Mapa miłości
Amerykanka zjawiła się nagle u Amal w domu. Nazywała się Isabel Parkman, a kufer przywiozła w bagażniku wynajętego samochodu. Amal nie kryła nieufności. Była z góry niechętna i pełna dystansu: jakaś Amerykanka – dziennikarka, jak się przedstawiła przez telefon. Powołała się jednak na jej brata, więc Amal wyraziła zgodę na spotkanie. Nastawiła się na typowe tematy: fundamentalizm, chusta islamska, pozorny pokój, poligamia, pozycja kobiety w islamie, okaleczanie żeńskich organów kobiecych – ciekawe, który wybierze Amerykanka?
Ale Isabel Parkman nie miała w sobie nic z przebojowej reporterki; wydawała się raczej niezbyt pewna siebie, wręcz nieśmiała. Brata Amal poznała w Nowym Jorku. Kiedy mu powiedziała, że wybiera się do Egiptu, aby zrobić reportaż o przejściu w nowe tysiąclecie, dał jej numer telefonu Amal. Amal z punktu wyraziła wątpliwość co do tego, czy Isabel znajdzie w Egipcie kogokolwiek, kto miałby efektowne wizje lub teorie milenijne. Raczej przekona się o ogólnym zaniepokojeniu – wszyscy martwią się bardzo o przyszłość Egiptu i pozostałych krajów arabskich – le tiers monde – w dwudziestym pierwszym wieku. Mimo to, poczęstowała dziennikarkę kawą, podała jej parę nazwisk – i pożegnały się.
Przy okazji drugiej wizyty Isabel napomknęła o kufrze. Znalazła go, gdy jej matkę zabrano do szpitala – skąd więcej nie wróciła. Okazało się, że kufer zawiera jakieś stare notatki po angielsku, spisane, zdaniem Isabel, przez jej prababkę. Ale są w nim też liczne pisma i dokumenty w języku arabskim. I nie tylko pisma – także przedmioty. Teksty angielskie w większości nie noszą dat, a nawet te, które powiązano razem, zaczynają się na ogół w połowie zdania. Isabel była pewna, że papiery w jakimś stopniu dotyczą jej osobistej historii, ale przeczuwała, że może w nich tkwić także historia literacka. Zaznaczyła, że nie chce się narzucać, brat Amal był jednak zdania, że to może siostrę zainteresować...
Amal była wzruszona jej delikatnością. Powiedziała, że chętnie obejrzy kufer, i kazała portierowi wtaszczyć go na górę. Kiedy go wniósł i ustawił na środku pokoju, Amal zagadnęła:
– Puszka Pandory?
– Mam nadzieję, że nie! – zawołała Isabel, autentycznie speszona.
Nazywam się Anna Winterbourne. Nie zadaję się (zbytnio) z tymi, którzy rozprawiają o gwiazdach rządzących naszym losem.
Kair, kwiecień 1997
Są ludzie, którzy umieją zmusić się do płaczu. Ja umiem zmusić się do strachu. Kiedy byłam dzieckiem – na długo zanim urodziłam własne dzieci – osiągałam ten stan, myśląc o śmierci. Teraz myślę o gwiazdach. Patrzę w gwiazdy i wyobrażam sobie wszechświat. Potem cofam się w naszą galaktykę, potem na naszą planetę – cały czas wirując obłędnie w kosmicznym bezmiarze. Wirując na śmierć i życie. Po chwili skrajnej grozy ogarnia mnie przemożne poczucie nieprawdopodobieństwa. Czy istnieje cokolwiek, czego możemy się uczepić?
Ale to nie jest opowieść o mnie. To jest opowieść z lamusa, ze skórzanego kufra, który odbył podróż z Londynu do Kairu i z powrotem. Stał latami w rupieciarni mieszkania na Manhattanie, a potem wrócił, aby pewnego wiosennego dnia roku 1997 osiąść na podłodze mojego salonu w Kairze. To jest opowieść o dwóch kobietach: o Isabel Parkman, która przywiozła kufer do mnie, i o jej prababce, Annie Winterbourne, Angielce, do której kufer swego czasu należał. A jeśli ja sama zajmuję jakiekolwiek miejsce w tej opowieści, to tylko takie, jakie przed stu laty zajmowała moja babka, snując opowieść o miłości swojego brata.
