Trwa ładowanie...

Papież ucałował Polkę w przedramię. Nosi "symbol zwycięstwa nad nienawiścią"

Lidia miała trzy latka, gdy trafiła do Auschwitz. Ukrywała się pod pryczą przed wzrokiem doktora Mengele. Nie zawsze skutecznie. Eksperymenty pamięta do dziś. Po wojnie trafiła do nowej rodziny – biologiczną zabrała wojna. Wiele lat później okazało się, że matka jednak żyje – mieszka w dalekiej Rosji i nigdy nie przestała szukać swojej córki.

Share
Papież Franciszek ucałował przedramię Lidii Maksymowicz 26 maja 2021 r. East News Papież Franciszek ucałował przedramię Lidii Maksymowicz 26 maja 2021 r. East News Źródło: Getty Images, fot: �Alessia Giuliani/CPP / IPA
drtt1qp

Lidia Maksymowicz była jedną z 1,5 mln osób, które przeszły przez Auschwitz. Jedną z 7 tys., które doczekały wyzwolenia obozu. Numerem wytatuowanym na ręku. Długo zaklejała go plastrem. Żeby ludzie nie pytali. Żeby nie musiała tłumaczyć. Ale numeru nie usunęła – by dziś opowiadać o piekle, które przeżyła, o utraconym dzieciństwie i najmroczniejszym sprawdzianie z człowieczeństwa. Ponad 70 lat później wyblakły już numer ucałował papież Franciszek. 70072. Symbol zwycięstwa nad nienawiścią.

Dzięki uprzejmości wyd. Znak Horyzont publikujemy fragment książki "Dziewczynka, która nie potrafi nienawidzić" Lidii Maksymowicz i Paolo Rodari, która ukazała się niedawno na polskim rynku.

27 STYCZNIA 2022 ROKU

Cieszę się, że książka Lidii, ocalałej z obozu zagłady Auschwitz-Birkenau, ukazuje się w Dniu Pamięci. Mam nadzieję, że dzięki tej książce będziemy pamiętać o przeszłości. Albowiem pamiętanie jest wyrazem człowieczeństwa, pamiętanie jest oznaką cywilizacji, pamiętanie jest warunkiem lepszej przyszłości wypełnionej pokojem i braterstwem. To, co powiedziałem podczas audiencji generalnej 27 stycznia 2021 roku, jest wciąż aktualne: "Pamiętanie oznacza czujność, ponieważ te rzeczy mogą się powtórzyć raz jeszcze, począwszy od propozycji ideologicznych, które wyrażają pragnienie uratowania świata i narodu, a prowadzą do zniszczenia narodu i ludzkości – bądźcie ostrożni, nie zapominając, w jaki sposób zaczęła się ta droga do śmierci, zagłady, brutalności".

Lidia Maksymowicz po spotkaniu z papieżem Franciszkiem 26 stycznia 2022 r. Getty Images
Lidia Maksymowicz po spotkaniu z papieżem Franciszkiem 26 stycznia 2022 r.Źródło: Getty Images, fot: 2022 Franco Origlia

Kiedy 26 maja 2021 roku przywitałem się z Lidią na dziedzińcu Świętego Damazego, zapragnąłem pocałować jej rękę, na której w obozie Auschwitz-Birkenau wytatuowano numer: 70072. Był to prosty gest pojednania, wykonany, aby pamięć o przeszłości była wciąż żywa i abyśmy mogli czerpać naukę z czarnych kart historii – tak by się nie powtórzyła, by już nigdy więcej nie popełnić tych samych błędów. Musimy dalej, niestrudzenie, kultywować sprawiedliwość, propagować zgodę i podtrzymywać integrację, być narzędziami pokoju i twórcami lepszego świata. Wspierajmy zatem cel Lidii, która rok temu powiedziała: "misja, którą wybrałam i którą będę pełnić, póki żyję, to pamiętać, mówić o tym, co się wydarzyło". A także: "Opowiadać o tym – szczególnie młodym, aby nie pozwolili na to, żeby coś podobnego wydarzyło się raz jeszcze".

drtt1qp

Papież Franciszek

(…)

ROZDZIAŁ 1

edynie kilka migawek. Niczym błyskawice pojawiające się i znikające w mroku przeszłości odległej, a zarazem bliskiej, bardzo bliskiej, jakby to było wczoraj. Towarzyszą mi od dekad, od kiedy razem z matką zostałam deportowana do obozu zagłady.

