Trwa ładowanie...

"Kubica i odjazdowy świat wyścigów samochodowych” - wywiad z autorką

Od czasów starożytnych olimpiad uczestnicy zmagań sportowych byli idolami publiczności. Mistrzowie otrzymywali wieńce oliwne, stawiano im posągi. Współcześni zwycięzcy otrzymują puchary i gigantyczne pieniądze, ale nie stawia się im zbyt często pomników. Czy książki są rodzajem pomnika?

Share
"Kubica i odjazdowy świat wyścigów samochodowych” - wywiad z autorkąŹródło: East News
d3uuanz

O książkach poświęconych sportowcom rozmawiamy z Yvette Żółtowską-Darską, autorką bestsellerowych biografii piłkarskich dla dzieci. Od kilkunastu dni na półkach księgarskich znajdziemy jej najnowszą książkę – "Kubica i odjazdowy świat wyścigów samochodowych”. Po raz pierwszy Autorka poświęca ją bohaterowi innej dyscypliny niż futbol.

Red: Napisała Pani sporo książek o bardzo znanych sportowcach. Jak Pani sądzi – czemu tak wielu młodych ludzi zaczyna trenować popularne dyscypliny sportowe, a potem ich chęć do treningów słabnie? Czy to legendarny "słomiany zapał”, czy brak determinacji?

Y. Ż.-D.: Według mnie to naturalna selekcja. Dla małych dzieci sport jest zabawą, więc nic dziwnego, że się do niego garną. Z każdym kolejnym rokiem przybywa jednak treningów i gry, wzrasta rywalizacja. Wymagana jest więc regularność i coraz większe zaangażowanie. Tymczasem w szkole też przybywa obowiązków, nadchodzą egzaminy. Coraz ciężej jest "wyrwać” cztery-pięć razy w tygodniu po kilka godzin na sport. Trzeba wybierać. Wtedy coraz wyraźniej widać, kto ma więcej, kto mniej zdolności. Komu się chce rywalizować bardziej, komu mniej. W konsekwencji ci mniej uzdolnieni odpuszczają. Są rzadziej wystawiani do gry, zaczynają odstawać i – co naturalne – tracą zapał. Odpadają.

Red: Czy możemy uznać, że wyjątkowość Roberta Kubicy polega na jego żelaznej konsekwencji w dążeniu do tego, by jeździć i to możliwie dobrze, skutecznie?

Y. Ż.-D.: Oczywiście. Konsekwencja młodego Roberta była wyjątkowa. Już w wieku 5 lat do upadłego jeździł miniaturą auta terenowego na placu pomiędzy pachołkami, które ustawiał mu – za każdym razem w inny sposób – jego tata. W wieku 7 lat przesiadł się do gokarta i pilnował tatę, by ten dwa-trzy razy w tygodniu po szkole zawoził go na tor gokartowy pod Częstochową, bo takiego bliżej nie było. Tu przypomnę, że z Krakowa, gdzie mieszkali, do Częstochowy była ponad godzina jazdy samochodem w jedną stronę. Ale o nie tylko konsekwencja Roberta przesądziła o jego sukcesie. Kluczem do sukcesu były też jego umiejętności techniczne oraz chęć rywalizacji. Robert nie tylko potrafił się ścigać, ale wiedział, że w tej dyscyplinie chce konkurować z innymi. Że chce być najlepszy.

d3uuanz

Red: Czy on udowadnia coś nam, czy też samemu sobie?

Y. Ż.-D.: Myślę, że nam Robert niczego ani nie musi, ani nie chce udowadniać. On jeździ dla samej przyjemności jazdy, czyli dla siebie. Kocha się ścigać. Kocha rywalizację. Kocha związane z nią emocje. Nie on jeden w sporcie zresztą.

Red: Miał 13 lat, kiedy został kartingowym wicemistrzem Europy. Potem przeszedł przez kolejne formuły wyścigów samochodowych, aż wreszcie jako pierwszy – i jedyny jak dotąd – Polak dotarł do Formuły 1. Szło mu w niej coraz lepiej, kiedy w 2011 roku wydarzył się ten straszny wypadek. Analizowała Pani historię Formuły 1. Czy poza Nikim Laudą i Robertem Kubicą któremukolwiek z kierowców zdarzało się wracać do kariery po podobnych przeżyciach?

