Qaqwqwrqw

Marcin Wicha laureatem "Paszportów Polityki" w kategorii "literatura". Co zostaje po śmierci bliskiej osoby?

"Rzeczy, których nie wyrzuciłem", to wspomnienie życia i zapis śmierci. Marcin Wicha porządkuje książki pozostawione przez zmarłą matkę, a każda, którą bierze do ręki wywołuje wspomnienie. Przeczytaj fragment książki, za którą Wicha otrzymał "Paszport Polityki 2017".
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Marcin Wicha
Marcin Wicha (Twitter)
Qaqwqwrqw

Masa spadkowa

Nie mówiła o śmierci. Tylko raz. Nieokreślony ruch ręką, machnięcie w stronę półek:

– Co z tym wszystkim zrobisz? ”To wszystko” oznaczało jeden z tych systemów, które kupuje się w Ikei. Metalowe szyny, wsporniki, deski, papier, kurz, rysunki dzieci poprzyczepiane pineskami. A także pocztówki, pamiątki, pomarszczone ludziki z kasztanów, zeszłoroczne bukiety z liści. Musiałem jakoś zareagować.

Qaqwqwrqw

– Pamiętasz Mariuszka z naszej szkoły?
– Bardzo miły – odparła, ponieważ pamiętała, że go nie lubiłem.
– Parę lat temu byliśmy z Martą u jego teściowej, mieliśmy coś zawieźć albo przywieźć, coś dziecinnego, kojec czy coś.
– Ile ma dzieci?
– Nie wiem, ale teściowa nie mogła się go nachwalić. Mówiła, że kiedy zaczął jej przeciekać dach, to Mariuszek sfinansował nowy z dachówki bitumicznej, bardzo drogi, i powiedział: ”O pieniądze niech się mamusia nie martwi, wszystko zostaje w masie spadkowej”.
– I co u niego słychać?
– Nie wiem, pracuje w kancelarii. Nie martw się o masę spadkową. Jeszcze jest czas. Ale czasu nie było.

Moja matka uwielbiała zakupy. W najszczęśliwszych latach swego życia codziennie po południu wyruszała do sklepów. ”Chodźmy na miasto” – rzucała.
Kupowali z ojcem niepotrzebne drobne przedmioty. Imbryczki. Scyzoryki. Lampy. Automatyczne ołówki. Latarki. Nadmuchiwane podgłówki, pojemne kosmetyczki i różne pomysłowe gadżety, które mogą się przydać w podróży. Było to dziwne, ponieważ nigdzie się nie wybierali.
Potrafili wędrować przez pół miasta w poszukiwaniu ulubionego gatunku herbaty lub nowej powieści Martina Amisa.
Mieli ulubione księgarnie. Ulubione sklepy z zabawkami. Ulubione punkty napraw. Zawierali przyjaźnie z różnymi – zawsze bardzo, bardzo miłymi – ludźmi. Panią z antykwariatu. Panem od scyzoryków. Panem od jesiotra. Małżeństwem od lapsang souchong.
Każdemu nabytkowi towarzyszył rytuał. Zauważali jakiś nadzwyczajny egzemplarz – w sklepie z używanymi lampami, gdzie urzędował Pan od lamp, bardzo sympatyczny obywatel – żeby użyć dziarskiego określenia mojego ojca.
Oglądali. Pytali o cenę. Dochodzili do wniosku, że ich nie stać. Wracali do domu. Cierpieli. Wzdychali. Kręcili głowami. Obiecywali sobie, że kiedy będą przy pieniądzach, co powinno nastąpić już wkrótce, to wtedy muszą koniecznie…
Przez kolejne dni rozmawiali o tej niedostępnej lampie. Zastanawiali się, gdzie ją ustawić. Upominali się wzajemnie, że jest zbyt droga. Lampa żyła z nimi. Stawała się częścią gospodarstwa.
Ojciec opowiadał o jej nadzwyczajnych cechach. Szkicował na serwetce, jak wyglądała (miał świetną pamięć wzrokową), wskazując na oryginalność pewnych rozwiązań. Podkreślał, że kabel ma tekstylną izolację, prawie nie przetartą. Zachwalał bakelitowy włącznik (już widziałem, jak będzie go rozkręcał jednym ze swoich śrubokrętów).
Czasami jeździli ją odwiedzić. Popatrzeć. Podejrzewam, że nigdy nie wpadli na to, żeby przy okazji negocjować cenę. W końcu kupowali.
Byli idealnymi klientami. Dobroduszni. Uprzejmie zainteresowani nowym asortymentem. Potem ojciec dostał zawału w jakimś centrum handlowym po wypróbowaniu zielonego frugo. Zdążyliśmy jeszcze pożartować na ten temat. Nawet lekarz z pogotowia uznał, że to zabawne.