Dzień po dniu rozpakowywałam, rozwijałam, rozplątywałam. Siedziałyśmy na podłodze we dwie z Isabel i co chwila wydawałyśmy okrzyki podziwu – nad misternym haftem dziecięcej koszulki, nad gładkością sandałowych paciorków różańca uwolnionego z aksamitnej sakiewki, nad połyskiem lustrzanego lichtarza. Tłumaczyłam dla Isabel fragmenty wycinków z arabskich gazet. Gawędziłyśmy o czasie, miłości, rodzinie i stracie. Dzienniki i luźne pisma przeniosłam do swojej sypialni, gdzie czytałam je w kółko. Słowa Anny znam prawie na pamięć. Słyszę jej głos i widzę ją w miniaturze medalionu, na portrecie matki, do której tak szalenie była podobna.
Siadam przy stoliku pod oknem, wyjmuję kluczyk z zielonej filcowej sakiewki, umieszczam go w delikatnym zameczku brązowego dziennika, przekręcam – i oto jestem w Anglii, jesienią 1897 roku, i otwiera się przede mną stroskane serce Anny:
– a przecież kocham go, w tym sensie, że dobrze mu życzę, i gdyby tylko było w mojej mocy przyczynić się do jego szczęścia i spokoju ducha, podjęłabym się tego chętnie i z radością, cokolwiek by to było. Choć, szczerze mówiąc, już próbowałam. Moja wiedza – szczególnie o mężczyznach – jest siłą rzeczy ograniczona. Lecz w tym ograniczeniu starałam się usilnie – staram się usilnie – być wierną, kochającą żoną i towarzyszką – Nie tak to sobie wyobrażałam w panieńskich czasach – raptem dwa krótkie lata temu – kiedy obserwowałam go z daleka, siedząc pod pawilonem, a serce podskakiwało mi z radości, ilekroć posłał mi uśmiech po udanej gonitwie albo gdy razem jechaliśmy konno i jego łydka ocierała się o moją.
Podstawmy futbol w miejsce krykieta i mogłyby to być moje słowa. Co za różnica, że działo się to sto lat temu, na innym kontynencie?
Nowy Jork, marzec 1997
Więc to może trafić człowieka tak nagle? Bez ostrzeżenia, bez przygotowania? Czy nie powinno najpierw dojrzewać, bez pośpiechu, aż przyjdzie chwila, w której człowiek pomyśli „kocham” i będzie znał – a przynajmniej wyda mu się, że zna – obiekt swojej miłości? Jak to możliwe, że linia czyichś ramion, rytm czyichś kroków, cień niesfornego kosmyka włosów na czyimś czole powoduje gwałtowne przypływy i odpływy serca?
Co było pierwsze – mały zawrót głowy, gdy serce przegapiło jedno uderzenie, czy widok jego postaci w drzwiach? Isabel wpatruje się w stół – nóż i łyżka leżą na baczność, solidne i nieruchome. Róg poskładanej różowej serwetki, przewieszony elegancko przez ozdobną krawędź białego talerza, ledwo dotyka połyskliwej, posrebrzanej stali. Isabel zamyka na chwilę oczy i bierze głęboki oddech. Gdy na nowo podnosi wzrok, mój brat jest już w połowie sali restauracyjnej, już unosi dłoń w geście powitania – po chwili jego płaszcz i teczka lądują na trzecim krześle przy stoliku, a w jego rękach tkwi karta dań.
– Zamówiła pani coś? Długo pani czekała? Nie spóźniłem się, prawda? Która to godzina? – Spogląda na zegarek. – A jednak trochę się spóźniłem. Parę minut. Przepraszam, przepraszam. Nie mogłem się wyrwać. Na co ma pani ochotę? Jest pani głodna? Mam nadzieję, że tak. Bo ja strasznie.
Jego ręce trzymające kartę dań. Jedna sięga przez stół i poklepuje zdawkowo jej dłoń.
– Wie pani co? – Opiera się wygodnie, ocierając kąciki ust serwetką. – Czuję, jakbym skądś panią znał... i to od dawna.
Isabel przygląda mu się, lekko przekrzywiając głowę, i odpowiada uśmiechem.
– Nie, poważnie! – Mój brat lekceważąco macha ręką, jakby zapewniał Isabel: „To nie mój styl, ja z panią nie flirtuję”. – Coś jest na rzeczy, nie wiem co...
– Poprzednie życie?
On z uśmiechem rozkłada ręce, ale po oczach widać, że nie pozbył się zagadki.