Trwa ładowanie...

Kiedy groteska staje się codziennością

Share
Kiedy groteska staje się codziennością
Źródło: "__wlasne
d3bj3fi

Peter Godwin urodził się w Rodezji, w rodzinie, jak sam to określił, „białych liberałów”. Z domu rodzinnego wyjechał do Anglii, gdzie studiował w Cambridge i Oxfordzie, odpowiednio, prawo i stosunki międzynarodowe.Był zagranicznym korespondentem „Sunday Times” i tworzył filmy dokumentalne dla BBC. W 1997 roku napisał pierwszą część wspomnień zatytułowaną Mukiwa, traktującą o dzieciństwie w Rodezji. Praca ta została wyróżniona wieloma prestiżowymi nagrodami, m.in. Nagrodą Orwella. Dziewięć lat później ukazał się drugi tom, When a crocodile eats the sun, zaś w roku 2011 – Strach. Ostatnie dni Roberta Mugabe. Książka ta trafiła właśnie na polski rynek.

2 kwietnia 2008 roku Godwin przybył do Zimbabwe, by, jak napisał, zatańczyć na politycznym grobie Roberta Mugabe. Prezydent utracił kontrolę nad sfałszowanymi wyborami i, po dwudziestu ośmiu latach, miał właśnie utracić również władzę. Daleko mu było do archetypu afrykańskiego dyktatora. To nie zwalisty Idi Amin o pomyślunku równie ciężkim, jak pięści, to również nie Bokassa paradujący w 20-metrowym płaszczu wyszywanym w złote pszczoły i zdobionym brylantami. Mugabemu bliżej do Robespierre’a, niźli do prymitywnych siepaczy zachłyśniętych władzą. Za młodu był niezgrabnym, niewysportowanym molem książkowym – skrytym, inteligentnym odludkiem. Cechy te towarzyszą mu zresztą przez całe życie; gdy wygrał pierwsze demokratyczne wybory w Zimbabwe, jego matka powiedziała, że Mugabe nie nadaje się na to stanowisko, bo nie jest zdolny do troszczenia się o innych.* Jak to matka, miała rację, a na szczytach władzy zasiadł wielki samotnik dzierżący władzę absolutną w partii.*

d3bj3fi

Mugabe miał skrojone na miarę garnitury z Saville Row i zaczytywał się w Grahamie Greenie . Zrazu tchnął nowego ducha w naród Zimbabwe i postrzeganie tego kraju na zewnątrz, był wszakże bohaterem walki wyzwoleńczej. Rychło jednak postrzeganie to zaczęło się zmieniać, kiedy nagle bohater przepoczwarzył się w krwawego tyrana. A może zawsze nim był, nigdy nie pozbywszy się skrajnie nacjonalistycznego pancerza i – jak się okazało, niebezpodstawnego - przekonania, że lufa kałasznikowa gwarantuje sukces wyborczy? Faktem jest, że pod markowymi garniturami i płaszczem utkanym z politycznej poprawności, kryła się rzeczywistość pełna tortur, strzaskanych kręgosłupów i krwi przelanej przez własny naród. Katolicki biskup jednej z prowincji mówił, że Mugabe jest więźniem własnej przeszłości, pokolenia politycznego: stanowi cywilną przykrywkę dla generałów, de facto rządzących krajem.

Godwin rozmawia, między innymi z człowiekiem pełniącym ongi rolę prawej ręki Mugabe – osobistego sekretarza i rzecznika. Pada tutaj znamienne zdanie, jakoby życie pod silną dyktaturą stało się częścią tożsamości narodowej. Ciężko wszak sobie wyobrazić, że dałoby się inaczej żyć, bez kata stojącego nad obnażonym karkiem. Kiedy nie widać już ostrza nad głową, gdy w uszach nie świszczy już batog, życie staje się niekompletne, pozbawione stałości, pewności, czegoś w nim brak. W Strachu przeczytamy również o dramatycznych dziejach Tsvangiraia, przywódcy opozycji. Autor cytuje fragmenty dziennika Shane'a Kidda, tracza, właściciela sklepu z butelkami, który przypadkiem został on wciągnięty w sam środek antyrządowej frakcji. Krótki pobyt Godwina w Republice Południowej Afryki skutkuje przejmującym opisem ataków na emigrantów w Johannesburgu, które to miasto stało się sceną istnych polowań, rozprzestrzeniających się z obozowiska bezdomnych na kolejne noclegownie. Ci, którzy uciekli przed reżimem Mugabe do
RPA, nie są w stanie znaleźć chwili wytchnienia, stając się obiektem brutalnych łowów. W pracy Godwina znajdziemy ponadto niezwykłą historię Roya Bennetta, człowieka, który budził przerażenie prezydenta i jego partii, białego będącego głównym rzecznikiem czarnych. Człowieka, którego historia przekroczyła granice rasy.