Y. Ż.-D.: Kierowcy F1 wracali po różnych doświadczeniach, jednak powroty Nikiego Laudy czy Roberta Kubicy są bezprecedensowe. Jeśli chodzi o Roberta, pamiętajmy, że miał on kompletnie zmiażdżoną w wypadku prawą rękę. Rękę, którą w Formule 1 prowadzi się samochód jadący z prędkością ponad 300 km/h. Doktor Igor Rosello, genialny włoski chirurg, w trwającej 7 godzin operacji dokonał jej pełnej rekonstrukcji. Połączył na nowo nerwy, ścięgna, mięśnie. Robert przeszedł w sumie 20 operacji prawej ręki. Do Formuły 1 nie wrócił od razu. Zajęło mu to 8 lat! Najbardziej niezwykłe jest w jego historii to, że mimo lepszych i gorszych momentów – kiedy inni go już skreślili – przez te wszystkie lata nie poddał się. Walczył o powrót. I wywalczył go sobie.

Red: Napisała Pani wcześniej książki o znanych piłkarzach – zagranicznych i polskich: Lionelu Messim, Cristiano Ronaldo, Zlatanie Ibrahimoviciu, Neymarze, Robercie Lewandowskim, Michale Pazdanie, Wojciechu Szczęsnym czy Kamilu Grosickim. Czy historia kariery sportowej któregokolwiek z nich miała podobne, zaskakując zwroty akcji, jak historia Roberta Kubicy?

d3uuanz

Y. Ż.-D.: Żaden z tych sportowców nie przeżył wypadku, który eliminowałby go ze światowej czołówki. Ale zaskakujące zwroty akcji, tyle że innego rodzaju, w ich życiu też się zdarzały. Na przykład, u 10-letniego Leo Messiego wykryto karłowatość przysadkową. To choroba, która nieleczona sprawiłaby, że w dorosłym wieku Leo miałby… 1,50 metra wzrostu i nigdy nie zostałby zawodowym piłkarzem. Potem kolejny zwrot akcji, czyli ratunek w postaci oferty z Barcelony (klub zaryzykował i sprowadził trzynastolatka do Europy, pokrywając jednocześnie koszty kilkuletniej kuracji hormonem wzrostu, której koszt wynosił 2000 dolarów miesięcznie – przyp. red.). A z polskich realiów to chociażby kontuzja kolana, która spowodowała wyrzucenie 19-letniego Roberta Lewandowskiego z Legii i jego przejście do III-ligowego wówczas Znicza Pruszków.

Red: Jaki przekaz, poza chęcią opisania historii sportowca chciałaby Pani skierować do młodego czytelnika, dla którego Pani pisze?

Y. Ż.-D.: Chcę unaocznić dzieciom dwie prawdy. Pierwsza prawda – dość oczywista – to, że nikt nie rodzi się gwiazdą sportu, a droga na szczyt jest długa i wyboista. Czasem nawet bardzo długa i bardzo wyboista. To właśnie te "wyboje” krok po kroku pokazuję. Druga prawda to, że wszyscy sportowcy, nawet ci najwięksi, o statusie niemal bogów, byli kiedyś dziećmi. Takimi samymi, jakimi są teraz moi czytelnicy. Mieli słabsze i lepsze dni. Wpadali w tarapaty, wychodzili z nich. I fajnie jest wiedzieć, jak to ich dzieciństwo wyglądało, bo dzięki niemu są dziś tym, kim są.

Red: Czy to nie jest trochę tak, że tego typu książki są pomostem dla dwóch pokoleń czytelników – na zasadzie zakupu modelu kolejki – książkę kupuje tata, bo sam chciałby ją przeczytać, a potem podsunąć dziecku?

