Trwa ładowanie...
Piekło w "szkołach lordów"
Źródło: Getty Images
20-08-2020 11:52

Piekło w "szkołach lordów"

System prestiżowych szkół z internatami niszczy psychicznie młodych ludzi, często atakując ich najwrażliwszą sferę - nieuświadomioną, dziecięcą seksualność – mówi w rozmowie z WP Alex Renton. Dziennikarz jest przekonany, że u źródeł leżą przekonania, że dzieci muszą cierpieć, żeby wyrosnąć na mocnych ludzi.

Alex Renton w swojej książce "Jak wytresować lorda" odwołuje się przede wszystkim do własnych doświadczeń. Ale nie on jeden przeszedł przez piekło szkoły z internatem. Wychowankami takich placówek jest spora część przedstawicieli brytyjskich elit politycznych, społecznych i kulturalnych. Wystarczy spojrzeć na listę absolwentów Eton College - szkoły, w której uczył się Renton.

Znaleźć można na niej: blisko 20 premierów Wielkiej Brytanii, w tym Davida Camerona, wielu pisarzy, m.in.: George’a Orwella czy Aldousa Huxleya, mnóstwo naukowców, dowódców wojskowych i artystów.

Źródło: Materiały prasowe

Inna, jeszcze droższa, szkoła, Harrow School, także "wypuściła” kilku premierów, zarówno brytyjskich, jak i indyjskich. Uczył się tam m.in.: Winston Churchil i Jawaharlal Nehru.

d2tw1vb

Uczęszczali tam monarchowie z takich krajów jak: Jordania, Irak, Katar czy Zanzibar, laureaci nagród Nobla z różnych dziedzin, wielcy przedsiębiorcy. Nie zabrakło także artystów.

To m.in.: pisarz Lord Byron, aktor Benedict Cumberbatch, wokalista James Blunt. Charterhouse School także ma na liście swoich dawnych uczniów nie mało znanych nazwisk. To choćby pisarz Robert Graves czy muzycy Peter Gabriel i Mark Rutherford, którzy założyli zespół Genesis.

Maciej Kowalski: Jako autora książki o traumach w czasach szkolnych, nie można cię nie zapytać o twoje najgorsze wspomnienie z dzieciństwa...

Alex Renton: Zawsze jest tak, że najbardziej uwagę zwracają przeżycia związane z nadużyciami o charakterze seksualnym i to one trafiają na pierwsze strony gazet i do policyjnych protokołów. Ja, owszem, miałem tego typu doświadczenia, ale to wcale nie one zostawiły najgłębszy ślad w mojej psychice.

Najbardziej pamiętam dzień, w którym zostałem publicznie upokorzony. Miałem dziesięć lat i zostałem wywołany na apelu ze swoim przyjacielem z klasy. Dyrektor szkoły powiedział, że zostaliśmy przyłapani na nieprzyzwoitym zachowaniu. Sugerował oczywiście seksualny kontekst, ale my byliśmy jeszcze wtedy za mali, żeby w ogóle zrozumieć, o co mu chodzi.

To było poniżające?

- Potwornie. Dyrektor wymierzył nam karę fizyczną, ale to nie było tak bolesne, jak psychiczne upokorzenie. Potem przez długi czas dyrektor i inni nauczyciele mówili o nas, że jesteśmy zboczeni i okłamujemy innych. To było wielkie obciążenie.

Źródło: Getty Images, fot: WPA Pool

I to ono stało się powodem powstania twojej książki?

- Na pewno w jakimś głębszym sensie tak. Ale bezpośrednim powodem były działania podjęte przez dawnych uczniów mojej szkoły na rzecz ukarania sprawców działań, którym byli poddawani przez cały czas nauki. Mówiąc wprost, chodziło o wsadzenie do więzienia pedofili pracujących tam jako nauczyciele.

Moi dawni koledzy założyli grupę wsparcia, która pomagała tym najbardziej skrzywdzonym i nagłaśniała sprawę w mediach. A że pracowałem już wtedy jako dziennikarz śledczy, przygotowałem duży artykuł na ten temat, który ukazał się niedzielnym wydaniu "Guardiana".

d2tw1vb

Wywołał duży odzew?

