ycipk-ar30ft

Perełki z życia grabarza. Trudno zachować śmiertelną powagę

Guillaume Bailly w książce "Nekrosytuacje" pokazał codzienność grabarzy z zupełnie nieznanej strony. Gafy na pogrzebach, zaskakujące zgony, roszczeniowe rodziny i dziwaczne prośby krewnych to dla nich codzienność. Niektórych sytuacji nie wymyśliłby największy mistrz czarnego humoru.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
"Nekrosytuacje" przedstawiają historie z życia grabarzy i pracowników zakładów pogrzebowych bez białych rękawiczek
"Nekrosytuacje" przedstawiają historie z życia grabarzy i pracowników zakładów pogrzebowych bez białych rękawiczek (Getty Images)
ycipk-ar30ft

- Sukces "Nekrosytuacji" był zaskoczeniem, bardzo miłym, ale jednak zaskoczeniem. Ponieważ ta książka jest naprawdę ponura – pisał w przedmowie autor francuskiego bestsellera, Guillaume Bailly. Weteran branży funeralnej przedstawił w niej własne doświadczenia i anegdoty swoich kolegów, dla których kontakt ze zmarłymi i żałobnikami to codzienność. Ponura, smutna, przerażająca, ale często także zabawna.

Dzięki uprzejmości wyd. Dolnośląskie publikujemy fragment jego książki "Nekrosytuacje. Perełki z życia grabarza", która ukaże się w Polsce 18 września.

Dumna Bretania

ycipk-ar30ft

Kościół wypełnił się po brzegi. Znałem większość tych ludzi. Nie osobiście, ale z widzenia, z nazwiska, wiedziałem, jaką cieszą się reputacją, czytałem ich publikacje na stronach internetowych. Wiedziałem więc, kim są, a co ważniejsze – co robią, po co wstają rano. Ich wiara, ich sprawa, ich walka.

Ten, którego chowaliśmy, był jednym z najważniejszych w grupie. Lider, erudyta, przywódca. Wzorzec, a dla niektórych idol. Jeden z tych, którzy nigdy nie zwątpili, nie opuścili rąk, nigdy nie złożyli broni, pisali o teorii, którą przeżywali w praktyce, bez względu na cenę. A my, my byliśmy tam, by nosić na ołtarz niezliczone kwiaty, by wszystko przygotować i zadbać, żeby ceremonia była doskonała.

Getty Images
Podziel się

Wraz z mistrzem ceremonii ustawiliśmy właśnie katafalk, na którym miała stanąć trumna. Sprawdziliśmy rozmieszczenie kwiatów, ustaliliśmy z rodziną, które położyć na trumnie, a które wokół niej. Pozostało nam już tylko przejść przez nawę i wrócić, niosąc zmarłego. Dyskretnie powiodłem oczyma po twarzach zgromadzonych. Ludzie rozmawiali między sobą, ale wiedziałem, że cisza będzie zapadała stopniowo, za naszymi plecami, i zacznie się oczekiwanie na wniesienie trumny. I właśnie wtedy doszło do incydentu. Tak niewiele trzeba, żeby zburzyć nastrój. Wystarczy jedno zdanie.

ycipk-ar30ft

Mistrz ceremonii z pewnością także chciał się upewnić, czy wszystko gra. Tego rodzaju ceremonie są bardzo ważne dla zakładu pogrzebowego, wpływają na jego wizerunek. Nasz kolega niedawno przyjechał z Paryża, gdzie trochę już pracował. Pogrzeby w Notre-Dame, ceremonie żydowskie, buddyjskie, a także pochówki wyznawców dziesięciu innych religii, niekiedy wręcz zadziwiające, a wszystko w najlepszych dzielnicach stolicy. Człowiek przywykł więc do najwyższych sfer i do różnorodności, ale ta klientela z odległej Bretanii była dla niego nowością.

Postanowił więc – zastanawialiśmy się potem, skąd nagle przyszło mu to do głowy – zastosować w całym kościele metodę Coué (rodzaj autosugestii i wpływania na podświadomość - dop. red.). Przypuszczam, że zrobił to zarówno dla siebie, jak i po to, by złagodzić cierpienie najbliższych zmarłego. Głośno i wyraźnie oznajmił swym donośnym głosem, przystając pośrodku nawy:

– Urządzimy piękną ceremonię, jak w Paryżu.

Nagle zamilkł. Poczułem, że serce na moment przestało mi bić. Krew odpłynęła mi z policzków. Nie powiedział tego? – pomyślałem. Owszem, powiedział. A może tylko ja to usłyszałem; oczywiście, łudziłem się głupią nadzieją, bo jego głos brzmiał jak dzwon, a wypowiadając to zdanie, chciał, by go usłyszano.

ycipk-ar30ft

Tylko on nie zrozumiał, co się stało. Szedł dalej, nie zauważając tysięcy par oczu tyluż ultranacjonalistów bretońskich, oczu, z których wyzierała nieokiełznana nienawiść.

