jest zadanie lidera wyprawy. To było na Makalu w 2002 roku, zginął tam mój przyjaciel, amerykański himalaista R.D. (red. Raymond David Caughron).

Góry to nie jest łatwa gra. To ty sprowadziłeś Artura Hajzera ze złamaną nogą do bazy.

Artur był niezwykle dzielnym człowiekiem. Ta noc, którą przeżyliśmy razem, od jego wypadku, do czwartej rano, żeby ruszyć w dół, bardzo nas do siebie zbliżyła. On był twardy, odporny, gdyby się na tej górze rozkleił, pewnie nie byłbym w stanie mu pomóc. Nikt nie jest bohaterem, sytuacje robią z nas bohaterów.

Mówisz - jedyna możliwa droga, to zrezygnować. Ale to chyba najtrudniejsza z decyzji? Szczyt tuż, a ty masz zawrócić.

Kiedy widzę, że dzieje się coś się złego, z miejsca mówię: wracamy. Z byle prostego powodu potrafię zrezygnować. Góry stoją, zawsze można pod nie wrócić. A jeśli zaczynam trząść tyłkiem przed niebezpieczeństwem, to przecież koszmar, co za przyjemność iść wyżej? Nie mam problemu z decyzją o odwrocie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA Materiały prasowe
Podziel się

Nigdy w życiu się tak nie bałem w górach. Po powrocie z próby wejścia na Annapurnę, 2006r.

A o powrocie? Ktoś cię zapytał o Tomka Mackiewicza, który kolejny raz próbował zdobyć Nanga Parbat zimą, siódmy chyba. Odpowiedziałeś, że zastanawiasz się, czy to wciąż pasja czy już obsesja?

Tak myślę. Zawsze będę krytycznie oceniał ludzi, którzy z taką obsesją żyją. Bo to może ich doprowadzić do nieszczęścia. Nie warto. W pewnym sensie Jurek Kukuczka był obsesjonatem Lhotse. Uparł, żeby wejść na południową ścianę. Dla mnie z kolei Annapurna była w pewnym sensie obsesją. I świadomie postanowiłem z nią skończyć. W 2010 roku powiedziałem sobie, że to będzie ostatnia wyprawa w życiu, ostatnia próba. Nie mogę mieć w nieskończoność syndromu niedokończonego zadania. Kiedyś trzeba powiedzieć: stop. Uda się wejść, dobrze. Jeśli nie, godzę się z tym. Zaczynam nowy etap życia.

27 kwietnia 2010, po czterech nieudanych próbach, stanąłeś na wierzchołku. Zdobywając tym samym Koronę Himalajów, to był ostatni z jej czternastu szczytów.

Kiedy zszedłem z Annapurny, miałem jedną wątpliwość. Udało się, ale na wyprawie aklimatyzacyjnej na Pumori (7161m) przed Annapurną źle się poczułem, 350 metrów przed szczytem musiałem zawrócić. Mimo, że po powrocie do Kathmandu zrobiłem wszystkie badania i wyglądało na to, że jestem zdrowy, nie mogłem sobie wytłumaczyć tamtego stanu słabości. Dlatego rok później wróciłem pod Pumori, żeby tę wątpliwość rozwiać. Musiałem się przekonać, czy moja wydolność tak dramatycznie spadła i to już koniec z jakimikolwiek wyczynami? Czy może załatwiła mnie psychika, ta decyzja, że idę ostatni raz. Bo bardzo przeżywałem tę górę. Było ciśnienie. Pojechałem więc i przekonałem się, że zdrowia do gór mi nie brakuje. Natomiast kompletnie spadła mi motywacja. Do zera. Siedziałem w obozie pierwszym i zastanawiałem, co powiem Peterowi Hámorowi, kiedy zajrzy do mnie pytaniem: ”Wspinamy się dalej?”.

Peter Hámor był wcześniej twoim partnerem na Annapurnie. Wspierał cię, wchodził na ten szczyt po raz drugi, z tobą, dla ciebie. Co mu powiedziałeś?

Peter, ja nie chcę, ja już nie chcę. Słuchaj przyjacielu, to koniec. To naprawdę koniec. Jestem święcie przekonany, że nie dam rady ruszyć się z obozu, nie pójdę wyżej. To moje wiaderko z doświadczeniami górskimi wypełniło się po brzegi. I już nie chcę dolewać do niego nowych doświadczeń.

Milczał?

