Między słowami
I. Zamienię krainę szczęścia na domek z ogródkiem
Piątego czerwca 1989 roku, dzień po historycznych, przełomowych, wolnych, demokratycznych, epokowych i Bóg wie jakich jeszcze, wyborach do polskiego sejmu, nasza wywrotowa (jak nam się wówczas wydawało) IVa wydała uchwałę, w myśl której mieliśmy sekundować nowej rzeczywistości co pięć lat. Ten zjazd był więc trzeci. Dla mnie jednak pierwszy. I wcale nie dlatego, że nie lubię tego typu imprez. Nie dlatego też, że praktycznie zerwałam wszelkie więzi z naszym miasteczkiem - nie byłam tam bowiem od matury, a i rodzice wyemigrowali krótko potem. Nie byłam dotąd w Białej Górze, bo po prostu nie miałam po co tam jechać, a może bardziej z czym. Teraz to co innego. Jadę więc pociągiem ekspresowym, w pierwszej klasie i nieustannie próbuję sobie wyobrazić jak to będzie? Przynajmniej na początku, bo potem i tak pewnie wszyscy się upiją. Zastanawiam się też jaką przyjąć linię postępowania? Wyjścia, jak zwykle, są dwa - mogę dać się wypuścić, albo konsekwentnie trwać w skromności. Ostatecznie mój sukces jest na tyle
bezsporny, że nie muszę o nim głośno rozprawiać. Oczywiście jeśli będą nalegać, to cicho nie będę.
A jak nie zechcą?
Chyba jednak zechcą. W końcu kto ma karty mocniejsze od moich? Przynajmniej nic takiego do mnie nie dotarło. Mają, co najwyżej, jakieś pomniejsze osiągnięcia i z całą pewnością nie omieszkają ich obwieścić światu. Ja zaś nie omieszkam ich odnotować. W końcu głównie po to tam jadę. Po ich porażki jadę również, a może przede wszystkim - o ile żywi ludzie mogą się bez nich obejść, to bohaterowie porządnie skonstruowanej opowieści na pewno nie.
Otworzyłam laptopa i zapisałam:
Komu się udało, a kto będzie chyłkiem przemykał po szkole? Komu życie dało w kość, a kogo głaszcze po głowie? Kto znalazł ukojenie w gorzale, a kto usycha na trzeźwo? Kto odnalazł prawdziwą miłość, a kto w każdą pełnię księżyca wybiera się na szczyt Białej?
- I co tam pani tak pisze?
- Pracuję – odpowiedziałam patrząc w ekran.
- A daleko pani jedzie?
- Do Białej Góry. Przepraszam, ale jestem zajęta.
Mój towarzysz podróży dał za wygraną. Dotąd jedynie dyskretnie (jak chyba sądził) mnie obserwował. Czułam jednak, że w końcu się odezwie. Zapewne kolejarz, bo nie wygląda na kogoś kogo stać na pierwszą klasę. Mnie zresztą też specjalnie na nią nie stać, trudno jednak o skupienie w ośmioosobowym, wypełnionym tubylcami, przedziale. W końcu od tego ile pytań ułożę przed zjazdem zależy ile dostanę na nie odpowiedzi. I będę bliżej celu, jaki zamierzam osiągnąć. Celem tym zaś jest moja druga książka.
Pierwsza rozeszła się jak ciepłe bułeczki.
- Dziesięć tysięcy sprzedanych egzemplarzy jeszcze o niczym nie świadczy - stwierdził mój wydawca - oczywiście, jak na polskie warunki, to bardzo dużo, ale teraz musisz mianowicie udowodnić, że to nie był przypadek.
- Łatwo powiedzieć.
- Pomysłów przecież ci nie brak. Weźmy choćby ten ze zjazdu absolwentów twojego liceum, maturzystach roku osiemdziesiątego dziewiątego i emocjonalnych rówieśnikach Polski Nieludowej. Losy jednostek na tle kraju, może nawet świata...
- Trochę chyba za daleko.
- No to bliżej. Twoi rówieśnicy w nowej, unijnej już przecież rzeczywistości. Z waszymi marzeniami w tle oczywiście.
- Oczywiście.
- I zrób to tak, aby Polska padła mianowicie na kolana.
Padaj więc Polsko na kolana! Mianowicie (co za idiotyczne słowo!), czy nie dla takich chwil warto żyć.
