Trwa ładowanie...
recenzja
19-03-2015 14:53

Najniebezpieczniejsza religia na świecie?

Najniebezpieczniejsza religia na świecie?Źródło: Inne
d4k46lw

„Podstawową przyczyną wszystkich problemów ludzkości są wydarzenia sprzed siedemdziesięciu pięciu milionów lat” – takie słowa otwierały obszerny artykuł, w którym przybliżano czytelnikom scjentologiczną kosmologię. Dziś szacuje się, że do Kościoła Scjentologicznego należy 8 milionów ludzi, pomimo tego, że zaledwie 25 tysięcy obywateli USA określa się mianem scjentologów. Zasoby finansowe Kościoła to ok. miliard dolarów w środkach płynnych i nieruchomości o łącznej powierzchni ponad milion metrów kwadratowych. W Hollywood tych posiadłości jest 26 i warte są tu 400 000 000 dolarów. Ostatnio scjentolodzy nabyli sobie studio telewizyjne.

Dzieła założyciela Kościoła, Lafayette'a Ronalda Hubbarda, pieczołowicie zabezpieczone są w pojemnikach z tytanu umieszczonych w tajnych jaskiniach. Ten pierwszy scjentologiczny guru twierdził, że space opera nie jest wytworem wyobraźni fantastów, a projekcją wspomnień mających miejsce miliony lat temu. Jak się okazało, nie były to najbardziej brawurowe teorie człowieka, który zmuszał duchownych swego Kościoła do podpisywania kontraktów na okrągły miliard lat. Kościół ten owiany jest dziś bardzo złą sławą, nie tyle związaną z karkołomną kosmologią, co przede wszystkim z mściwością wobec krytyków i odstępców. Oraz z krzywdami wyrządzanymi rodzinom wskutek brutalnej polityki „zrywania więzi”. Tym, którzy próbowali opuścić organizację drogą formalnych procedur, przedstawiano „rachunek darmozjada” zawierający sumę opłat za wszystkie kursy i sesje. Należało go uiścić zwłaszcza, jeśli się chciało jeszcze zobaczyć tych członków rodziny, którzy pozostali w strukturze Kościoła.

Lawrence Wright poświęcił znaczną część pracy zawodowej badaniu wpływu przekonań religijnych na życie człowieka. Zaczął dociekać, na czym polega szczególny urok scjentologii, co z niej czerpią jej wyznawcy? Dlaczego celebryci pragną być kojarzeni z organizacją, która może jedynie zaszkodzić ich wizerunkowi? Jak to jest możliwe, że racjonaliści przyjmują przekonania, które dla innych są całkowicie niepojęte? Na polski rynek księgarski, nakładem Wydawnictwa Czarne, trafiła właśnie książka „Droga do wyzwolenia”, będąca pokłosiem tych rozważań. Wright podjął w niej również próbę przeanalizowania siły napędowej wszystkich znaczących ruchów społecznych - zarówno tych konstruktywnych, jak i niszczących.

d4k46lw

Hubbard nie był prorokiem, nie widział żadnych płonących krzewów ani nie odwiedzał go anioł dzierżący zwoje, tablice lub płyty z objawieniami. O założeniach nowej religii można by pewnie rzec wiele, ale na pewno nie to, że były skromne: cywilizacja bez chorób psychicznych, przestępstw i wojen, gdzie zdolnym doskonale się powodzi, uczciwi mają swoje prawa, a człowiek może wznieść się na wyżyny swego istnienia. Z jednej strony był to zatem zestaw obietnic rodem z pierwszej lepszej kampanii wyborczej, z drugiej jednak, osobowość twórcy na tyle legitymizowała te obiecanki, że udało się z nich wykrzesać prężną religię. Religię, której podstawą i celem stały się zwyczaje, wyobraźnia, zamiary i marzenia Hubbarda.