Zobacz także: Szokujące wspomnienia właściciela zakładu pogrzebowego

A dead body (corpse) is just arrived in the mortuary chamber in an hospital,PACA,FRANCE Getty Images
Podziel się

Prawo Murphy’ego

ycipk-ar30ft

Nadeszła wiosna. Przepędziła w końcu zbyt długą i za ostrą zimę. Przyroda wystroiła się w piękną zieleń, ptaki dopieszczały swoje trele, radośnie fruwały pod znów lazurowym niebem, a ludzie wychodzili, by powetować sobie długie miesiące w zamknięciu.

Motocyklista pędził ku horyzontowi. Potężna maszyna spełniała wszystkie jego wymagania. Wrażenia były niesamowite, adrenalina i poczucie wolności rozgrzewały krew w jego żyłach. Ławo było wyobrazić sobie, że uśmiecha się za osłoną kasku.

Kierowca także cieszył się tą jazdą przy otwartych oknach. Wiejskie pejzaże Bretanii przesuwały się przed jego oczyma, nieustannie wprawiając go w zachwyt. Toteż widok motocyklisty, który nagle wyjechał z prawej strony, bardzo go zaskoczył. Ich spojrzenia się spotkały, oczy kierowcy świdrowały osłonę na twarzy motocyklisty, którego czarne skórzane rękawice gwałtownie zacisnęły się na hamulcach. A potem doszło do zderzenia.

Motocyklista przeleciał nad maską samochodu, wykonał fantastycznego fikołka i zaczął długi zjazd po jezdni, chroniony przez kombinezon z grubej skóry. Nie był jednak pewien, czy ochroni go też przed nadjeżdżającą z przeciwka ciężarówką. Za jej kierownicą siedział porządny gość, który myślał właśnie o prezencie dla wnuka z okazji szóstych urodzin, kolejce elektrycznej. Wyobrażał sobie radość w oczach chłopczyka, syna jego syna, jego dumy… Ale co on tam wyrabia? I gwałtownie obrócił kierownicą.

ycipk-ar30ft

Motocyklista wciąż jeszcze jechał na plecach po jezdni. Zobaczył, jak koła ciężarówki toczyły się, by lada chwila go zmiażdżyć, aż nagle się skręciły. Przesunął się między nimi i dojechał na plecach do zderzaka samochodu, by w końcu zatrzymać się na nim.

CHERRYFIELD, ME - APRIL 25: Gravedigger Everard Hall meaures the length of a grave in a cemetery in Cherryfield on April 25, 2014. Hall figures he has dug about 2500 graves. (Photo by Tim Greenway/Staff Photographer) Getty Images
Podziel się

Kierowca auta, człowiek z natury spokojny, zauważył motocyklistę, zaczął hamować pulsacyjnie, manewrując kierownicą tak, żeby go ominąć, nie tracąc kontroli nad torem jazdy. Udało mu się ominąć motocyklistę. Wszystko zamarło. Pierwszy samochód wbił się w ciężarówkę, która o mało się nie przewróciła, drugi leżał w rowie, a kierowcy wyszli z pojazdów.

– Nikomu nic się nie stało? – rzucił kierowca ciężarówki.

Dwaj automobiliści potwierdzili, że są cali i zdrowi, a potem spojrzenia całej trójki zwróciły się na stojącego pośród wraków motocyklistę.

– No, stary, powinieneś zgłosić ten cud w Rzymie. – Kierowca ciężarówki westchnął.
– Uniknął pan śmierci trzy razy w ciągu… pięciu sekund?

Motocyklista sprawiał wrażenie półprzytomnego. Zdjął kask, a jego twarz była niesamowicie blada. Dwaj kierowcy osobówek podeszli do niego.

– Ej, proszę pana! Proszę pana! Co panu jest? Niech pan idzie usiąść w cieniu, o tam, pod drzewem, a my zaraz wezwiemy pomoc.

Pomogli motocykliście usiąść w cieniu, pod drzewem, a sami zajęli się wezwaniem żandarmów i strażaków. Zadbali też – w miarę możliwości – o oznakowanie miejsca, żeby uprzedzić innych kierowców o wypadku. Pracowali w milczeniu – każdy z nich zdawał sobie sprawę, że miał ogromne szczęście.

Obejrzyj: Rodzina była w szoku. Obudził się na własnym pogrzebie

Po dotarciu na miejsce strażacy najpierw sprawdzili, czy wszyscy dobrze się czują. Trzej kierowcy byli wstrząśnięci, ale dochodzili do siebie. Potem ratownicy podeszli do motocyklisty. Od razu zauważyli, że jest z nim niedobrze.

– Proszę pana… proszę pana… Proszę pana, słyszy mnie pan?

Już nie słyszał. Siedział oparty o pień drzewa, a broda opadła mu na pierś. Nie oddychał, jego serce przestało bić. Mimo wysiłków ratowników lekarz pogotowia po czterdziestu pięciu minutach od tej chwili musiał wypisać kartę zgonu.

Przeprowadzona na wniosek żandarmerii sekcja zwłok wykazała, że przyczyną śmierci był silny zawał serca spowodowany przez potężny stres. Dwaj automobiliści i kierowca ciężarówki przyszli na pogrzeb. Przez całą ceremonię patrzyli na nas tak, jakby nas obwiniali.