Kiedy trafiłam do pierwszej dziesiątki najchętniej czytanych autorów w kraju myślałam, że Pana Boga chwyciłam za nogi. Nagle zapomniałam o wszystkim, co musiałam przejść. O nieprzespanych nocach, łzach i upokorzeniach. Umocniłam się natomiast w przekonaniu, że człowiek zawsze powinien walczyć o swoje.
A tak niewiele brakowało, abym dała za wygraną.
- Półki w księgarniach wręcz uginają się od takich książek jak twoja - upierał się wydawca - a poza tym opowiadania, zwłaszcza debiutantów, kiepsko się sprzedają.
- Pozwalają za to na różnorodność wypowiedzi.
- Nie na tyle jednak, aby nie zauważyć, że wszystkie twoje bohaterki są kuzynkami Bridged Jones.
- Sraty taty! To tak, jakby powiedzieć, że wszyscy nieszczęśliwi kochankowie są pobratymcami Romea, a wszystkie bladolice nieszczęśnice ciotecznymi siostrami Ofelii. Po prostu, po epoce książek męskich nastał czas żeńskich.
- Babskich!
- Niech nawet będzie, że babskich. Nie widzę w tym określeniu niczego złego. Najważniejsze, że takie książki zaczęły się ukazywać.
- Takie książki? To są "takie same książki". Co do jednej.
- Przesadzasz. Danielle Steel nie wychodzi praktycznie poza romans i to z podobnymi do siebie bohaterkami, a bije na głowę nawet Stephena Kinga.
- Wysoko mierzysz!
- Jeśli ścigać się, to z najlepszymi.
- Literatura to nie wyścigi.
- A to nie ty przypadkiem skrupulatnie odnotowujesz, kto ile w Polsce sprzedaje książek?
- Dlatego dokładnie wiem które idą, a które nie.
I tak dalej i dalej. W każdym razie moje zmagania z wydawcą trwały jeszcze jakiś czas, aż w końcu się wydałam.
W nakładzie p i ę c i u s e t egzemplarzy!
Duma mieszała się z upokorzeniem. Na użytek własny (a zwłaszcza innych) zaczęłam głośno powtarzać, że nie ilość się liczy lecz jakość. I wierzyłam, że j a k o ś to będzie. Latałam po księgarniach jak głupia i wypatrywałam dzieła z moim nazwiskiem na grzbiecie.
- Macie książkę Ewy Sobczak Kraina szczęścia?
Nie mieli i nawet o niej nie słyszeli. Przyjdzie czas, to usłyszą. Tylko dlaczego to tak długo trwa? Czy oni te pół tysiąca egzemplarzy (pół tysiąca zawsze lepiej brzmi, niż pięćset) drukują ręcznie?
Po trzech tygodniach wreszcie się doczekałam. Wchodzę do księgarni i co widzę? Obok Sienkiewicza, jak gdyby nigdy nic, stoi sobie moja Kraina szczęścia. Jak boga kocham. Obok Potopu, Ogniem i mieczem i Pana Wołodyjowskiego. Chyba jednak przesadzili - Ewa S. obok Henryka S.? Zresztą, czy to ważne? Sienkiewicz już się przecież nie obrazi. Bo i o co? Że się trochę ogrzeję w cieniu jego sławy?
Wkrótce okazało się, że bardzo trochę - przez całe pół godziny jakie spędziłam w księgarni nikt nawet na moją Krainę nie spojrzał. Nie mówiąc już o jej kupowaniu. Gdyby nie ja, ilość egzemplarzy na wyjściu równałby się ilości egzemplarzy na wejściu.
Zadzwoniłam do wydawnictwa i powiedziałam co myślę o braku promocji mojego dzieła.
Dwa dni później oddzwonili.
- Dwudziestego szóstego mianowicie masz spotkanie autorskie w księgarni Ekslibris. Chyba nieźle?
Bardzo nieźle! To w końcu najbardziej prestiżowa księgarnia w mieście. Nareszcie się ruszy.
- Ale chyba po pracy?
- O siedemnastej. Czytelnicy przecież też pracują.
Czytelnicy? Moi? No jasne, że moi! Przecież to będzie moje spotkanie autorskie! MOJE SPOTKANIE AUTORSKIE.