Objawienia doznał Hubbard podczas znieczulenia, gdy siedział na stole dentystycznym. Może to nie była góra Horeb, ale efekty niewiele ustępowały tym, jakich doświadczył Abraham. Otóż fantasta ujrzał „intelektualny szwedzki stół” stojący za bogato zdobioną bramą. Umysł jego, niczym gąbka, chłonął wszystkie wystawione tu informacje. Niestety, niedocenienie talentu pisarskiego, później zaś wojna i rzeżączka, nie pozwoliły na głębsze rozmyślania nad epifanią. Nie pomógł temu również nawrót wrzodów, który, w opowieściach Hubbarda, urósł do rangi ciężkich ran odniesionych podczas heroicznych bitew. Po powrocie do kraju weteran II wojny światowej przez pewien czas chłonął idee Crowleya i tworzył - tym razem skupiając się na odpowiedniku epokowych dzieł w stylu „Okiełznaj swą jaźń, by być piękną, bogatą i szczęśliwą - 100 kroków”.

Jego „Dianetyka”, nafaszerowana obcesowym i dziwacznym stylem, zrobiła furorę nie wychodząc przez 28 tygodni z list bestsellerów. Otworzyła zarazem rynek na podobne poradniki psychologiczne, które, niestety, zalewają go do dziś. Hubbard trafił idealnie w swój czas, oferując wyborne remedium dla tych, których zawiodło zarówno społeczeństwo, jak i świat nauki. Zrozumiał jednak, że to nie w psychologii, a w religii są wielkie pieniądze. Terapia dianetyką wiązała się z tym, że po jej zakończeniu strumień finansowy zostawał przerwany. W ciągu roku Hubbard przeszedł drogę od ubóstwa i zapomnienia do wielkiego bogactwa i międzynarodowej sławy, by, chwilę później, w spektakularny sposób upaść wraz z chwilową modą na dianetykę. Postanowił zatem „założyć jakąś religię, jak Mojżesz, czy Jezus”. Przed religią stały o wiele większe możliwości, oferowała bowiem towar, na który zawsze jest niemały popyt: zbawienie.

Najpierw skonstruował drabinkę stopni wtajemniczenia, bez którego żadne porządne wierzenie obyć się nie może. Drabinkę opatulił dość skomplikowaną ideologią i ruszył z nią w świat. Odzew na jego teorie był gromki i płomienny, zaś Hubbard skompletował niewielką flotę statków oceanicznych. Jeśli nowa religia powstała tylko po to, by jej twórca mógł się bogacić, wizjoner osiągnął swój cel błyskawicznie. Z drugiej strony, kiedy całymi dniami siedział w swej kajucie gęsto zapisując kolejne płachty papieru zaleceniami i metodami szkoleń, musiał chyba mieć jeszcze inny cel, prócz zasilenia konta. Jak napisał Wright, gdyby uznać to wszystko za zwykłe oszustwo, po co miałby tracić na nie tyle czasu? Nabożeństwa scjentologiczne były dość osobliwe - na statkach Hubbarda wielokrotnie miały miejsce mocno zakrapiane orgie. Na tyle wymknęło się jednak to wszystko spod kontroli, że w końcu Hubbard stwierdził, że nikomu nie wolno bez jego zezwolenia zajść w ciążę.

d4k46lw

Paranoja zataczała coraz szersze kręgi. W styczniu 1974 roku Hubbard ustanowił program „Siły Projektu Rehabilitacyjnego”. Jeśli ktoś miał słabe statystyki lub podejrzewano go o nieprzychylne myśli, przenoszony był do ładowni dla bydła oświetlonej pojedynczą żarówką. Mieszkańcy spali na poplamionych materacach i jedli rękami z wiadra pełnego odpadków. Na porządku dziennym było zrzucanie niepokornych z mostka kapitańskiego lub pokładu rufowego - Hubbard był tak miłosierny, że kazał tych nieszczęśników, wdzięcznych i już prawomyślnych, wyławiać. Starsi członkowie załogi karani byli uczestnictwem w wyścigu polegającym na popychaniu nosem fistaszka po deskach pokładu. Dzieci, które naraziły się Hubbardowi, musiały spędzać noc na bocianim gnieździe.

