Trwa ładowanie...
recenzja
23-05-2016 15:36

''Mieszkając wewnątrz siebie, w pamięci i tęsknocie''

''Mieszkając wewnątrz siebie, w pamięci i tęsknocie''Źródło: "__wlasne
d2r6dg0
d2r6dg0

Czytanie cudzych listów i dzienników ma w sobie coś dwuznacznego: z jednej strony nie wątpimy, że otwarcie listu adresowanego do członka rodziny czy najbliższej nawet przyjaciółki albo szperanie w jego/jej sekretnych zapiskach to wykroczenie bodaj czy nie gorsze od podglądania w kąpieli – a z drugiej pasjami pochłaniamy treść analogicznych dokumentów, odkrytych po śmierci znanych osób.

Co do dzienników, można się jeszcze bronić, bo przecież wiemy, że liczni artyści, zwłaszcza literaci, prowadzą takowe, licząc się z ich późniejszą publikacją (i czasem, jak Maria Dąbrowska, zapobiegając przedwczesnemu ujawnieniu pewnych faktów i opinii poprzez zastrzeżenie w testamencie odpowiednio późnej daty ewentualnego wydania), a inni – dziś, jak się zdaje, o wiele liczniejsi – licząc na ich publikację, najlepiej zaraz po skompletowaniu wpisów z danego przedziału czasowego. Skoro więc sami chcą się z nami dzielić swoimi myślami, czemużbyśmy mieli nie skorzystać? Ale listy to już trochę coś innego; w listach, bywa, pisze się o sprawach czasem niezmiernie intymnych, omawia kwestie, o których nikt prócz nadawcy i adresata nie wie. Czy wolno nam, choćby po latach, tę intymność obnażać? Ale z drugiej strony, o ileż mniej byśmy dziś wiedzieli o Sobieskim, Van Goghu, Chopinie, gdyby się nie zachowała ich korespondencja, przez pierwszego kierowana do ukochanej kobiety, drugiego – do brata, trzeciego – do całego
grona krewnych, przyjaciół i dam serca! Może więc pragnienie poznania usprawiedliwia w pewnym stopniu to nasze wścibstwo? Miejmy taką nadzieję…

Bo oto właśnie pozwolono nam zajrzeć w prywatność pewnej kobiety, którą świat zna jako „mamę Muminków” i przeważnie tylko z nimi ją kojarzy. Uczyniono to w mniej niż dwie dekady po jej odejściu w słusznym wieku osiemdziesięciu siedmiu lat. Kiedy Tove Jansson była małą dziewczynką, pisanie listów było jedyną drogą szerszej wymiany myśli między osobami bliskimi, lecz oddalonymi od siebie w sensie fizycznym (telefony już istniały, nie były jednak zbyt szeroko rozpowszechnione, a na pewno sporo kosztowniejsze niż dziś) i taka sytuacja utrzymała się przez kolejnych kilkadziesiąt lat. Osoba często podróżująca czy przeprowadzająca się, mająca wielu krewnych i przyjaciół – a taką właśnie była Tove – potrafiła pisywać po kilka listów tygodniowo; przemnóżmy to przez pięćdziesiąt dwa tygodnie w roku i przez długość jej życia jako istoty piśmiennej (czyli o jakieś siedem, osiem lat mniej od rzeczywistej długości życia), a otrzymamy liczbę wręcz niewiarygodną. I rzeczywiście, biografka Jansson, Boel Westin i szefowa
wydawnictwa publikującego jej książki, Helen Svensson, obliczyły, że samych odpowiedzi na listy czytelników napisała … dziewięćdziesiąt dwa tysiące! Listów prywatnych mniej, podobno „tylko” kilka tysięcy. Rzecz jasna, opublikowanie ich wszystkich byłoby, oględnie mówiąc, trudne technicznie, toteż edytorki jasno stwierdzają: „wybrałyśmy ich ponad 160 z setek, które miałyśmy okazję przejrzeć”. Tylko tyle i aż tyle, bo wraz z objaśnieniami zajmują nieco więcej niż 450 stron, i to stosunkowo niewielką czcionką. Pierwsze pochodzą z okresu, gdy osiemnastoletnia Tove studiowała grafikę w Szkole Technicznej w Sztokholmie, ostatnie datowane są na trochę ponad pół wieku później.