Y. Ż.-D.: Tak, taki dokładnie jest cel, a też i przyczyna, dla których piszę. Pierwszą książkę, o Leo Messim, napisałam pod wpływem mojego 8-letniego wówczas syna, którego pasję do piłki nożnej (jak i do zbierania kart z piłkarzami oraz gry w FIFĘ!) chciałam poznać, zrozumieć. Tyle, że bardziej niż o ojcach myślałam wtedy o mamach. Tatusiowie na ogół z dziećmi jakoś tam o sporcie rozmawiają, chociażby przy okazji meczy czy wyścigów, które sami oglądają. Mamy natomiast z reguły są z tej tematyki wyłączone. Bo nie do końca "ogarniają”, kto, co i dlaczego. Dzięki moim książkom mają okazję "bezboleśnie” – bez obawy o niezrozumienie czy obśmianie – wejść w tę tematykę. Mało tego, mogą nawet zaskarbić sobie podziw syna, a nierzadko też i... męża.

Red: Proszę zweryfikować moje stereotypowe, być może, myślenie – czy to chłopcy częściej niż dziewczynki sięgają po Pani książki?

Y. Ż.-D.: Myślenie wcale nie jest stereotypowe, bo wciąż jest zdecydowanie więcej chłopców interesujących się sportem, w tym choćby piłką nożną, niż dziewczynek. Na szczęście, takich dziewczynek ostatnio przybywa. Mam nadzieję, że sama mam pewien wkład w zmianę sposobu myślenia o piłce czy wyścigach samochodowych jako o domenie czysto męskiej. Zresztą w swoich książkach nie tylko staram się objaśniać pojęcia i niuanse danej dyscypliny, ale przede wszystkim pokazuję historię ludzką i emocje za nią idące. A emocje przyciągają najskuteczniej. Tak kobiety, jak i mężczyzn.

d3uuanz

Red: Na polskim rynku wydawniczym jest niewiele książek, po które mogą sięgnąć właśnie chłopcy i to na etapie, kiedy jeszcze chce się im czytać. Czy to dobra okazja, by poprzez podsunięcie dziecku jednej z Pani książek, na przykład tej o Robercie Kubicy, zachęcić ich do czytania w ogóle? Bo przecież temat jest im bliski, który z chłopców nie lubi szybkich samochodów i nie marzy o tym, by być kierowcą rajdowym?

Y. Ż.-D.: Całkiem często zdarza mi się usłyszeć od dzieci: "Proszę Pani, ja to nic nie czytam, poza lekturami i Pani książkami”. Rodzice czy panie bibliotekarki w szkołach to potwierdzają. Nie będę kryć, że jest to dla mnie jako pisarki najpiękniejszy komplement.

Red: Czy ogląda Pani mecze piłkarskie, śledzi kolejne Grand Prix Formuły 1?

Y. Ż.-D.: Oczywiście, regularnie. Ale jeszcze częściej, bo codziennie i to po kilka razy dziennie, śledzę portale i newsy sportowe. Mecze czy wyścigi to tylko wierzchołek (a właściwie wierzchołki) góry lodowej, jaką jest futbol czy Formuła 1. Są elementami bardzo widowiskowymi, emocjonującymi całego systemu Formuły, ale to tylko część składowa całości. Najwięcej dzieje się pomiędzy tymi wydarzeniami.

Red: I ostatnie pytanie: Czego życzyłaby Pani Robertowi Kubicy w trwającym właśnie sezonie?

Y. Ż.-D.: Robertowi życzę, by samochód, jakim w tym sezonie dysponuje, pozwolił mu czerpać radość i satysfakcję z powrotu do F1. Powrotu, na który czekał i na który pracował przez 8 bardzo trudnych lat.

Dziękujemy za rozmowę, a czytelnikom polecamy książkę i prosimy o trzymanie kciuków za kolejne występy Roberta Kubicy. Zwłaszcza, że w najbliższą niedzielę, 9 czerwca, odbędzie się Grand Prix Kanady. Wyścig, w którym Robert Kubica przeżył już prawie wszystko. Zarówno koszmarnie wyglądającą kraksę, jak i – zaledwie rok później w 2008 roku – wygraną. Co czeka go w Montrealu w tym roku? Zobaczymy.

d3uuanz
Oceń jakość naszego artykułu:
Twoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.

Komentarze

Trwa ładowanie
.
.
.
d3uuanz
d3uuanz