Tymczasem na lądzie, scjentolgia z początku stanowiła ruch traktowany z przymrużeniem oka, ot, przemijająca moda, składowa kontrkultury. Mówiono: „Próbowałeś narkotyków? To teraz pora na scjentologię”. Stanowić miała ona naukową drogę duchowego rozwoju, dzięki któremu człowiek pokona własne ograniczenia i zrealizuje potencjał wielkości. Hubbard miał wszystkie cechy predestynujące go do przewodzenia tłumom: Wright pisze, że najprawdopodobniej był schizofrenikiem, mitomanem, paranoikiem i patologicznym kłamcą. Jego wielbiciele żyli w stanie nieustannego wyczekiwania wymieniając się opowieściami o cudach i zastanawiając, co jeszcze się może wydarzyć. Zarazem, za wszelką cenę starano się chronić wizerunek proroka, odkrywcy i przyjaciela ludzkości.

Sednem nowej religii było, skądinąd słuszne, założenie, że najlepszym sposobem na promocję jest zabieganie o względy celebrytów. Stwierdziwszy, że przyciągnięcie sławnych ludzi musi stać się podstawą scjentologii, Hubbard zaczął otaczać się osobami z pierwszych stron gazet, zaś jego osobistym asystentem został syn założyciela studia Paramount Pictures. Założenie Kościoła Scjentologii w Los Angeles idealnie wpisało się w kalejdoskop gwiazdorów i gwiazdorskich religii. Scjentologia wyszła naprzeciw wszechobecnemu kultowi celebrytów, w którym Hollywood odgrywał rolę głównego sanktuarium. Kościół scjentologów gościł takie sławy, jak Tom Berenger, Christopher Reeve, Lou Reed, Leonard Cohen, Sony Bono i Elvis Presley, żaden jednak nie zagrzał tam długo miejsca. Hubbard szukał więc dalej tego, który porwie za sobą tłumy. Miał szczęście, kiedy dość szybko udało mu się pozyskać Travoltę, który zachłysnął się ideami scjentologów.

To jednak nie Travolta wydaje się tą ikoniczną, najbardziej znaną gwiazdą scjentologów. Tę najsłynniejszą pozyskał następca Hubbarda, David Miscavige, który miał zdominować religię na kilka dekad po śmierci założyciela w 1986 roku. Tom Cruise od najmłodszych lat uskuteczniał poszukiwania duchowe, kierując się ku głębokiej pobożności. Dzięki scjentologii pogodził potrzeby rozwoju spirytualnego z drapieżną karierą w Hollywood. W świat ten wprowadziła go żona, Mimi Rogers, która poszła w odstawkę, gdy Cruise zadurzył się w Nicole Kidman. Miscavige pomógł przy rozwodzie wschodzącej gwiazdy współczesnego kina, zaś nową parę zaprosił do bajkowego, pozbawionego skaz świata. W Gold Base mieli swój domek z różanym ogrodem i kortem, zaś gdy tylko zapragnęli biegać po łące, guru nakazał obsiać kwiatami kawałek pustyni. W tym czasie aktor stał się łącznikiem między scjentologią a pełną blichtru kulturą Hollywood. Idealnym wabikiem było propagowanie przekonania, że wstępując do organizacji, celebryci zostaną wciągnięci w
sieć kontaktów filmowych, dzięki czemu wzrośnie ich pozycja w branży. Dodatkowo, mieli swoje Gold Base, miejsce, gdzie nikt w nich nie celował obiektywem aparatu i ich nie prosił o autografy.