Mam zaledwie trzy lata. Ona – dwadzieścia dwa.

Trzyma mnie w ramionach, kiedy wchodzimy na torowisko w Birkenau. Jest grudzień 1943 roku. Jest strasznie zimno. Sypie zmrożony śnieg. Wiatr smaga. Wokół jedynie pustkowie. Patrzę na czerwony wagon, w którym w ścisku podróżowałyśmy przez długie dni. Brak czucia w nogach, wrażenie, wciągnąć powietrze, tlen. Teraz nie – chcę wrócić tam, do środka. Wrócić do domu. Pamiętam silny uścisk. Mamę przysłaniającą mi twarz. A może to ja próbuję wtulić buzię w jej pierś, już wychudłą po dniach podróży, która zdawała się nie mieć końca. Pociąg co chwilę a to przyspieszał, a to zwalniał. Bardzo długie postoje wśród nieznanych pól. Kilku żołnierzy dzieli nowo przybyłych na dwa szeregi. Z ceglanej wieży kilkadziesiąt metrów za nami pilnują nas Niemcy. Trafiamy do szeregu po prawej stronie. Inni na lewo, wybrani spośród najstarszych – pewnie uznano ich za najsłabszych i najbardziej wątłych. Westchnienia ulgi z jednej strony, desperacja z drugiej. Nieliczne znaki pozwalają domyślić się, jak to się skończy. Brak słów, jedynie rezygnacja. Brak energii na stawianie jakiegokolwiek oporu. Brak sił, by zorganizować jakąkolwiek formę buntu.

drtt1qp

Śmierdzę i śmierdzi moja matka. Śmierdzą wszyscy ci, którzy właśnie wyszli z pociągu. Jednak ten smród jest jedyną przyjazną, znajomą – w całkiem obcy sposób – rzeczą. Gdzie jesteśmy? Nikt się nie odzywa, nikt nic nie wyjaśnia. Jesteśmy tu i tyle.

Ujadanie psów – nigdy go nie zapomnę. Po dziś dzień, kiedy na ulicy szczeka pies, mój umysł powraca tam, do tego torowiska zawieszonego między wiatrem a śniegiem, gdzie wojskowi wrzeszczą w nieznanym mi języku. Bardzo często esesmani – nauczę się, że tak się nazywają – powracają we śnie, w snach, które zdają się rzeczywistością. I budzę się nagle w środku nocy, zlana potem, przerażona, drżąca. Krzyczą, a ja nie rozumiem znaczenia ich słów. Splunięcia, szyderczy śmiech, spojrzenia pełne nienawiści.

Obóz zagłady Auschwitz-Birkenau. To dlatego Niemcy założyli go w Oświęcimiu

Psy są trzymane na smyczach. Z ich pysków leci piana – to z wściekłości, bo Niemcy drażnią je szpicrutami. Bawi ich popychanie psów w naszą stronę, smycze trzymają się na mięśniach wyćwiczonych do zabijania. Zwierzęta szczerzą kły, stają na tylnych łapach, nie zdając sobie sprawy, że ich ofiary już się poddały. Już umarły. Moja matka zostaje ode mnie oddzielona siłą. Tak samo pozostałe matki od swoich dzieci. Krzyki i lamenty. Odchodzi, nie wiem dokąd. Po jakimś czasie widzę ją ponownie, ma ogoloną głowę i jest całkiem naga. Nie pozostał jej ani jeden włos. Ale znów mnie tuli. I uśmiecha się. Pamiętam to, uśmiecha się do mnie, jakby chciała powiedzieć: "Spokojnie, wszystko będzie dobrze". Pytam się: "Co się stało z twoimi warkoczami?". Nie odpowiada. "A dziadkowie? Gdzie są dziadkowie?" Wciąż nie odpowiada.