- Ogromny. Wydawało mi się, że ten problem dotyczy tylko mojej szkoły, ale zaczęły napływać do mnie świadectwa bardzo podobnych sytuacji w innych placówkach, w innych miastach, w innych regionach kraju. Szybko dotarło do mnie, że to problem systemowy, a nie jednostkowy.

Od osobistego doświadczenia przeszedłem więc do przekonania, że mam do czynienia z problemem na znacznie szerszą skalę. Wiedziałem, że nie mogę tego tak zostawić i postanowiłem napisać o tym książkę. O tym, jak system prestiżowych szkół z internatami niszczy psychicznie młodych ludzi, często atakując ich najwrażliwszą sferę - nieuświadomioną, dziecięcą seksualność.

Z czego to wynika?

To brytyjska tradycja, istniejąca od dawna. Powstała jeszcze w XVIII wieku, a w XIX została bardzo wzmocniona i usystematyzowana. Choć, zwłaszcza z dzisiejszego punktu widzenia, wysyłanie małych dzieci do miejsc, w których są one oddane całkowicie na łaskę i niełaskę obcych ludzi, wydaje się niemal nieludzkie i niewłaściwe na wielu poziomach, ten system ma się całkiem dobrze.

U jego źródeł leżą przekonania, że dzieci muszą cierpieć, żeby wyrosnąć na mocnych ludzi i że tylko takie surowe wychowanie jest w stanie przygotować klasę liderów zarządzających twardą ręką całym wielkim imperium.

I pewnie kiedyś tak rzeczywiście było - żeby prowadzić kolonialną politykę w angielskim stylu, potrzeba była buta, bezczelność i brak skrupułów czy po prostu kompletna arogancja wobec innych - a tego wszystkiego szkoły z internatami uczą znakomicie.

Ale absurd polega na tym, że dziś Wielka Brytania nie jest żadnym imperium - jest małym krajem na obrzeżach Europy i kolonialna polityka nie jest jej do niczego potrzebna, nie mówiąc o tym, że nie jest w żaden sposób uzasadniona.

Jest mnóstwo dowodów w literaturze naukowej, ale nawet w popkulturze, że tego typu szkoły wypuszczają prawdziwe potwory. Gdzie jest granica między zastraszonym, upokarzanym dzieckiem, a przyszłym oprawcą?

- Rzeczywiście te szkoły wypuszczają dużo złych ludzi, którzy widzą świat w czarno-białych barwach i bezpodstawnie uważają się za lepszych od innych. Ale to nie jest reguła. Powiedziałbym, że szkoły mogą wzmacniać pewne tendencje, które ma się w sobie, ale raczej nie mają mocy zmieniania ludzi, którzy ich nie mają.

Przecież taką szkołę skończył choćby George Orwell, późniejszy zaciekły krytyk tego systemu. Dużo współczesnych dziennikarzy opisujących wady tego systemu także osobiście przez niego przeszło.

Źródło: Materiały prasowe

Co ciekawe, wśród absolwentów szkół z internatami jest też bardzo dużo terapeutów, którzy pomagają innym. Mam wrażenie, że to bardzo znaczące.

d2tw1vb

Czy te szkoły nadal są tak popularne jak dawniej?

- Ich popularność nie jest już tak duża, jak kiedyś. Dzieje się tak przede wszystkim za sprawą dwóch uzupełniających się procesów: rosną koszty wykształcenia w tego typu placówkach, a jednocześnie - maleje przeciętne wynagrodzenie mieszkańców Wielkiej Brytanii.

Kiedy byłem dzieckiem, moją rodzinę stać było na to, żeby wysłać całą piątkę dzieci do szkoły z internatem, dziś byłoby to niemożliwe. Klasa średnia nie może sobie na to pozwolić. Na razie szkoły radzą sobie z tym problemem, przyjmując uczniów z zagranicy - do takich szkół chodzi coraz więcej dzieci rosyjskich magnatów biznesowych i chińskich partyjnych bonzów. To dziś prawie jedna trzecia uczniów.