– Prawo Murphy’ego to empirycznie potwierdzona zasada, zgodnie z którą wszystko, co może się źle skończyć, z całą pewnością skończy się źle.

Getty Images
Podziel się

Kiepska reputacja

Mężczyzna wszedł do zakładu pogrzebowego i zwrócił się do pierwszej zauważonej osoby, czyli do mnie:

– Przepraszam pana, wie pan może, gdzie w pobliżu jest sklep alkoholowy albo winiarski?
– Przykro mi, ale nie wiem – odparłem.
– Psiakrew, a przecież żona powiedziała: "Zapytaj grabarzy, oni zawsze wiedzą, gdzie można kupić alkohol".

Im szybciej, tym lepiej

Pewnego dnia chowałem na cmentarzu w Bretanii starszą panią. Sposób, w jaki jej bliscy przeżywali żałobę, wywoływał wrażenie, że nie przejęli się jej śmiercią. Ustawiliśmy wspaniałą mahoniową trumnę, którą wybrała sobie posiadaczka ogromnej fortuny, podpisując z nami kontrakt, pośród tanich wiązanek kwiatów, jakie krewni przywieźli swoimi audi. Przyciągnąłem ich uwagę, wypowiadając klasyczną formułę.

– Panie i panowie, zechciejcie podejść, by otoczyć panią X swą miłością.

No i podeszli, i otoczyli panią X aurą przytłaczającej nudy.

– Najpierw odmówimy kilka modlitw, żeby pożegnać państwa mamę. Potem nastąpi chwila ciszy, a po niej pożegnanie. Następnie złożymy ciało do grobu i przyjdzie czas na ostatnie spojrzenie.

Niespełna dwadzieścia osób – córki, synowie, zięciowie, synowe, wnuki… wszyscy patrzyli na mnie, jakbym zapowiedział im, że lada chwila pojawi się nad nami latający talerz. Najstarszy syn podszedł do mnie i głośno, dobitnie powiedział:

– Czy mógłby pan zrobić to w krótszej wersji? Bo zaraz potem jesteśmy umówieni z notariuszem w sprawie spadku.

Materiały prasowe
Podziel się

Porażający argument

Ekipa z zakładu pogrzebowego pojawiła się na miejscu, żeby zabrać dwa ciała. Trzecia rano, przeszukanie. Pożar, dwie ofiary śmiertelne – rutyna. Prawie – żandarm wykazał się nadmiernym optymizmem i grabarze czekali, aż strażacy zezwolą im działać. Trzeba było się upewnić, że dom czy też to, co z niego zostało, nie stanowi już zagrożenia. Żandarmi wyjaśnili grabarzom, że brat zmarłego został powiadomiony i zamierzał przemieścić się na miejsce.

– Przemieścić się na miejsce? – zapytał młody grabarz, który pracował od tygodnia.
– W żargonie żandarmów znaczy, że już jedzie – wyjaśnił mu starszy kolega.

Potem strażacy zaproponowali, że sami włożą ciała do worków i wyniosą je na zewnątrz. Kapitan obawiał się, że budynek się zawali, i nie chciał się tłumaczyć z obecności cywilów na pogorzelisku, gdyby runęło im na głowę kilka ton gruzu.

W tym czasie przyjechał brat zmarłego. Potulnie przedstawił się żandarmowi, który pilnował, żeby do zagrożonej strefy nie wtargnął jakiś ciekawski cierpiący na bezsenność. Żandarm odesłał go do grabarzy.

Brat ofiary był wyjątkowo antypatyczny. Nie chodziło o zachowanie, ale o to, że miał w sobie coś, co wzbudzało silną niechęć. Grzecznie przedstawił się grabarzom i zapytał, co będzie się teraz działo. Szef ekipy spokojnie mu wytłumaczył, że musi wskazać, dokąd przewieźć ciała, a jutro udać się do wybranego zakładu pogrzebowego i ustalić szczegóły.

– Och, myślę, że to będzie kremacja – powiedział brat.

Potem rozejrzał się wokół. Ciemności nocy migotały niebieskim blaskiem kogutów, strażacy pracowali pośród dymiących szczątków domu, żandarmi w mundurach polowych dokonywali oględzin. W końcu jego spojrzenie zatrzymało się na białych pokrowcach, w których złożono szczątki jego brata i bratowej, i wtedy dodał głośno i dobitnie:

– Ale dacie mi rabat, bo ogień w dużym stopniu was wyręczył.

Ciszę, która zapadła po tych słowach, można nazwać grobową.

Powyższe fragmenty pochodzą z książki "Nekrosytuacje. Perełki z życia grabarza" Guillaume'a Bailly'ego (przełożyła z francuskiego Krystyna Szeżyńska-Maćkowiak), która ukaże się nakładem wyd. Dolnośląskie 18 września.

Polub WP Książki
ycipk-ar30ft
ycipk-ar30ft
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Wow!
0
Ważne
0
Słabe
0
Straszne
Trwa ładowanie
.
.
.

ycipk-ar30ft