Skrzywił się. Z jednej strony czułem straszny żal, z drugiej potworną ulgę, że nie rezygnuję z powodu szwankującego zdrowia, ale dlatego, że tak właśnie chcę. Nie potrzebuję żadnej wymówki, żeby skończyć z wysokimi górami. Jestem wolny. Wyzwolony. Wróciłem i kamień spadł mi z serca. Mogę wszystko odciąć jak nożem i powiedzieć - zaczynam nowe życie. I tak zrobiłem.

Autosave-File vom d-lab2/3 der AgfaPhoto GmbH Archiwum prywatne
Podziel się

Wyprawa na Makalu to największa zadra w moim sercu. W namiocie bazowym, 2002.

Powiedziałeś: Strach o bliskiego człowieka może wykończyć każdy związek.

Tę cenę zapłaciliśmy z pierwszą żoną. Nie wiem, co dzieje się w głowach bliskich, wiem, co w mojej. W 2011 roku nasz syn Adam uległ poważnemu wypadkowi w górach. Dowiedziałem się o tym w chwili, kiedy miałam już spakowane walizki i ruszałem wspinać się do włoskiego Arco. Odebrałem telefon: ”Adam miał wypadek, helikopter wiezie go do szpitala”. Wtedy prawdopodobnie poczułem to, co czuli moi bliscy przez wszystkie lata mojego wspinania. Ten powiew nieszczęścia przechodzący przez głowę. W ułamku sekundy zrozumiałem, jak to jest być po tej drugiej stronie. I od tej pory zacząłem patrzeć na bliskich z podziwem. Żony alpinistów żyją z syndromem potencjalnej wdowy.

Mocne

Ale tak jest. Nigdy nie wiedzą, czy mąż wróci. Trzeba być stale przygotowanym na sytuację kryzysową, na plan B. A to wykańcza, wykańcza wszystko.

Jak się mierzysz z trudnymi sytuacjami, kto pomaga, psycholog, przyjaciele?

Mielę to w sobie. Ludzie z drugiej połowy XX wieku muszą wszystko mielić w sobie, bo nie potrafią się otworzyć. Jestem trochę samotnikiem, introwertykiem. Ciężko ze mnie wycisnąć, co myślę. Chowam się w milczenie, muzykę mojej młodości. Mam ogromny szacunek dla pierwszej żony. I to w tej książce pobrzmiewa. Nie udało nam się. Piszę o górach, nie o relacjach, ale kiedy pytają, szczerze odpowiadam.

Źródło: Archiwum prywatne

Czytam w książce: 10 sierpnia 2013, ślub z Sylwią. Ona ma łatwiej?

Jest i w lepszej sytuacji, i w gorszej. Dostała człowieka uformowanego, o którym wie wszystko. Ale musiała zgodzić się na pewne rozwiązania, które będą dla niej bolesne. Bo odejdę dużo wcześniej, niż ona. Wiedziała, że wysokie góry nie będą już w naszym związku przeszkodą, ale też, że nie skończę dążyć do realizacji swoich marzeń.

O marzenia cię jeszcze zapytam, ale najpierw o to, co powiecie, kiedy wasz syn Filip za parę lat oznajmi: ”Idę w góry”?

To pójdzie. Będziemy płakać, ale go puścimy. A jak mnie już fizycznie nie będzie, jako duch będę nad nim czuwał i nie dopuszczę do żadnego wypadku. Mój ojciec mówił matce, że jeśli coś ma mi się przytrafić, to się przytrafi, żeby nie starała się wpływać na rzeczywistość, bo ona i tak mnie nie ominie.

Mama była nadopiekuńcza.

Mama przed wojną pływała w reprezentacji Polski. Miała ducha sportowego, gen rywalizacji. Trochę tych genów od niej kupiłem, ale jeśli ktoś przebywa w szpitalu przez parę miesięcy i dzień w dzień karmią go sterydami. To ze sportem ciężko. Chorowałem na serce, metabolizm mi się od tych leków zmienił, wyglądałem jak - przepraszam - dziecko z afrykańskiej wioski po czterech latach suszy. Ale uparłem się na wspinanie. Mama się bała. Po dwóch czy nawet trzech poronieniach, miała tylko jednego syna. Rozumiem ją.

Nie pytam, czy żałowała, kiedy nie zaliczyłeś swojego pierwszego kursu skałkowego.