Pierwsze części książki przepełnia atmosfera oczekiwania na wyniki, które przyniosą upragnioną zmianę. Co jak co, ale akurat zmiany w Zimbabwe są wprost niezbędne: waluta straciła jakąkolwiek wartość (obecny współczynnik inflacji wynosi ok. 516 trylionów procent w skali roku), ludzie głodują, szpitale zbankrutowały, a szkoły pozamykano. Średnia długość życia spadła z sześćdziesięciu do trzydziestu lat, a exodus sięga już jednej trzeciej populacji. Czekali zatem wszyscy, ONZ również. W Rwandzie, Darfurze i Somalii społeczność międzynarodowa również czekała – na opamiętanie, zwycięstwo demokracji, samoistne wytłumienie buzujących, kłębiących się emocji. W końcu się doczekali: milionów trupów, wobec których można było wzruszyć ramionami. Podobnie było w Zimbabwe, gdzie ludzie czuli się izolowani, opuszczeni; świata nie obchodziła ich walka o demokrację, próżno wszak szukać tego kraju na listach głównych eksporterów ropy naftowej. Kiedy okazało się, że pierwszą turę wygrał Tsvangiraia, przygotowania Mugabe
do kampanii wyborczej ruszyły pełną parą – czym prędzej nabył z Chin 3 miliony sztuk amunicji do AK-47 i 3 tysiące moździerzy. Doskonale wiedział, że szczęk karabinowego zamka działa na ludzi o wiele bardziej mobilizująco, niż plakaty wyborcze. Opozycja, obawiając się fałszerstw, wzywała do bojkotowania miejsc pracy nie zwracając większej uwagi na to, że ewentualnego strajku nikt by nie zauważył. Zatrudnienie w Zimbabwe wynosiło około 6%.

Godwin znakomicie oddaje stopniową erozję nadziei, prowadzącą zrazu do strachu, potem zaś – rozpaczy i bezradności. Szpitale powoli zaczynają się zamieniać w lazarety, wypełniając ofiarami terroru wymierzonego w opozycję. Z początku do przemocy dochodziło „jedynie” w miejscach będących najsilniejszymi bastionami Mugabe, później terror rozprzestrzenił się na cały kraj, a zabójstwom towarzyszyły tortury i gwałty. Autor odwiedza pacjentów, zbiera, coraz bardziej dramatyczne, relacje. Krąży od łóżka do łóżka, zaś opowieści są coraz bardziej ponure, drastyczne, z każdym słowem odbierają nadzieję, że jest szansa na normalność. Godwin czuje tu frustrację i gniew, nie wiem, kim jest, jaką pełni rolę: kapelana-pocieszyciela? Kronikarza? Dziennikarza? Prawnika zbierającego zeznania? Stenografa cierpienia? Powiernika historii? Zawsze uważał słowo „powiernik” za zbyt pretensjonalne, ale teraz, w tej koszmarnej sytuacji, wydało mu się ze wszech miar stosowne – jest tu, by dać świadectwo. Świadectwo nieustannemu
okrucieństwu, nagłośnić cierpienie, nie pozwalając pójść mu na marne.

d3bj3fi

Wzdraga się przed nazwaniem cierpiących ofiarami, słowo to niesie wszak bezwład i słabość. Ci, którzy masowe zapełniają szpitalne łózka, są dumni z roli, jaką odegrali – godni i silni duchem.

Jeden z rozmówców nazwał sytuację w swojej ojczyźnie bardzo celnie, „inteligentnym ludobójstwem”. Nie ma sensu zabijać miliona, skoro wystarczy wyselekcjonować i wymordować jedynie kilka tysięcy. Efekt zostanie osiągnięty, a światowa opinia publiczna jakoś to przełknie, wszak o wiele ładniej wygląda pięć zer, niż sześć, gdy czytamy doniesienia o liczbie trupów hen, daleko, w zacofanej Afryce. Zło zupełnie wyzbyto tutaj ze spontaniczności, jest ściśle zhierarchizowane, zadekretowane od góry, planowe. Cała książka jest zresztą poświęcona, co możemy przeczytać w otwierającej ją dedykacji, tym mieszkańcom Zimbabwe, którzy żyli w stanie ciągłego zagrożenia, zostali ranni lub zabici w walce o wyzwolenie się spod dyktatury.