d4k46lw

W pewnym momencie Cruise zaczął powoli wycofywać się z Kościoła, przestając robić postępy „na moście ku całkowitej wolności”. Miscavige uznał, że za to załamanie odpowiedzialna jest Kidman. Po poddaniu aktora intensywnemu praniu mózgu, Cruise stwierdził, że między nim a Australijką jest wszystko skończone. W spokoju mógł wrócić na łono Kościoła - oczywiście wpłaciwszy na konto organizacji, w ramach wdzięczności, milion dolarów. Nie przepadając widocznie za samotnymi spacerami, w szeregi scjentologów wprowadził niebawem swoją nową miłość, Penelope Cruz. Na krótko przed otrzymaniem najwyższego scjentologicznego odznaczenia skończył jednak i ten związek - Hiszpanka, według Miscavige’a była zbyt podejrzana, bowiem określała się jako buddystka i praktykowała medytację.

Guru przestał wierzyć w rozsądek Cruise'a w kwestii wybierania sobie partnerek i postanowił sam się tym zająć. Dokonano castingu wśród ponad stu kandydatek. Wygrała go niejaka Nazanin Boniadi, jednak zaprzepaściła swoją szansę nie wykazując należytego szacunku Miscavige'owi, więc czym prędzej ją odprawiono. Za karę musiała czyścić toalety szczoteczką do zębów i kopać rowy - na szczęście włożyła w to tyle serca i pasji, że scjentolodzy przyjęli to ukorzenie i pozwolili jej odzyskać statut w Kościele. Nadal jednak trzeba było szukać partnerki dla narzekającego na samotność Cruise'a. Sofia Vegara nie chciała zostać scjentolożką, więc w zasadzie nie zdążyła rozpakować walizek w posiadłości aktora. Celebrity Centre wizytowały kolejne kandydatki, od Jessiki Alby po Scarlett Johansson, aż w końcu zjawiła się tam Katie Holmes. Miscavige łaskawie zaakceptował tę absolwentkę katolickiej szkoły dla dziewcząt mówiącą o sobie, że jest 26-letnią dziewicą. Po kilkunastu dniach wprowadziła się do rezydencji Cruise'a w
Beverly Hills. 18 listopada 2006 roku wzięli ślub. Niestety, Holmes nie najlepiej reagowała na indoktrynację i pranie mózgu, będące immanentną częścią scjentologii. W czerwcu 2012 roku złożyła pozew o rozwód. Obecnie mówi się, że Cruise jest związany z Mirandą Kerr, pozostaje pytanie, czy Miscavige pozwoli by ten związek trwał.

Guru robi wszystko, by przedstawić scjentologię w jak najlepszym świetle, wystarczy jednak przypomnieć sobie dwa procesy sądowe, które stanowiły wyłom w idyllicznym obrazie bogatych pięknoduchów. W pierwszym były członek organizacji skierował pozew o 25 milionów dolarów zadośćuczynienia za szkody doznane w wyniku prania mózgu i przemocy psychicznej. Upubliczniono wówczas skarbnicę scjentologicznych tajemnic, co mogło dla Kościoła stanowić potencjalną katastrofę biznesową. Skończyło się na 8 600 000 dolarów, włączywszy odsetki, które Kościół wypłacił jedenaście lat po wyroku skazującym. Drugi z procesów zakończył się zadośćuczynieniem w wysokości 39 milionów dolarów, ale, co ciekawe, w wyniku masowego protestu scjentologów unieważniono postępowanie sądowe. Kościół, po dwóch ciężkich knock-outach, znów poczuł siłę i bezkarność.