Na spadek popularności wpłynęła także atmosfera, która pojawiła się po pierwszych artykułach opisujących patologie pojawiające się w takich miejscach czy po pierwszych procesach nauczycieli-pedofili. Paradoksalnie, na początku wieku pojawiła się fala swego rodzaju nostalgii i powtórnej popularności szkół z internatami.

Jaka była jej przyczyna?

- Trudno w to uwierzyć, ale wywołała ją... książka. Chodziło o "Harry'ego Pottera", powieść, która dzieje się przecież dokładnie w takiej szkole. Nawet jeśli pojawiały się tam elementy fantastyczne, dość dobrze opisywała życie w tego typu szkole. I to opisywała raczej w bardzo pozytywny sposób. Pozytywny na tyle, że wiele dzieci zafascynowanych tą książką, prosiło rodziców, żeby wysłali ich do takich miejsc. Niezależnie od tego, jak zaskakująco może to brzmieć "efekt Harry'ego Pottera" był bardzo zauważalny.

Czy można zrobić w Wielkiej Brytanii karierę w polityce, adwokaturze czy innych lukratywnych zawodach, nie przechodząc przez ten system?

- Można, choć jest to bez wątpienia trudniejsze. Można bez problemu wskazać przykłady osób na wysokich stanowiskach, które przeszły przez zwykły system publicznego szkolnictwa. Ale wciąż duża część brytyjskiej elity to wychowankowie prywatnych szkół z internatami. Nie chodzi tylko o to, czego się tam uczy, bo jeśli chodzi o poziom nauczania, wiele państwowych szkół wcale nie ustępuje tym prywatnym, chodzi raczej o sieć znajomości, które się tam zawiera. Kiedy wychodzi się z takiej szkoły, po kilku latach okazuje się, że jeden z kolegów z klasy jest ministrem, inny - szefem prokuratury. To z pewnością potrafi ułatwiać życie.

Źródło: Getty Images, fot: David Levenson

Czy ten system kiedykolwiek się zmieni? Czy dokona tego twoja książka, czy prasowe artykuły na ten temat? A może do kryzysu przyczyni się pandemia, zupełnie zmieniająca reguły gry w systemie edukacyjnym?

- Tak, rzeczywiście, wszystkie te sprawy przyczyniają się do zmian. W Szkocji, skąd pochodzę, na skutek wielu procesów sądowych, przede wszystkim dotyczących nadużyć o charakterze seksualnym, znacznie pogorszyła się sytuacja finansowa szkół z internatami. I to zarówno od strony pozyskiwania środków od osób prywatnych, jak i od państwa.

d2tw1vb

Maleje ilość darowizn na rzecz szkół, a zarazem zmniejsza się skala możliwych ulg podatkowych dla tego typu instytucji. Pandemia może się rzeczywiście okazać zaskakującym gwoździem do trumny wielu tego typu placówek. Z ekonomicznego punktu widzenia ważnym elementem ich funkcjonowania jest fakt, że dzieci mieszkają w internacie i są tam karmione - to uzasadnia wysokie koszty tego typu edukacji.

W sytuacji, kiedy dzieci pozostają w domach i uczą się przez internet, rodzice nie widzą powodu, żeby płacić tak ogromne pieniądze.

Alex Renton jest dziennikarzem i pisarzem z kanadyjsko-brytyjskimi korzeniami. W dzieciństwie uczył się w małej prywatnej szkole Ashton House w East Sussex. Po latach napisał o tym książkę, która wywołała wstrząs w Wielkiej Brytanii. "Jak wytresować lorda" ukazała się za kanałem La Manche w 2017 roku, Teraz trafia do polskich czytelników za sprawą wydawnictwa Prószyński i S-ka. Obecnie pisarz przygotowuje książkę o kolonialnych korzeniach swojej rodziny i niechlubnej tradycji kolonialnej, która wciąż wpływa na wiele spraw w Wielkiej Brytanii.

Komentarze

Trwa ładowanie
.
.
.

Podziel się opinią