Najsmutniejsze jest to, że Zimbabweńczycy zdążyli do tej paranoi przywyknąć, oswoić się z nią. Zdążyli pokornie zaakceptować, że ich naród jest dla Mugabe jedynie zakładnikiem podczas negocjacji ze światem i organizacjami humanitarnymi. Niczym innym, niż żywą tarczą dla rozbuchanego ego satrapy. Godwin przywołuje słowa dramaturga, Toma Stopparda, który pisał, że najgorsze w tyraniach jest to, że szaleństwo staje się czymś zwyczajnym. Groteska zaś staje się codziennością, gdy człowiek traci zdolność odczuwania szoku.

Godwin dokładnie omawia dni i tygodnie poprzedzające drugą turę wyborów, kiedy pierścień nienawiści wokół Tsvangiraia coraz bardziej się zacieśnia, uniemożliwiając prowadzenie kampanii. Policjanci nie odstępują go na krok, zakazują wieców, rozpędzają zwolenników, w końcu aresztują kandydata trzy razy w ciągu jednego dnia – ot demokracja a la Mugabe. Dla odmiany, uczestnictwo w wiecach na cześć obecnego prezydenta jest obowiązkowe, a kampanię prowadzą przedstawiciele resortów siłowych.

d3bj3fi

Podobnie, jak zapewne większość obserwatorów, zdziwił Godwina powyborczy układ pomiędzy Mugabe a Tsvangiraiem przypominający trochę nasze, rodzime, „wasz prezydent, nasz premier” (toutes proportions gardees, oczywiście). Teoretycznie miał on doprowadzić do próby wybrnięcia z zapaści, która doprowadziła kraj do takiego stanu, że, jak napisał autor, nawet dla elity Mugabe nie zostało już wiele do splądrowania. W praktyce, wiele się nie zmieniło.

Autor obserwuje te przetasowania z Nowego Jorku – dopiero kilka miesięcy później powróci do Zimbabwe, gdzie ludzie Mugabe zajmują ostatnie farmy białych. W telewizji prezydent bełkocze coś o rolnictwie, które „funkcjonowało poniżej możliwości”, co skończyło się „przejściowym głodem” (znów znajomy akcent, u nas też zdarzały się przejściowe trudności na chwalebnej drodze do zwycięstwa socjalizmu). Godwin rozmawia z politykami, którzy, sięgnąwszy po władzę skonstatowali, że w gruncie rzeczy polityka opozycyjna jest dużo, dużo łatwiejsza. Przynajmniej człowiek może zostać wierny swoim uczuciom. W kraju masowo zaczęły tworzyć się kolejne kręgi zgody i kręgi traumy, gdzie ofiary próbują odbudować rozbitą psychikę i poczucie własnej wartości, z każdym dniem trawieni przez toksyczny lęk, gniew i depresję.

Paul Theroux napisał, że Strach jest kroniką chaosu, jakim jest Zimbabwe. Zaiste, na kartach książki Petera Godwina poznajemy kolejne fazy chaosu ogarniającego ten kraj. Chaosu przemieszanego z bezradnością, frustracją, bólem zawiedzionych nadziei i niemocą wobec koszmarnej wprost niesprawiedliwości towarzyszącej każdemu działaniu reżimu Mugabe. Ów dyktator zamienił swój kraj w ruinę, podpalił go i trwa niezłomnie na zgliszczach. 16 marca 2013 roku, podczas referendum, około 95% głosujących opowiedziało się za nową konstytucją. Według niej można być prezydentem tylko przez dwie kadencje. W czerwcu 2013 roku będą miały miejsce kolejne wybory w Zaimbabwe. Nie wiem, czy Godwin ma jeszcze jakieś złudzenia, nie wiem również, czy znów przyleci do Harare, by tańczyć na politycznym grobie Mugabe. Czy znów uwierzy, że to będą ostatnie dni dyktatora? Nadzieja A.D. 2008 przyniosła tylko rozczarowanie i, miast rzeczonego tańca, kronikę
przemocy i furii, jaka opętała zwolenników tyranii przestraszonych wynikami wyborów – strach nakręcał tu wściekłą spiralę nienawiści nie mogącej nigdzie znaleźć ujścia. Kronikę mocną, brutalną, w której przeplata się bardzo osobista refleksja człowieka, który wraca po latach do swej ojczyzny, tragedia narodu, portret ludzkiej bezradności i pochylenie się nad działaniem mechanizmu sprawowania władzy. Strach stanowi zatem nie tylko opowieść o dramacie ofiar, ale i portret ustroju, w którym deprywację sensoryczną wskutek działania permanentnego szoku, doprowadzono do perfekcji.

d3bj3fi

Podziel się opinią

Share
d3bj3fi
d3bj3fi