Śmiej się, nie będę ściemniał, że mi szło. Na tym kursie dla początkujących szefem był Andrzej Wilczkowski, guru taternictwa. Widział, że trafił mu się leszczu, co ze wszystkiego spadał. Skałki Jury nie były jeszcze tak wyślizgane, jak dziś, nie przeszły przez nie miliony osób. Były szorstkie, a mimo to mi nie szło. Próbowali mi tam wytłumaczyć, że może jakiś inny sport będzie dla mnie lepszy, szachy, warcaby. A ja się uparłem, że będę alpinistą. Początek był straszny. Nie ukrywam tego w książce. Miałem szczęście do ludzi, moim pierwszym nauczycielem alpinizmu został Włodek Kucharczyk. Spokojny, wybierał drogi, z których nawet gdybym spadł, to nie od razu na śmierć i do gleby. Włodek mnie w ten alpinizm powoli wprowadzał. A ja byłem przekonany, że to moja droga. I chcę to powiedzieć głośno. Nie wolno rezygnować, bo ktoś tak powiedział. Nigdy nie byłem tytanem.

Dla mnie jesteś. Zostałeś jednym z lodowych wojowników. A twoja droga inspiruje.

Młode pokolenie wspinaczy może czuć szacunek dla Krzyśka Wielickiego, może dla mnie, może dla innych kolegów z pokolenia lat 50., ale oni się nami nie inspirują. Jesteśmy dla nich z innej bajki. Z epoki dużych wypraw, wchodzących normalnymi drogami, czasem z tlenem. Oni mają podejście mocno wyczynowe. Szykuje się zimowa wyprawa na K2, do tej pory nikomu nie udało się zdobyć tego szczytu zimą. Jej kierownikiem sportowym został Janusz Gołąb. Reprezentuje właśnie ten nurt wyczynowy. Ci, którzy wspinają się wyczynowo, o mnie na przykład mówią z pewnym pobłażaniem.

infomax 11.tif Archiwum prywatne/R.Pawłowski
Podziel się

Z Ryszardem Pawłowskim (z lewej) na szczycie K2, 14 lipca 1996 roku.

Mówisz to jako prezes Polskiego Związku Alpinizmu.

Mnie to kompletnie nie boli. Nowe pokolenie powinno pisać własną historię. Niech traktuje nas z ciekawą życzliwością, nie musi się na nas wzorować. Nie wtrącam się do ich planów, marzeń. Nigdy nie będę się bawił w wujka ”dobra rada”, raczej starał się pomóc, żeby mieli lepiej niż my. Niech swoim wyczynem znów zadziwią świat. Niech znów będzie głośno o Polakach. To jest marzenie.

A osobiste?

Najbliższe, 5 listopada mam pobiec maraton w Nowym Jorku, mam już numer startowy. Jakiś czas temu przeszedłem operację stopy, miałem założony implant. Mordowałem się cały rok, bo implant się nie przyjął. Parę dni temu mi go wyjęto. Teraz będę ćwiczył na bieżni antygrawitacyjnej. Potem w terenie. Chciałbym przebiec ten maraton.

Materiały prasowe
Podziel się

Ja, pustelnik. Autobiografia”, Piotr Pustelnik, Piotr Trybalski , Wydawnictwo Literackie.

O autorach:

Źródło: Archiwum prywatne

Piotr Pustelnik - wybitny alpinista i himalaista, zdobywca Korony Himalajów i Karakorum. Z zawodu inżynier chemii, doktor Politechniki Łódzkiej. Wychowanek, wieloletni członek i kilkukrotny prezes Akademickiego Klubu Górskiego w Łodzi. Do 2007 roku był redaktorem naczelnym miesięcznika górskiego ”n.p.m”. W 2007 roku został nagrodzony nagrodą Explorera, przyznawaną co roku, podczas Explorers Festival w Łodzi, światowym indywidualnościom w dziedzinie eksploracji oraz nagrodą Fair Play za całokształt kariery sportowej. W maju 2016 roku został prezesem Polskiego Związku Alpinizmu. Jego starsi synowie, Adam i Paweł, również się wspinają.

Piotr Trybalski - dziennikarz, podróżnik, wielokrotnie nagradzany fotograf absolwent geografii Uniwersytetu Jagiellońskiego. Autor wielu podróżniczych książek, prowadzi warsztaty i wyprawy fotograficzne.

Obejrzyj też: Polscy himalaiści chcą dokonać niemożliwego

0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Wow!
0
Ważne
0
Słabe
0
Straszne
Trwa ładowanie
.
.
.