Trwa ładowanie...
recenzja

Książka w życiu pomaga… i policjantom, i mordercom

Share
Książka w życiu pomaga… i policjantom, i mordercom
Źródło: Inne
d27dtyf

*Do książki, która w ciągu półtora miesiąca od premiery zebrała kilkadziesiąt pochlebnych recenzji i której autora blogerzy określili „mistrzem pióra”, „jednym z najlepszych pisarzy literatury kryminalnej”, „autorem fenomenalnym i bezkompromisowym”, a samą powieść „faktycznie koronkową robotą, która zachwyca każdym detalem”, podchodzi się zwykle albo z nastawieniem w pełni entuzjastycznym, albo przeciwnie, sceptycznym, zwłaszcza, jeśli nam się już kilka razy zdarzyło, że nie podzielaliśmy powszechnych zachwytów nad jednym czy drugim głośnym bestsellerem. *

Uniknięcie takiego ukierunkowanego podejścia jest nadzwyczaj trudne, chyba że oprzemy się pokusie przeczytania choćby tylko kilku recenzji przed przystąpieniem do lektury. Ale czy wówczas czytamy bez uprzedzeń? Zakładając, że książka należy do gatunku, z którym jesteśmy jako tako obyci czy wręcz należymy do jego miłośników, najpewniej przecież hołubimy gdzieś w podświadomości garstkę stereotypów narodowościowo-literackich: skandynawska powieść kryminalna, wiadomo, będzie ciężka i mroczna, z dużą dawką psychologii, w polskiej pewnie przewinie się jakiś wątek polityczny ze szczególnym uwzględnieniem peerelowskich służb bezpieczeństwa, w angielskiej najczęściej spotkamy klasyczne śledztwo z drobiazgowym rozpracowywaniem śladów i rozbudowaną dedukcją, zaś w amerykańskiej, która już prawie nigdy nie bywa klasycznym kryminałem – brawurową pogoń za niebezpiecznym przestępcą, włącznie z walką wręcz z tymże, względnie równie brawurową ucieczkę z zastawionej przezeń pułapki. A francuski? Czytelnikowi starszej
generacji kojarzy się on zapewne przede wszystkim z niezapomnianym komisarzem Maigretem stworzonym przez Georgesa Simenona, a kiedy jeszcze ów czytelnik natrafi na staroświecko brzmiący tytuł „Koronkowa robota”, ani chybi gotów nastawić się na scenerię nieco retro i spokojny klimat, w którym da się wyczuć po trosze cyganeryjnego luzu i arystokratycznej wytworności. Ale nie ulegajmy stereotypom! Te elementy, choć wciąż jeszcze urzekają bywalców niektórych paryskich kafejek i sklepików, zwłaszcza w okolicach Montmartre’u, to relikt lat minionych, a czas pędzi dalej, globalizacja postępuje, więc już i życie w Paryżu z pierwszej dekady XXI wieku staje się momentami podobniejsze do życia we współczesnym Bostonie czy Nowym Jorku, niż do życia w tym samym mieście sprzed półwiecza…