Do kogo pisała? Do rodziców i braci, czasem do wszystkich łącznie, czasem (najczęściej) do matki. Do przyjaciółek. Do osób bliskich sercu (mniej więcej do trzydziestki interesowała się tylko mężczyznami; z jednym, Atosem Wirtanenem, stworzyła poważny związek, o mało co nie zakończony małżeństwem. Jeszcze będąc z nim, po raz pierwszy zakochała się w kobiecie, a po kilku kolejnych stosunkowo krótkotrwałych relacjach związała się z tą jedyną, z którą pozostała do końca życia – przez czterdzieści pięć lat. To właśnie do niej, do Too-tiki... pardon, do Tuulikki… pisała najpiękniejsze listy; to przejęzyczenie nie jest oczywiście przypadkowe, bo długoletnia partnerka pisarki została unieśmiertelniona w Muminkowej sadze właśnie pod postacią tej humanoidalnej osóbki w pasiastej koszulce i berecie z pomponem. Tak się pisze do kogoś, z kim łączy człowieka nie tyle nawet fascynacja erotyczna, co wspólnota myśli i odczuć, sposób patrzenia na świat, potrzeba wymiany doświadczeń).

O czym pisała? O tym, o czym się zwykle pisze: gdzie była, co robiła, co widziała, z kim i o czym rozmawiała, jakie ma zdanie na ten czy ów temat, i czasem jeszcze trochę o uczuciach, jakimi daną osobę darzy. Niby nic nadzwyczajnego. Ale ileż te wszystkie „gdzie”, „co” i „z kim” potrafią powiedzieć o człowieku! Na przykład, że dla Tove Jansson jedną z najważniejszych dziedzin życia była sztuka. Ale nie literatura, jak byśmy byli skłonni myśleć, wiedząc, że mowa o autorce cyklu książek, na których wychowało się już parę pokoleń dzieci; nie, w tym przypadku chodzi o sztuki plastyczne: malarstwo, grafikę, rzeźbę. Prawie w każdym liście napomykała o czymś, co właśnie maluje/rysuje lub ma zamiar malować, o jakiejś wystawie czy konkursie, o spotkaniach i rozmowach z innymi artystami, o perypetiach z urządzaniem atelier. Muminki przewijały się między innymi tematami niemal niepostrzeżenie, czasem wspomniane tylko jako „książka” albo „paski” (Muminkowe komiksy, drukowane w gazetach) – można odnieść wrażenie, że były
one niejako „produkcją uboczną”, czymś, co traktowała znacznie mniej poważnie, niż twórczość plastyczną. (Tu zadziałała swoista ironia losu: jej obrazy mało kto dziś zna poza jej rodakami. Nie są złe, niejeden by się z przyjemnością powiesiło na ścianie, ale to nie one zapadły w świadomość tysięcy ludzi, tylko te zabawnie ilustrowane historyjki o wymyślonych stworkach, kryjące w sobie cały świat).

d2r6dg0

Dużo jest w tych listach wrażeń z bliższych i dalszych podróży, czasem ujętych okiem malarza („Drobny, kadmowożółty mech na niskich murkach z kamieni, wodorosty we wszystkich odcieniach, od purpurowego do miodowego, szarawy piasek, trawa wypalona słońcem”), a czasem satyryka („Człowiek siedzi sobie przykładowo w jakimś zakątku wśród skał i patrzy na buzujące wiry wodne albo na pagórki porośnięte janowcem – i nagle ktoś krzyczy ‘Anschluss!’ czy coś podobnego koło ucha, mnóstwo panienek nadbiega w szortach i okularach słonecznych, a za nimi mężczyźni ozdobieni plus fort z wielkimi lornetami i aparatami fotograficznymi i wszyscy zostawiają po sobie papierki po cukierkach, pety i echo przejaskrawionych przymiotników […]).

A czasem spojrzenie na świat zostaje zastąpione przez spojrzenie na samą siebie:

„[…] nie chcę oddawać swojego życia przedstawieniu, które przejrzałam na wylot! (…) Albo zła malarka, albo zła żona. A jeśli stanę się ‘dobrą’ żoną, wtedy jego praca stanie się ważniejsza od mojej, mój rozsądek podda się jego […]”;

„Kiedy marzę o prostej małej budzie na jałowej wysepce, to nie dlatego, że nie szanuję przestrzeni, ciepła, pięknych przedmiotów, towarzystwa, blasku życia i bibelotów – ale z powodu romantycznej potrzeby kontrastu. Tak jak potrafię się cieszyć, jednego dnia włócząc się po portach w zniszczonym prochowcu i pijąc do siebie w opuszczonym wagonie towarowym czystą wódkę – a drugiego dnia z różami przy kapeluszu zabawiając się abstrakcyjną dyskusją w jakiejś restauracji”’

„Zachowuję się tak, jak tego ode mnie oczekują, i robię to, czego ode mnie oczekują – jednocześnie mieszkając wewnątrz siebie, w pamięci i tęsknocie […]”.

Czyż nie z tej osobności, nie z tej pamięci i tęsknoty wziął się Włóczykij, i Tatuś Muminka, i Buka, i może nawet Hatifnatowie? I czy teraz jeszcze żałujemy, że popełniliśmy niedyskrecję, czytając cudze listy?

d2r6dg0
Oceń jakość naszego artykułu:
Twoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.

Komentarze

Trwa ładowanie
.
.
.
d2r6dg0