Został cienki strumyk. Pilot od telewizora. Pudełko z lekami. Miska do wymiotowania. Rzeczy, których nikt nie dotyka, stają się matowe. Blakną. Meandry rzeki, trzęsawiska, muł.
Szuflady wypełnione ładowarkami od starych telefonów, zepsutymi piórami, wizytówkami sklepów. Stare gazety. Zepsuty termometr. Wyciskacz do czosnku, tarka i to, jak to się nazywa, śmialiśmy się z tego słowa, tyle razy się powtarzało w przepisach, mątewka.
Mątewka.
I przedmioty już wiedziały. Czuły, że wkrótce będą przesuwane. Przekładane w niewłaściwe miejsca. Dotykane cudzymi rękami. Będą się kurzyć. Będą się rozbijać. Pękać. Łamać pod obcym dotykiem. Wkrótce nikt już nie będzie pamiętał, co zostało kupione w ośrodku węgierskim. Co w desie. Co w cepelii. Co w antykwariacie, w czasach prosperity. Potem przez kilka lat przychodziły życzenia firmowe w trzech językach, zawsze ze zdjęciem jakiegoś platerowanego drobiazgu. Potem przestały. Może właściciel stracił nadzieję na dalsze zakupy. Może zamknął interes.
Nikt już nie będzie pamiętał. Nikt nie powie, że trzeba skleić tę filiżankę. Wymienić kabel (gdzie taki znaleźć?). Tarki, miksery i sitka zamienią się w śmieci. Zostaną w masie spadkowej.
Ale przedmioty szykowały się do walki. Zamierzały stawić opór. Moja matka szykowała się do walki.
– Co z tym wszystkim zrobisz?
Wiele osób stawia to pytanie. Nie znikniemy bez śladu. A nawet jak znikniemy, to zostaną nasze rzeczy, zakurzone barykady.

Pixabay.com
Podziel się
Qaqwqwrqw

_”Wyczulona na słowa, nie pozwalała sobą manipulować, w codziennej walce o szacunek – nie poddawała się. Była trudna. Była odważna”. _

Dopóki

– Że to jestem ja? No, skoro tak mnie widzisz… – Nie była łatwym odbiorcą laurek. Nie była łatwym modelem. Właściwie pod żadnym względem nie było z nią łatwo.
W czwartej klasie mieliśmy zadanie: ”Opisz swoją matkę”, a raczej ”mamę”, bo szkoła lubowała się w zdrobnieniach. Boże, odpuść mi, bo napisałem: ”Moja matka ma ciemne włosy i jest raczej tęga”. Dzieci mają inne pojęcie na temat miar i wag.
Pani od polskiego ważyła sto kilo i podkreśliła zwrot ”raczej tęga”. Przycisnęła długopis z taką siłą, że przepiłowała papier. Na marginesie wyryła słowa: ”Nie powiedziałabym”. Matka rzadko zgadzała się z systemem edukacji, ale wtedy była zadowolona.

Poza tym miała to, co zacni współobywatele określali jako yhm. Podkreślam: ”zacni”. Mniej zacni nigdy nie mieli problemów z wymową.

Qaqwqwrqw

W ostentacji jej rysów było coś zbijającego z tropu. Miała, yhm, wygląd. Wygląd osoby, która ma, yhm, yhm, pochodzenie. A jakie pochodzenie? – Yhm. Upf.
Powinien istnieć specjalny znak interpunkcyjny. Graficzny odpowiednik skurczu krtani. Przecinek się nie nadaje. Przecinek to klin na złapanie oddechu, a tu potrzebny jest typograficzny węzełek, wybój albo potknięcie.
Ciężka sprawa z takim wyglądem. Miałem znajomego, który używał określenia ”N. nie jest niepodobny do Jerzego Kosińskiego”. Przy czym N. wcale nie musiał przypominać sławnego pisarza. Mógł być, powiedzmy, niskim, beczułkowatym poczciwiną bez obroży, bryczesów i pejcza, obdarzonym jednakże wyraźnym yhm.
Trzymając się tej terminologii, moja matka też nie była niepodobna do Jerzego Kosińskiego. ”Teraz to ja jestem stara Żydówa” – powiedziała któregoś dnia w 1984 roku. W istocie była wtedy młodsza niż ja dzisiaj. Ale fakt. Miała yhm. Yhm, że hej.