Toteż i „Koronkowa robota”, kiedy już zostaniemy wciągnięci w wir dramatycznych wydarzeń, otoczy nas złowrogą i krwawą aurą przywodzącą na myśl raczej dzieła Jamesa Pattersona czy Jonathana Kellermana, niż stosunkowo statyczne perypetie poczciwego komisarza Maigreta. Pierwszoplanowy bohater, komisarz Camille Verhoeven, niewiele ma wspólnego ze spokojnym, dystyngowanym panem w kapeluszu i prochowcu, ćmiącym nieodłączną fajeczkę. I to nie tylko dlatego, że Maigretowi, opisywanemu jako wysoki i barczysty, Verhoeven sięgałby najwyżej do ramienia (ma zaledwie 145 cm wzrostu, co przypisuje nałogowi tytoniowemu matki). Nie, to po prostu zupełnie inny typ, przypominający raczej dobrze nam znaną postać literacką z zupełnie innej bajki, lecz równie „nikczemnej postury” i najwyraźniej wyznający podobne jak nasz mały rycerz credo: „jeśli się ludzie nie będą ciebie bali, to się będą z ciebie śmiali”. Verhoeven dba o to, by nie traktowano go jak krasnoludka: stara się być najlepszy w tym, co robi – studia prawnicze
skończone z wyróżnieniem, w szkole policyjnej prymus swojego roku, w pracy systematyczne sukcesy, i do tego „pełnowymiarowa” żona, którą spotkał późno, bo dobiegając czterdziestki, ale za to wkrótce doczekał się widoków na powiększenie rodziny. Chciałby poświęcić więcej czasu bliskiej rozwiązania małżonce, lecz praca zawsze jest na pierwszym planie. Tym bardziej wtedy, kiedy trafia się tak nietypowa i koszmarna sprawa: anonimowy telefon informuje o morderstwie dokonanym w lofcie na terenie opuszczonego zakładu przemysłowego. Na miejscu okazuje się, że ofiary są dwie, a na sposób, w jaki pozbawiono je życia, określenie „bestialski” wydaje się stanowczo zbyt eufemistyczne. Mieszkania z odzysku są wielkie i interesująco zaprojektowane, lecz tylko to jedno było wynajęte, wokół pustka, nie ma co liczyć na świadków. Nawet ustalenie tożsamości ofiar niewiele pomaga, bo obie uprawiały najstarszy zawód świata, spotykając się z dziesiątkami, ba, setkami mężczyzn, i gdzież tu wśród tylu szukać mordercy, tym bardziej,
że ewidencji klientów przecież nie prowadziły…

d27dtyf

Pewien bardzo, bardzo drobny detal podpowiada Verhoevenowi związek z inną nierozwiązaną sprawą – i niebawem formuje się w jego bystrym umyśle zdumiewająca hipoteza, która go skłoni do skorzystania z pomocy księgarza i profesora literatury. Zanim ją potwierdzi, spotka się z niedowierzaniem, ba, wręcz z drwinami przełożonych, nie dość tego, dostanie się pod systematyczny obstrzał mediów, które nie wiadomo skąd wytrzasną stanowczo za dużo informacji o nim samym i o prowadzonym przez niego śledztwie. A kiedy już będzie pewien, najpierw wpadnie na karkołomny pomysł – który nie tylko jemu wyda się doskonały, lecz z perspektywy czasu okaże się gigantycznym błędem – po drodze zgubi trop, a później… gra zacznie się toczyć już nie tylko o prestiż skutecznego policjanta, ale przede wszystkim o życie, a w zasadzie o dwa…

Trzeba przyznać, że Lemaitre doskonale opanował kilka technik pisarskich, istotnych dla uzyskania dobrego efektu przy uprawianiu tego gatunku literackiego, w tym umiejętność płynnego (i stosunkowo rzadkiego, co w tym przypadku akurat jest zaletą) przeskakiwania pomiędzy przeszłym a teraźniejszym czasem narracji, oraz dwustopniowej kompozycji tekstu (kolejne rozdziały opisują wydarzenia kolejnych dni, a każdy z nich składa się z numerowanych podrozdziałów, dzięki czemu „widać” gotowe sceny, tak jak powinny wyglądać w filmie), co w połączeniu z gładkim stylem i wystarczająco bogatym językiem praktycznie gwarantuje satysfakcję czytelnika. Chyba, że jest to czytelnik niegustujący w opisach ekstremalnego okrucieństwa (ponoć autor w jednym z wywiadów rzekł, że to nie on jest okrutny, tylko świat, lecz chyba nawet wytrwały amator dokumentalnych programów kryminalnych nie potrafi przytoczyć realnego przykładu podobnego łańcucha zbrodni…) – w takim przypadku szok i odraza mogą solidnie przytłumić odbiór wszystkich
niewątpliwych zalet powieści.

Trzeba jeszcze wspomnieć, że choć „Koronkowa robota” została u nas wydana po „Alex” i „Ofierze”, w rzeczywistości nie jest trzecią częścią cyklu, lecz pierwszą; zdecydowanie nie należy zaczynać czytania od żadnej z dwóch pozostałych, jeśli nie chcemy poznać istotnych szczegółów zakończenia tej.

Oceń jakość artykułu:
Zależy nam na podnoszeniu jakości naszego dziennikarstwa. Twoja opinia jest dla nas ważna!
d27dtyf

Podziel się opinią

Share

Komentarze

Trwa ładowanie
.
.
.
d27dtyf
d27dtyf