Jakakolwiek krytyka wobec organizacji lub chęć wyjścia z niej skutkuje uruchomieniem skomplikowanej procedury. Opiekun niepokornego rozpoczyna wyszukiwanie jego „przestępstw” wobec grupy - należą do nich czyny sprzeczne z kodeksem moralnym oraz wykroczenia, do których winowajca nie chce się przyznać. Tylko wykroczenie może być powodem, dla którego ktoś opuszcza Kościół - wszak nikt niewinny i będący przy zdrowych zmysłach nie pragnął odejść z raju na ziemi. Wszystko zresztą ma miejsce w podświadomości: osoba destrukcyjna samoistnie separuje się od innych, by chronić grupę przed samym sobą. Wystarczy jedynie ją wyleczyć, zrazu stosując sprawdzian bezpieczeństwa - tu ofiarę traktuje się wymyślnym urządzeniem, e-metrem, do poszukiwania niepożądanych myśli. Padają przy tym rozliczne pytania stanowiące rachunek sumienia. Kiedy wątpiący uzna swoje przewinienia, scjentologia wygrywa, zaś syn marnotrawny wraca na łono Kościoła. W przeciwnym wypadku należy kontynuować terapię w jednym z obozów rehabilitacyjnych.
Podczas „nalotu” FBI odkryto w siedzibie Kościoła kompleks podziemnych boksów, w których gnieździło się sto dwadzieścia osób. Gdyby komukolwiek udałoby się ich przesłuchać dowiedziałby się zapewne, że zasłużyli na karę, zaś przewidziany dla nich program pracy i nauki przyniesie duchowe korzyści.

d4k46lw

Lawrence Wright podjął się ciężkiego i ryzykownego zadania. Część osób piszących o scjentologach była nękana, sprawdzana, pozywana lub zastraszana. Na szczęście jest coraz więcej relacji odstępców piszących wspomnienia i blogi. To oni tworzą potężny akt oskarżenia wobec procedur obowiązujących w organizacji. W dobie internetu tradycyjne metody zastraszania, z taką pasją stosowane dawniej przez scjentologów, straciły na sile, zaś serwisy obnażające ich działalność powstają dziś masowo. Mimo to, wiele osób, z którymi Wright rozmawiał, obawiało się zemsty ze strony Kościoła, procesów sądowych i utraty kontaktu z rodziną. W Wielkiej Brytanii „Droga do wyzwolenia” się nie ukazała. Niemiecki wydawca, na wszelki wypadek, umieścił na okładce niemały napis, że żadne z historii opisanych w książce nie dotyczą lokalnego oddziału Kościoła Scjentologicznego. Sam Kościół opublikował oficjalne oświadczenie, w którym odniósł się do treści książki Wrighta, została również założona strona internetowa, w której członkowie
podjęli dyskusję ze stwierdzeniami autora (jej zawartość jest imponująca). Batalia przeniosła się do sieci i trwa tu w najlepsze.

Z pracy Wrighta wyłania się koszmarny obraz zniewolenia i całkowitego, sekciarskiego podporządkowania. Schemat jest prosty i sformułowany już w 1955 roku przez samego Hubbarda (który, na wszelki wypadek, obstawał przy tym, że opracował go Beria): na początku należy podważyć zdolność człowieka do działania i ufania samemu sobie. Potem trzeba zniszczyć jego przywiązanie do rodziny, rozbijając wzajemne zależności ekonomiczne. Przy okazji warto umniejszyć wartość małżeństwa, a wychowanie dzieci powierzyć grupie. W efekcie, zniszczone zostają wszelkie więzy emocjonalne odczuwane przez człowieka - pozostaje tylko Kościół, który chętnie przygarnie taką wyalienowaną, socjopatyczną jednostkę.

System wierzeń może przynosić ludziom pozytywne efekty i zmieniać ich życie na lepsze. Wielu scjentologów przyznaje, że zgłębienie zagadnień religijnych dużo im dało - wierzyli w to, co uznali za stosowne i nikomu nic do tego. Należy jednak odróżnić celowość i wybór swojej wiary od wykorzystywania, prania mózgu, zniewolenia i tuszowania łamania praw człowieka. W przypadku Kościoła scjentologów granice te są bardzo zatarte.

d4k46lw
Oceń jakość naszego artykułu:
Twoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.

Komentarze

Trwa ładowanie
.
.
.
d4k46lw