drtt1qp

Patrzymy w głąb obozu. Z dwóch kominów unosi się czarny dym. Później odkryję, że są one drogą ucieczki płomieni buchających z krematoriów. Sadza pokrywa niebo. Sadza, która – powiedzą mi – zatyka płuca Polaków zamieszkujących okolicę, długie kilometry za Oświęcimiem, za Wisłą. Smród palonego mięsa. Zapach śmierci. Nic do siebie nie mówimy. Nikt nic nie mówi. Polacy również tym oddychają, ale nie są w stanie zareagować. My i oni wszystkiego się domyślamy.

Nie ma już dziadków.

Za kominami rozciąga się drut kolczasty. Za drutem kolczastym widać nagie drzewa. Polanę, która ciągnie się nie wiem dokąd. Chciałabym być tam, na zewnątrz, biec ku wolności, daleko, najdalej, jak to tylko możliwe. Wolność jest tak blisko, a jednocześnie jest tak nieosiągalna. To zaledwie kilka metrów. Nie można się zbliżyć. Mówią mi, że ktoś już próbował. Został porażony podczas próby sforsowania drutu. Inni zostali rozstrzelani kilka kroków od ucieczki.

Dziś z trudem odtwarzam to, co mi się przydarzyło. Po ponad osiemdziesięciu latach nie jestem w stanie powiedzieć, czy migawki, które niczym ostre żyletki przecinają moją pamięć, są owocem tego, co rzeczywiście przeżyłam, czy tego, co po latach opowiedzieli mi kilka lat starsi ocaleli przyjaciele, którzy przeżywali to razem ze mną.

mat Materiały prasowe
Źródło: Materiały prasowe

Jedyną pewną rzeczą jest to, że tam byłam. Moje wspomnienia i opowieści innych nakładają się na siebie do tego stopnia, że stają się jedną wielką mieszaniną. I nie potrafię do końca rozróżnić, co jest moje, a co ich. Ale nic na to nie poradzę. Taka już jest kolej rzeczy. Wchodzę do obozu, kiedy jestem bardzo mała. Kiedy go opuszczam, mam już skończone pięć lat, niedługo skończę sześć. Jestem jednym z dzieci, które spędziły najwięcej czasu tam, w środku, może jednym z najmłodszych, którym udało się ocaleć.

drtt1qp

Czasami zadaję sobie pytanie: czy byłam zbyt mała, bym mogła to dziś opowiadać? Trudno na nie odpowiedzieć. Z pewnością około trzynastu miesięcy w Birkenau odciska piętno, niezależnie od wieku. Tamte dni, miesiące, lata są raną, która towarzyszy mi od zawsze i która – wiem to – będzie mi towarzyszyć do końca moich dni. A co więcej, to, że dokładnie nie pamiętam wszystkiego, wzmaga ból wywoływany tą raną, zwiększa jej ucisk.

Nie mam świadomości całej doznanej przemocy. A jednak była. A jednak jest. Żyje we mnie, w mojej podświadomości. Jest moim towarzyszem podróży. Uciążliwa, cały czas obecna. Wpływa na moje dni. Na moje milczenie. Na moje uśmiechy, po których następują chwile smutku. Birkenau nigdy nie umiera. Birkenau jest nieusuwalną częścią tych, którzy przez nie przeszli. To potwór, który wciąż się odzywa, daje znać o swoim niewypowiedzianym przeżyciu.

(…)

Powyższy fragment pochodzi z książki "Dziewczynka, która nie potrafi nienawidzić" Lidii Maksymowicz i Paolo Rodari, która ukazała się nakładem wyd. Znak Horyzont.

Masz newsa, zdjęcie lub filmik? Prześlij nam przez dziejesie.wp.pl
drtt1qp
Oceń jakość naszego artykułu:
Twoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.

Komentarze

Trwa ładowanie
.
.
.
drtt1qp