Kiedy umarła, ludzie napisali różne miłe rzeczy. Utytułowana koleżanka przypomniała, że w swoim czasie była świetną studentką. Wróżono jej przyszłość w nauce. Wszyscy się spodziewali, że zostanie na uczelni. Jednak spędziła całe życie w poradnictwie zawodowym na Muranowie. Jej poradnia zmieniała kolejne siedziby w obrębie dzielnicy, by wreszcie wprowadzić się do domu przy samym Umschlagplatzu (a ile to kłopotów z konserwatorem zabytków).
Urzędowała więc na niewidzialnych gruzach getta. W przydziałowym białym fartuchu – na lamówce wypisano jej nazwisko, ale ślad flamastra rozpuścił się w praniu – podsuwała dzieciom szkatułki ze zmyślnymi łamigłówkami. Testy opatrzone nazwiskami niemieckich profesorów. Labirynty. Zamki z zapadkami. Otwory w kształcie figur geometrycznych. Talie kart z obrazkami. Podchwytliwe zagadki sprawdzające wiedzę ogólną. Zastanów się cierpliwie, który obrazek nie pasuje do pozostałych. Masz mnóstwo czasu. Tik tak – ochoczo potwierdzał stoper.
Wiosną informowała zbolałe panienki, które obcięły się na egzaminie wstępnym do ogólniaka, że są jeszcze miejsca w technikum budowy traktorów w Ursusie.
Przez większą część roku występowała jako ktoś w rodzaju obrońcy z urzędu. Jednoosobowy komitet ratowania nieszczęśników rozjechanych przez system edukacji. Adwokat dzieci na granicy normy, zbierających łomot przez wszystkie lata szkolnej gehenny. Opiekunka upartych wagarowiczów. Nieszczęśników, którzy brzydko pisali i robili błędy ortograficzne, toteż nikt – oprócz mojej matki – nie zauważył, że zgromadzili imponującą wiedzę na temat materiałów wybuchowych, samurajskich mieczy i marszałka Paulusa.

W 1987 roku toczyła wojnę z jakąś potworną chemiczką, biolożką czy kimś takim. Nauczycielka należała do ścisłej elity warszawskich pedagogów, miała na koncie sporo młodocianych depresji, nerwic i prób samobójczych.
Rozmawiając z nią w sprawie któregoś ze swoich pacjentów, matka powiedziała: ”Pani jest bezwzględna”.
– Jaki ty masz bogaty język – pochwaliła przyjaciółka, której to później opowiedziała.
– Muszę tak mówić – wyjaśniła matka. – Przecież nie mogę tej głupiej kurwie powiedzieć, że jest głupią kurwą.
Terroryzowała ludzi, mówiąc im prawdę w oczy. Nie milkła, kiedy innym było wygodnie, żeby milczała. Nie reagowała na nasze ”Psst”, ”Daj już spokój” i ”Nie tak głośno”.
Wiele osób mówiło, że była silna. Chyba nie, ale pogardzała bezradnością. Miała na półce ”Leki współczesnej terapii” (żeby nie być skazaną na lekarza). Miała sto książek kucharskich. Notes z milionem telefonów na każdą okazję. Na przełomie roku odbywało się nerwowe szukanie wkładów do notesu – co było trudne ze względu na jakiś ogromnie nietypowy rozkład dziurek i pierścieni skoroszytu. W końcu się udawało i notes puchł od kolejnych kartek, aż pasek z zatrzaskiem przestał się domykać.
Jak to ujął Don w trzecim Ojcu chrzestnym: ”Jedynym prawdziwym bogactwem są wpływowi przyjaciele”. Sądzę, że miał na myśli faceta od pralki i lekarza, który podaje swój prywatny numer. Uczyła, że od rodziny ważniejsi są przyjaciele. Że liczyć można tylko na koleżanki z liceum.
Poza tym: awanturowała się w kioskach. Zmuszała kioskarzy, żeby wyjmowali z ”Gazety Wyborczej” dodatki reklamowe. W razie oporu sama potrząsała i spomiędzy kartek sypał się deszcz ulotek, cenników sprzętu elektronicznego, kuponów rabatowych i próbek.
Szczególnie irytowały ją kolejne zeszyty typu ”Święci i cuda. Część czwarta: lewitacja, bilokacja, uzdrowienia”. Pastwiła się także nad cykliczną antologią miejsc pielgrzymkowych.

– Ale ty nie umrzesz? – spytałem kiedyś.
– Umrę. Każdy umrze.
– Ale ty nie umrzesz?
– Umrę, ale dopiero kiedy nie będziesz mnie potrzebował. Miałem pięć lat i w pierwszej chwili uznałem tę odpowiedź za satysfakcjonującą. Negocjacje w kwestii śmierci nie należą do łatwych. Jak mówią związkowcy, uzyskałem maksimum tego, co było możliwe w obecnej sytuacji. Dopiero z czasem zrozumiałem, że postawiła mi warunek. ”Dopiero kiedy nie będziesz mnie potrzebował”. Niepotrzebna obumierała. Sto procent żydowskiej matki.

Qaqwqwrqw

Kamienie

Ciężki, brunatny, prawie czarny, kształtem przypominał bryłę masła. W każdym gospodarstwie domowym był taki przedmiot: latem przyciskał pokrywkę na kamionce z zielonymi ogórkami, koprem i czosnkiem. Kamień mojej matki.
Kamienie ojca były bezużyteczne. Szczególnie lubił otoczaki. Z jasnymi wypukłymi żyłkami. Albo czerwone i porowate. Albo białe. Ciemnoszare.
Nie interesował się geologią. Odróżniał krzemień, granit, wapień z zatopionymi muszlami. Piaskowiec na elewacje, marmur na nagrobki, grys do wysypywania ścieżek. Jednak należał do ludzi, którzy patrzą pod nogi. Nie potrafił przejść obojętnie nad doskonałą formą. Nad morzem zbierał szkiełka i ułomki porcelany. Nigdy nie wzgardził kawałkiem wypłukanej cegły. Otoczak z cegły – koprodukcja człowieka i natury. To mu się podobało.
Przynosił je w kieszeniach. Przywoził z wakacji, a potem, z braku lepszego pomysłu, wsypywał do doniczek. W naszym domu każdy nieszczęsny fikus wyrastał z miniaturowych kocich łbów. Dzieląc, w mniejszej skali, smutny los miejskich drzew.
Nie kłócili się o to. W ogóle rzadko się kłócili. Byli jak dwie przeciwstawne siły. Płyty tektoniczne napierające na siebie. Matka narzekała. Ojciec zgłaszał pretensje. Zaznaczali stanowiska, trwali w równowadze. Czasem trochę lawy i popiołu.
Kiedy ojciec umarł, matka wciąż dbała o swoje rośliny. Kupowała w kwiaciarni nawóz i spray przeciw mszycom. Wyjeżdżając, ustawiała kroplówki z ceramicznym drenem, żeby woda spadała kropla za kroplą. Ale woda z trudem drążyła drogę ku bryle korzeniowej, bo matka nigdy nie wyrzuciła kocich łbów.
Czasem tylko wybierała któryś szczególnie piękny kamyk i niosła na grób ojca. Jednak zaraz uzupełniała lukę nowym znaleziskiem. Jeżeli po śmierci ojca geranium i woskowiec liczyły na złagodzenie reżimu, musiały się srogo zawieść.

O autorze: Marcin Wicha, urodził się w 1972 roku w Warszawie. Grafik. Projektował (i projektuje) okładki, plakaty i znaki graficzne. Jego teksty ukazywały się między innymi w ”Autoportrecie”, ”Literaturze na Świecie” i ”Tygodniku Powszechnym”. Przez kilka lat publikował cotygodniowe rysunkowe komentarze w ”Tygodniku Powszechnym”. Współpracuje z ”Gazetą Wyborczą” i ”Charakterami”. Autor książki ”Jak przestałem kochać design”.

Materiały prasowe
Podziel się
Qaqwqwrqw

Fragment pochodzi z książki Marcina Wichy, ”Rzeczy, których nie wyrzuciłem”, Wydawnictwo Karakter.

Obejrzyj też: #dziejesiewkulturze

Qaqwqwrqw
Qaqwqwrqw
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Wow!
0
Ważne
0
Słabe
0
Straszne
Trwa ładowanie
.
.
.

Qaqwqwrqw